168. Robi się

Ruszyło się.

Przyznam, że ostatni rok to było takie ślizganie się po powierzchni. Od premiery „Dworca Śródmieście” nie zrobiłem literacko w zasadzie nic.

Nie no, zrobiłem trochę rzeczy, ale nie za dużo. Udało mi się zakończyć prace nad scenariuszem do „Jak będę duży, to zostanę Hadfieldem„, ale ten projekt był praktycznie napisany od paru lat. Błażej teraz ostro pracuje, podsyła mi strony, a ja mogę jedynie klaskać.

Udało mi się w grudniowej NF opublikować „Lot pułkownika” – nie wyobrażacie sobie, co ten tekst przeszedł, zanim go w końcu Michał Cetnarowski wziął w swoje ręce. Ale to też nienowe opowiadanie, ma ze dwa lata co najmniej. Cieszę się z niego, bo otwiera całe uniwersum, które roboczo nazwałem „Serca gwiazd” – historię grupy polskich kosmonautów w alternatywnej rzeczywistości lat 80. Pierwotnie miała to być powieść, ale rozbicie tego świata na opowiadania dobrze mu zrobiło. I przede wszystkim zwiększyło znacząco jego szanse na publikację…

Już za moment, w lutym, w antologii „Idiota skończony” wreszcie ukaże się drukiem „Noc na dużej ziemi„. Opowiadanie z uniwersum S.T.A.L.K.E.R.a, które… trzy lata przeleżało w szufladzie wydawcy. Tak było i nie ma w tym kłamstwa, zaniosłem ten tekst do Fabryki Słów jakoś w okolicy premiery „Kompleksu 7215”.

W tym wszystkim oczywiście było pół roku ciężkiej, wytężonej pracy nad reaktywacją „Fenixa„. Pracy trudnej, momentami niewdzięcznej, ale ostatecznie bardzo owocnej – im głośniej napina się głośna mniejszość polskiego fandomu wymyślając sobie problem z tym pismem, tym bardziej ci, którzy dla odmiany mieli je w rękach i czytali okazują się przychylni. Podobnie jak statystyki sprzedaży…

Pierwszy numer antologii zamknęliśmy i wysłaliśmy do druku w grudniu i wtedy pomyślałem, że pora się wziąć w garść. Że od tak dawna nic nie napisałem, że aż mnie samemu jest aż jakoś smutno. Trudno powiedzieć, czy to był blok pisarski, czy tymczasowe wypalenie, bo pomysły chodziły mi po głowie takie i owakie, co jakiś czas.

Rok zacząłem od publikacji na blogu opowiadania „Misja na Czerwoną Planetę„. To znów „Serca gwiazd” ale takie na wesoło, z przymrużeniem oka – raczej skok w bok z młodości bohaterów, niż rozwinięcie ich losów. Najbardziej ucieszył się, oczywiście, Maciek, który całemu cyklowi kibicuje chyba od momentu jego powstania w fazie koncepcyjnej.

A potem… Potem pękła jakaś tama i poleciało.

W pierwszym tygodniu stycznia miałem przymusowy urlop, bo firma nie pracowała. Ala wróciła do pracy, dzieci do szkoły, a ja siedziałem z kawą i pisałem. Siedziałem i pisałem. Piłem kawę, grałem w Minecrafta, potem jeszcze trochę pisałem i trollowałem ludzi na facebooku.

Ostatecznie po czterech dniach powstała mikropowieść opisująca perypetie Glorii Dobrowolskiej, kosmonautki polskiej i Liu Yuxi, kosmonautki chińskiej, w trakcie akcji ratunkowej na Międzynarodowej Bazie Satelitarnej „Europa”. Jest strach i pokonywanie własnych ograniczeń, jest zimno kosmicznej nocy i przyjaźń, jest miłość, wojsko i walka potęg większych, niż człowiek. Kiedy zaproponowałem redaktorowi ten tekst zastanawiał się tylko chwilę. Najprawdopodobniej ukaże się pod tytułem „Połowa nieba” w drugiej połowie roku.

Tymczasem mieliśmy spotkanie fenixowe w Paradoxie, gdzie zaczepił mnie redaktor powstającej antologii fantastycznej. W fandomie wszystko jest proste – mówimy do siebie na ty, jak ktoś jest idiotą, to mu tego nie oszczędzamy, a jak trzeba coś od kogoś wyciągnąć, to się pyta. Redaktor spytał, czy napiszę mu do tej antologii tekst.

Przyznam szczerze, że to było wyzwanie. Zdecydowałem się po części dlatego, że miałem pomysł na szorta, a po części dlatego, że chciałem się zmierzyć z tematem, który dla mnie osobiście łatwo może się wykoleić. I w ten sposób w odstępie tygodnia powstały dwa opowiadania: króciutka „Najlepsza” (maleństwo, to taka literacka impresja, obrazek wyjęty przez okno z innego świata) oraz sporo dłuższe „Confirmatio Vir Llamki albo o wizycie Nieziemca Macka Simma na Starej Ziemi„. Ten drugi tekst trochę mnie przemaglował, bo musiałem w nim przedstawić świat zupełnie inny od naszego, chociaż w zasadzie dobrze znany… Jak zwykle okazało się, że można wywrócić się na najbardziej błahych sprawach, które wydają się oczywiste. Jeżeli sam tytuł już komuś coś mówi, to znaczy, że wygrał na starcie. Jeśli nie, to, cóż, też może bawić się dobrze. Albo źle, zależy – liczę, że większość nie pozostanie obojętna.

Kiedy oba te teksty się ukażą, tego nie wiem – w przypadku antologii cykl wydawniczy jest kapryśny, więc na razie nie podaję dat ani tytułu. Czekam na potwierdzenie.

Myślę, że powinienem jeszcze coś napisać, póki mam dobrą falę.

Bartek Biedrzycki

Autor książek, komiksów, podcastów i papierowych modeli.

Może Ci się również spodoba