Misja na Czerwoną Planetę

Chłopcy z Marsa, znów odwołali lądowanie
Kosmos nie porwie mnie
Urszula, Podwórkowa kalkomania

 

Polska Republika Demokratyczna, rok 1980

CSM-1 czyli Ciężki Statek Międzyplanetarny „Marceli Nowotko” wychodził właśnie ze strefy nocy. Ponad 400 kilometrów nad powierzchnią Czerwonej Planety ważący siedemdziesiąt pięć ton, cylindryczny pojazd mknął w kierunku przeciwnym do jej obrotu. Pękate, walcowate cielsko, przypominające pokrojem stacje kosmiczne klasy Salut błyszczało w promieniach odległego słońca, mniejszego i słabszego niż to, do którego na swojej rodzimej planecie przyzwyczajona była załoga. Drgnęły i obróciły się w idealnej synchronizacji srebrzyste panele baterii fotowoltaicznych, otaczające podstawę szerszej części kadłuba promieniście rozbiegającą się koroną. Na krawędzi węższej części drgnęła i obróciła się czasza anteny dalekiego zasięgu, szukająca swoim nadajnikiem macierzystego świata, który trójka ludzi opuściła w pogoni za wiedzą.

Światło dalekiego słońca zapaliło srebrzyste błyski na powierzchni paneli. Ich skomplikowane wnętrze pochwyciło promienie, zmieniając je w energię elektryczną, która systemem kabli spłynęła do potężnych akumulatorów, ukrytych we wnętrzu CSM-1. Stamtąd bocznikami energetycznymi pobrana została do nadajnika, gdzie rozjarzyła lampy i supernowoczesne tranzystory, sterujące układami.

– Ja Ares, ja Ares – powiedział kołyszący się przed pulpitem komunikacyjnym człowiek. Przytrzymywał się jedną ręką relingu, drugą puścił wolno. Stopy wsunięte miał w strzemiona, które chroniły go przez swobodnym unoszeniem się w kabinie w warunkach braku grawitacji.

Impuls elektryczny przepłynął przez mikrofon, stymulowany zmianami ciśnienia w jego węglowym wnętrzu pomknął dalej, przepłynął przez wzmacniacze i wreszcie zamieniony na ciąg binarny trafił do nadajnika anteny. Stamtąd pomknął ku odległemu, jasnemu punktowi na ciemnym tle kosmosu – ku Ziemi.

Ożyły stacje antenowe w Azji Środkowej, na Antarktydzie i pływająca stacja odbiorcza na statku „Kazimierz Nowak” na Atlantyku. Sygnały, przechwycone z pokładu „Nowotki”, zostały natychmiast rozkodowane i drogą satelitarną przekazane dalej, do centrów kontroli lotu w Koroliowe, w Moskwie i w Poznaniu.

– Ja Zaria, ja Zaria, słyszu was! – odpowiedziało centrum radzieckie.

CMK-1 leciał ponad Marsem po orbicie równikowej.

– Ja Ares, ja Ares. Mówi pilot-kosmonauta Jerzy Nowicki. Potwierdzamy status misji. Wszyscy zdrowi. Systemy w normie. Przygotowujemy się do odpalenia sond powierzchniowych.

– Ja Zaria, ja Zaria. Rozpocznijcie transmisję danych.

Pilot-kosmonauta Jerzy Nowicki puścił reling i niczym w zwolnionym tempie odchylił się w tył. Wyciągnął dłoń i strzelił przełącznikiem aparatury.

– Grigorij, możesz – rzucił po rosyjsku do siedzącego za nim, na stanowisku kontroli, towarzysza. Trzeci, ostatni z pilotów unosił się w przejściu między sekcjami „Nowotki”. Rosjanin chwilę stukał w klawiaturę, wprowadzając sekwencję potrzebną do uruchomienia transferu. Antena na rufie CMK-1 obróciła się, aby skompensować ruch statku po orbicie Marsa. Pakiet danych telemetrycznych i obserwacyjnych wystrzelił falową wiązką i pomknął ku Ziemi. W centrach kontroli lotów zamigotały diody, w ruch poszły bębny z taśmami rejestrującymi, zaszumiały wentylatory komputerów.

– Ja Zaria, ja Zaria, potwierdzam przyjęcie informacji – dobiegł lekko zakłócony głos kontrolera.

Przez kilkanaście minut w eterze trwała cisza. Antena „Nowotki” w tym czasie odbierała pakiety danych z Ziemi. Informacje sterujące dla sond bezzałogowych, aktualizacja z obserwatoriów orbitalnych, ale także informacje prywatne – zapisy foniczne i filmowe przeznaczone dla kosmonautów, przygotowane przez ich rodziny.

