W kraju niewiernych

13 stycznia 2018 roku wydaliśmy, po siedemnastu latach przerwy, „Fenixa”.

Fandom zapłonął. Pali się jasnym, wysokim płomieniem, kopci trochę, ale o tym zaraz.

Konkretnie to wydaliśmy zbiór o nazwie „Fenix Antologia” i chociaż ma on numerację na stronie tytułowej, to sama nazwa powinna wielu osobom wiele powiedzieć. Pismo wraca, ale nie jako miesięcznik, nie jako periodyk nawet, co umknęło stanowczo zbyt dużej ilości potencjalnych czytelników. Wraca jako niskonakładowe wydawnictwo o numerowanych egzemplarzach. Przedsięwzięcie skierowane do konkretnej grupy ludzi, nie chcę nazwać go „kolekcjonerskim” ale do pewnego stopnia jest to prawda.

Fandom podzielił się na dwie grupy – tych, co kupili i przeczytali (jest ich w tej chwili ponad 300 osób czyli garstka) i na całą resztę, która nie czytała ani nawet nie miała w rękach pisma, ale poczuła palącą potrzebę wypowiedzenia się, bo po siedemnastu latach braku obecności na rynku każdy coś do powiedzenia na temat nowej inkarnacji ma.

To dobrze.

Fakt, że większość tych uwag jest niewiele warta to standard i nie jestem, nie jesteśmy zaskoczeni.

Większość z nich sprowadza się do stwierdzenia „ja bym to zrobił lepiej” i na to odpowiadam jedynie „Tak, ale nie zrobiłeś”. Zamykamy ten temat na razie.

Wiele z tych uwag to cenne rady, zawierające się w słowach „można to zrobić lepiej tak i tak” i tu koronnym przykładem jest świetny tekst na blogu Świat Czytników i komentarze pod nim. To jest ten rodzaj krytyki i uwag, którego potrzebujemy. Dzięki słowom Roberta Drózda i innych osób lepiej ode mnie zorientowanych w temacie udało mi się przygotować od nowa poprawione, lepsze wersje ebooków. To ważne, bo ludzie zasługują na to, żeby dostać dobry towar. Nowe, poprawione ebooki od kilku dni są online – jeżeli ktoś miał starą wersję, to może pobrać nową z tego samego linka, co pierwotną, do czego zachęcam.

Najpoważniejszym i najbardziej kalorycznym paliwem dla fandomowego stosu jest grupa docelowa. Zarzuca się nam, że nie wychodzimy na przeciw przeciętnemu czytelnikowi, nie wyciągamy ręki do szerokich mas, nie pochylamy się nad, jak to ujął szef działu polskiego, „planktonem czytelniczym”.

Nie robimy tego i nie będziemy robić. „Fenix Antologia” to niskonakładowe wydawnictwo zwarte o numerowanej, ograniczonej liczbie egzemplarzy. Nie szukamy czytelnika masowego i nie będziemy go szukać. Nie jest nam potrzebny do przetrwania pisma – tak artystycznego jak i komercyjnego. Nie odtrącamy takich czytelników, oczywiście, bo jesteśmy dostępni w sprzedaży ogólnej (w chwili obecnej trzy sklepy online i ebooki, na które popyt nas bardzo zaskoczył i bardzo ucieszył, mimo, że stanowią ograniczoną wersję papierowego pisma, która jest podstawą naszego funkcjonowania w obiegu czytelniczym).

Nie kokietujemy i nie łasimy się do czytelników masowych, do blogosfery i do nikogo w sumie, prócz własnych wyobrażeń o tym, co i jak chcemy robić. Nawet egzemplarze recenzenckie wysyłamy elektroniczne (nikt nie będzie za darmo rozdawał kolekcjonerskich sztuk), co zwykle skutkuje nagłą ciszą na łączach, bo skoro recenzent za swoją ciężką pracę nie ma dostać nawet książeczki, to nie warto jej robić. Skoro nie warto, to macie odpowiedź na pytanie, dlaczego nie uderzamy w pewne obszary rynku. Kto ma nas ochotę przeczytać i zrecenzować – zrobi to, niezależnie od tego, czy dostanie prezent, czy po prostu taką ma pracę, pasję czy postawione przez samego siebie zadanie. Cenimy ludzi, którzy do swojej roboty podchodzą na poważnie.

