Manga Rider – historia pewnego zina

Numer zerowy, okładka skopiowana bodajże z serii Caravan Kidd.

Bywam redaktorem. Jedna z tych rzeczy, które bardziej się po prostu przytrafiają, niż człowiek naprawdę ich chce, chociaż nie powiem, że gdzieś w głębi serca nie żałuję, że nie stałem się dotąd polską Karen Berger. Ale bycie naczelnym nowego Fenixa też jest dobre.

Nie jest to moja pierwsza redaktorska posada, bo wcześniej kilka lat redagowałem magazyn komiksowy Kolektyw, co było niezłą przygodą – w zasadzie wszystkiego musieliśmy się nauczyć od podstaw. Mnie przypadło DTP i przygotowanie do druku i jak wyszło, tak wyszło. Kto widział, ten wie.

Numer premierowy, pierwszy faktycznie z tekstami.

Ale teraz sięgnijmy jeszcze głębiej w przeszłość. Jest rok 1997, Mr Gato uruchamia magazyn Animegaido a Mr Jedi startuje z magazynem Kawaii. Jest sam środek najbardziej złotej i najbardziej absurdalnej ery fandomu mangi i anime w Polsce. Fani Record of Lodoss War walczą o dostęp do magnetowidu w klubie Amplitron z fanami Neon Genesis Evangelion, na Mokotowie powstaje w prywatnym mieszkaniu pierwszy w Warszawie sklep z japońskimi komiksami i filmami i w zasadzie nie chciałbym się zagłębiać bardziej w te wspomnienia, odeślę chętnych do dawniejszego wpisu „Byliśmy mangowcami„.

Jest jednak coś, co sprawia, że myślę o tamtych czasach z pewną sympatią. Byłem wtedy redaktorem. I to nie byle jakim, bo redaktorem pisma poświęconego mandze i anime. No dobra, zina. Xerozina pełną gębą, najlepszej soli tej ziemi, jaką mógł wypuścić licealny punkowiec, który zresztą przy paru innych zinach też robił. Mieliśmy wtedy z Fuzzym – obecnie projektantem graficznym w gamedevie, ówcześnie facetem, którego wszyscy uważali za plastycznie utalentowanego metalowca, potrafiącego rysować ładnie dziewczyny – sporo czasu. Jak to w liceum. I tak jakoś zapatrzeni w Gato i Jedi’a postanowiliśmy wydać Manga Rider.

Postać na okładce zdradza duże podobieństwo do jednej z bohaterek mangi Rumiko Takahashi.

To były czasy, kiedy dostęp do informacji wyglądał zupełnie inaczej niż obecnie. Wiedzę czerpaliśmy albo z tego, co obejrzeliśmy i przeczytaliśmy, albo z rozmów, albo z innych szczątkowych źródeł. Ja na przykład miałem przywieziony ze Szwecji  numer pisma Animerica, który pozwolił m.in. na napisane artykułu o Dirty Pair czy opublikowanie (w trzech kolejnych numerach) odcinka serii Lum*Urusei Yatsura. Recenzje pisaliśmy o tym, co akurat się trafiło – obrót pirackimi kasetami fansubbowanymi gdzieś w mitycznej Kaliforni i przywożonymi przez jakichś dziwnych ludzi był raczej skąpy, ale byliśmy wszyscy w miarę na bieżąco. Chociaż trafiała się i egzotyka – np. recenzja komiksu Droga miecza o Musashim Mijamoto autorstwa polskiego buddysty. Jakbym dobrze poszukał, to sam komiks jeszcze gdzieś mam. Numer zerowy w całości praktycznie stanowiła erotyczna komedia, przedrukowana z… włoskiego tomiku. Ze względu na słabą znajomość włoskiego u obu redaktorów komiks został nie tyle przetłumaczony, co zaadaptowany na polski, część dialogów została w ogóle wymyślona, a ponieważ nie wszystko miało sens, to dwie strony zostały pocięte i poskładane od nowa. Było mnóstwo radości.

Dirty Pair na okładce numeru trzeciego (czwartego), chociaż tekst o nich był w premierowym. Gdzie sens, gdzie logika?

Całkiem szczerze – to nie była zła produkcja. Dwudziestostronicowe zeszyty A5, wypełnione treścią dość gęsto nawet dzisiaj robiłyby wrażenie. Chociaż może to tylko sentyment. Może dziś patrzę na nie jak na takie pierwsze kroki, a wtedy, wiadomo – wszystko było trochę inne. Wiele też rzeczy pozostaje dla mnie zagadką do dziś – kto wymyślił taki tytuł, jak udało nam się utrzymać ta długo na powierzchni i przede wszystkim dlaczego to ja rysowałem okładki, a nie Fuzzy. Dziś żaden z nas nie zna już odpowiedzi na te pytania.

Dziś jest inaczej. Dziś jest komputer, cyfrowy druk i wiele innych rzeczy. To wiele spraw ułatwia. Ale popatrzcie sami, co może maszyna do pisania, cienkopis i xero!

Wspomniany artykuł o Drodze miecza Fu-rju Leśniaka.

Zin miał być w założeniu miesięcznikiem, stąd też absurdalna deklaracja o „wydawaniu 12 razy w roku” na jednej z tylnych okładek. Za dużo TM-Semica, jakby się mnie ktoś pytał. Ostatecznie wyszło pięć numerów, nie tak źle, bo tyle samo miało Animegaido. Z tego zostały mi fizycznie dwa pierwsze zeszyty – w wersji xero, co się stało z oryginalnymi składkami? – oraz pierwsze cztery okładki na papierze do xero, które dość dobrze zniosły te dwie dekady, bo już wtedy miałem zwyczaj trzymać rysunki w foliowych koszulkach. Reszta raczej przepadła, bo nie były czasy, kiedy się wszystko robiło cyfrowo, ani nawet czasy, kiedy się wszystko digitalizowało. Skanera zresztą dorobiłem się dopiero w 1999 roku.

Są takie chwile, że chciałbym znów coś zrobić. Nowy Kolektyw, nowy Manga Rider. A potem sobie przypominam, że w przyszłym roku będzie komiksowy Fenix. W sam raz na stulecie śląskiego komiksu.

Ale jednak czasem tak by, no, maszyna, xero.

Ale może bez wygłupów.

Rysunki Fuzzy’ego na czwartych stronach okładek. Plus dodatkowo Maison Ikkoku.

 

Grafika „reklamowa”. Zwraca uwagę kotulik, zdradzający aktualne topowe serie.

 

Avatar

Bartek Biedrzycki

Autor książek, komiksów, podcastów i papierowych modeli.

You may also like...