– Ja Zaria, ja Zaria, przechodzicie na kontrolę z Polski.

– Ja Ares, przyjąłem.

– Ja Poznań, ja Poznań – do rozmowy włączył się nowy głos. W odróżnieniu od schematów przyjętych w Związku Radzieckim, Polacy na określenie swoich stacji używali nazw miejscowości, nie kodów wywoławczych.

– Słyszę cię dobrze. Jaka decyzja w sprawie sond? – zapytał Nowicki.

– Wypuszczajcie zgodnie z harmonogramem, potwierdź.

– Przyjąłem.

Kosmonauta obrócił się wokół osi, unosząc w górę dłoń z wyprostowanym kciukiem. Zastukały klawisze, prąd wypełnił kolejne obwody i gdzieś w trzewiach „Nowotki” coś basowo zagrało, wprawiając cały kadłub w drżenie. Szczęknęły rygle przedziału towarowego, na pulpicie kontrolnym zamrugała żaróweczka oznaczająca otwarcie luku niehermetyzowanego. Nowicki oparł dłoń na pulpicie komunikacyjnym, poczuł drżenie, a potem wyraźnie odczuwalny wstrząs, kiedy sonda została wystrzelona z wyrzutni.

– Sonda „Jan Krasicki” poszła – zameldował do mikrofonu.

W Centrum Kontroli Lotów w Poznaniu zerwały się krótkie oklaski, ale umilkły szybko, jakby technicy i inżynierowie sami przed sobą zawstydzili się tego entuzjazmu, jaki okazali własnej pracy. Oczy wszystkich powędrowały ku tablicy z ekranami, na których teraz osobno biegły liczby, oznaczające parametry lotu „Nowotki” i sondy „Krasicki”.

– Ja Poznań, ja Poznań – wywołał kontroler – mamy telemetrię sondy. Przygotujcie się do powtórzenia operacji. Wystrzelić sondę „Hanka Sawicka”.

– Przyjąłem – Nowicki obrócił się ponownie, aby potwierdzić wykonanie operacji. W tym momencie rozległ się huk i kosmonautą rzuciło z ogromną siłą o pulpit łączności. Stracił przytomność.

W Centrach Kontroli Lotu w Moskwie i Poznaniu rozdzwoniły się sygnały alarmowe. Strumień danych przesyłany przez statki zniknął na chwilę z ekranów, aby pojawić się po dłuższej przerwie, uboższy jednak o część informacji.

– Co się tam do cholery dzieje?! – przez wrzawę rozemocjonowanych głosów przebił się ten najważniejszy – głos dyrektora Niegłowicza. Wszyscy zamarli. – Co się stało, ja się pytam, towarzysze inżynierowie i obywatele naukowcy?!

Zapadła cisza, przerywana jedynie buczeniem katodowych kineskopów i odległym stukotem teleksu, pracującego gdzieś dalej, w biurze prasowym Centrum, na niższym piętrze. A potem wszyscy naraz zaczęli się przekrzykiwać, oferując wyjaśnienia, informacje, hipotezy i propozycje. Poszły w ruch kalkulatory i mózgi elektronowe, posypały się z perforatora karty, operatorzy telemetrii przekazywali dalej dane, docierające z pokładu „Nowotki”. Obraz sytuacji, wyłaniający się szybko z dostępnych danych, rysował się nieciekawie.

Rys. Robert Adler

– Proszę jeszcze raz mi to wyjaśnić, ale powoli i tak dla zwykłego obywatela – zażądał w godzinę później pierwszy sekretarz wojewódzkiego KC, siedzący za biurkiem Niegłowicza w pełnej napięcia pozie. Zainstalował się za nim błyskawicznie i szybko poczuł jak u siebie.

– W tej chwili nie znamy jeszcze przyczyn awarii – zaczął spokojnie i rzeczowo dyrektor. – Najprawdopodobniej jej powody były zewnętrzne – dodał szybko, widząc niebezpieczny błysk w oczach sekretarza – nie zaś zawinione przez konstruktorów czy załogę. Podejrzewamy kolizję.

Partyjny dygnitarz skinął powoli głową na znak, że aprobuje takie wyjaśnienie.