Zapraszamy tych wszystkich, którzy lubią poczytać – niekoniecznie to, co jest akurat na topie, to „jak się teraz pisze” i którzy potrafią poświęcić swojej pasji więcej, niż jeden klik.

Dostajemy wiele głosów, że nie wsłuchujemy się w krzyk fandomu i mamrotanie internetu. Że odrzucając nowe pokolenie, odwracając się od millenialsów, którzy, jakoby, mają jakąś niezwykłą siłę nabywczą, wiele tracimy.

Sam od 20 lat pracuję przy internecie. Owszem, internet zmienił oblicze prasy, ale generalnie rzecz biorąc bez papieru nie ma roboty. W 2005 roku ze znajomymi założyliśmy papierowy magazyn komiksowy – banda hudefaków z internetarza, dzisiaj niektórzy, którzy tam debiutowali drukiem, to ludzie robiący naprawdę duże rzeczy – Wolski, Wittersheim, Dębski. Możliwe, że wypłynęli by na samym internecie, możliwe, że nie? Internet to jak worek z łajnem, w którym gdzieś, na dnie, są kocięta. Nie każdy je znajdzie, chociaż warto szukać.

Przez ponad dekadę pracowałem dla telewizji i wszyscy powtarzali mantrę, że telewizja umarła i internet szcza na jej grób. Cóż, telewizja żyje, ma się świetnie, tylko teraz zamiast kabla antenowego ma ethernetowy, seriale zamiast po odcinku są puszczane po sezonie (i też trzeba czekać – nie tydzień, ale pół roku) i nazywa się to Netflix. Realna różnica taka, że jak się już zapłaci za abonament, to reklam mniej, niż w kablówce.

Internet to za mało, żeby sensownie istnieć. Internet może być wsparciem, może funkcjonować na innych polach, ale nie jako podstawa, jako element całości.

Siłę nabywczą mają nie dwudziestolatkowie na dorobku, prekariat, który żyje z czytania chomikuja, tylko stare dziady, ludzie 30+ i 40+, na posadach, z rodzinami, dla których wydatek 20 złotych to nie jest wybór między lekturą a piwem. Grupa, która pamięta „Fenixa” a nierzadko i „Feniksa”.

Celujemy w innego czytelnika, niekoniecznie w millenialsa. Ale prócz papieru mamy dla wszystkich dużo rzeczy – rozbudowywane stopniowo archiwum online z poprzednich Feniksów i Fenixów – jeżeli ktoś interesuje się literaturą i krytyką to na pewno zaciekawią go analizy i oceny sprzed dwóch czy trzech dekad, bo to pozwala lepiej zobaczyć mechanizmy. Gdyby w obecnym już w archiwum tekście Krzyśka o rynku video zmienić „video” na „torrent” to można 1:1 przedrukować ten tekst (sprzed 25 lat!) dzisiaj.

Mamy blogi literackie – Lapsus, opisujący teksty, które w „blogosferze książkowej” są tak bardzo poza radarem, że się bardziej nie da, blog Tomka Fijałkowskiego, który ma doświadczenie i wykształcenie filologiczne, przez co wskakuje od razu trzy poziomy wyżej, niż „dostałam książkę do recenzji, dziękuję wydawcy, to fajna książka i łatwo się czyta” czy mój wreszcie, gdzie zajmuję się – zwykle zupełnie poza mainstreamem – komiksem i rzeczami, które dziś pamiętają tylko dziady, co młode były za Gierka – a okazuje się, że Peteckiego jednak ktoś dziś czyta, w tym także młodzi.

Otwarci jesteśmy na starych czytelników i na nowych. Ale nowi muszą chcieć do nas przyjść, nie przyniesiemy im „Fenixa Antologii” na srebrnej tacy i nie pokroimy w kostkę, żeby było łatwiej przeżuć. Dostaną nóż, chleb i wskazanie, gdzie lodówka.

Ci, którzy nie czytali i mają coś do powiedzenia niech oczywiście się wypowiadają. Niech fandom płonie, bo od tego jest fandom. Miło grzeje w dłonie ten płomień, ale to płomień słomiany – ostry, wysoko strzela i szybko się kończy. Dębowe kłody, gdy już się zajmą, żarzą się długo, długo.

Największe poruszenie w ostatnich dniach wzbudziły zasady przyjęcia tekstów. Jakże to tak, nie pracujecie z autorami?! – padały zarzuty. Fandom zapłonął naprawdę ostro.

Nie.

Czy idąc do wydawcy miałem ze sobą pomysł na książkę i listę pytań?

Nie.

Idąc do wydawcy, miałem gotowy produkt. Do Fabryki Słów zanosiłem gotowe, napisane powieści, utwory skończone, nad którymi pracowałem wiele miesięcy, czasem ponad rok. Szedłem, pokazywałem, wydawca mówił „weźmiemy to” i wtedy dopiero wkraczał redaktor, który pomagał zrobić ostatnie szlify, przetrzeć polerką to, co nieco zmatowiałe. Gdy pisałem do Michała Cetnarowskiego z Nowej Fantastyki nie proponowałem mu pomysłów, lecz gotowe, napisane i zamknięte opowiadania. Przygotowane tak dobrze, jak umiałem, najlepsze, jakie potrafiłem napisać. On je oglądał i mówił – „tu, tu i tu; ten wątek poszerz, dobrze wyjdzie, biorę to”.

Tak to wygląda w świecie prawdziwych wydawnictw. To nie jest blog czy internetowe forum, gdzie można wrzucić napisaną w nocy pierwszą część trzeciego rozdziału i poprosić o uwagi i poprawienie ortów.

Chcesz zgłosić tekst do „Fenixa Antologii”? Musisz nam przynieść gotowy produkt. Czy dealer samochodów pokazuje ci koła i pyta, jaki chcesz silnik? Nie, pokazuje ci samochód. Może wybrać kolor i rodzaj radia.

Tak, płacimy autorom. Ale jeżeli zaczynasz rozmowę od „ile płacicie” to nie ciebie szukamy.

Fandom płonie i niech płonie. Dostaliśmy przez te kilka dni milion żalów i kilkadziesiąt tekstów literackich i krytycznych, wiele z nich gotowych do druku już teraz i część z nich z pewnością wejdzie do kolejnego numeru, nad którym pracujemy też od paru dni.

Zbieramy opinie. Cieszę się, że spodobały się opowiadania, bo to trzon tego numeru. Publicystyka – jest taka, jakiej potrzebują nasi odbiorcy. Niektórzy ją chwalą, inny z nią polemizują. Jedni robią to tak, jak potrafią; inny robią to tak, jak umią. Słyszymy wszystkich, słuchamy tych, którzy mają do powiedzenia coś dla nas wartościowego.

Idziemy naprzód przez ten piach, powoli, krok za krokiem. Chociaż każdy z nas już publikował, pracował przy kwestiach wydawniczych i robił inne rzeczy – wciąż się uczymy. Na tym polega rozwój.

Przez piętnaście z górą lat nikt nie zrobił nic. Przyszliśmy i zrobiliśmy to sami. Bardzo się cieszymy, że wiecie, jak byście to zrobili lepiej.

Ale to my to zrobiliśmy i będzie po naszemu.

 

Bartek Biedrzycki

Autor książek, komiksów, podcastów i papierowych modeli.

Może Ci się również spodoba