– W chwili obecnej załoga CSM-1 żyje, ale statek utracił sterowność. Prawdopodobnie w sposób nieodwracalny. Dostajemy nadal część danych z sondy „Jan Krasicki” wystrzelonej tuż przed awarią, co pozwala nam na kontrolę położenia „Nowotki”, natomiast…

– Dobrze – przerwał bezceremonialnie sekretarz – wy mi tu, obywatelu, nie mydlijcie oczu jakimiś sondami. „Sonda”, to jest w telewizji na jedynce, wy mi macie powiedzieć, co teraz?

Niegłowicz spozierając z ukosa na sekretarza obmacał kieszenie marynarki. Widząc ten gest, jeden z docentów stojących za jego plecami sięgnął do kieszeni w koszuli i wyciągnął zmiętą paczkę Sportów. Szef podziękował skinieniem, wyciągnął jednego ustami z paczki i przypalił.

– Teraz, towarzyszu, to w zasadzie możemy zrobić dwie rzeczy. Zostawić ich tam, albo ich uratować.

– Wy tu, kurwa, ze mną, nie pogrywajcie! – wojewódzki poderwał się zza nieswojego biurka, nie na żarty rozzłoszczony. – Co to są za teksty, wam się wydaje, że możecie sobie drwić z Partii, bo jesteście kimś w tym całym waszym Centrum Kosmicznym?

– Nam się nic nie wydaje, towarzyszu pierwszy sekretarzu. Myśmy już to wszystko ustalili, czekamy jedynie na potwierdzenie zgody z Warszawy, żeby wysłać tam naszego człowieka z misją ratunkową – niedbale odparł szef. Z wojewódzkiego jakby uszło powietrze na wieść o tym, że ludzie z Centrum Kosmicznego rozmawiali już z Komitetem Centralnym w Warszawie. Opadł na fotel, oklapł nieco i na przemian robił się blady i czerwony ze strachu i wściekłości.

– Pozwolicie, towarzyszu – dyrektor obrócił się do drzwi, za którymi załomotały na korytarzu ciężkie kroki. Po chwili otworzyły się z rozmachem, aż skrzydło wyrżnęło o ścianę. W przejściu stał młody człowiek o ułożonej na wzór towarzysza Gagarina fryzurze i bystrych, lśniących oczach. Miał na sobie granatowy kombinezon treningowy i luźną wiatrówkę.

– Oto nasz as w rękawie, pilot-kosmonauta Wiktor Dobrowolski – przedstawił nowoprzybyłego.

– Spoko wodza, ja nadchodza – wypalił Dobrowolski, wpadając do gabinetu. – Uszanowanie, szefie! Witajcie, towarzyszu pierwszy sekretarzu! Cześć pracy, panowie! – machnął ręką pod adresem naukowców.

– Siadajcie, Dobrowolski, nie pajacujcie – burknął szef pod nosem, niby zły, ale uśmiechał się. Lubił tego chłopaka, jednego z najlepszych kosmonautów w całym polskim korpusie, wielokrotnie odznaczanego i chwalonego. Dobrowolski wraz z dowódcą „Nowotki”, Jerzym Nowicki, znali się jeszcze od czasów liceum lotniczego. Razem skończyli studia, wspólnie polecieli w swój dziewiczy lot w kosmos, razem zdobyli uznanie i sławę najdzielniejszych synów demokratycznej Polski. Wraz z piękną Glorią tworzyli prawdziwą trójcę gwiazd europejskiej kosmonautyki.

– Zamieniam się w słuch – Wiktor przysunął sobie krzesło i intensywnie popatrzył na docenta Komosę, który wyciągał właśnie z kieszeni płaszcza plik kartek.

Wypadki potoczyły się błyskawicznie. Zanim jeszcze sekretarz wojewódzki zdążył na dobre ochłonąć po afroncie, jaki spotkał go w biurach Centrum Kosmicznego Konstantego Ciołkowskiego, Wiktor Dobrowolski przebierał się już w skafander kosmiczny. W kilka godzin później siedział w pełni gotowy na fotelu pilota w tajnym, wojskowym samolocie kosmicznym, nad którym w sekrecie pracowano od połowy lat 70. w Biurze Inżynierów. Noteć 2015, bo taki kryptonim nosił pojazd, była konstrukcją wyjątkowo brzydką, przez większość personelu przezwaną „Kapeć” ze względu na charakterystyczny kształt dzioba. Teraz nie było tego widać, bo Noteć tkwiła ukryta pod osłonami na szczycie rakiety Syrena 5B. Potężny korpus, sterczący w niebo niczym wieża, wspierał się na czterech otaczających go promieniście dodatkowych rakietach na paliwo stałe, które miały umożliwić wypchnięcie go od razu na orbitę geostacjonarną. Stamtąd trzeci człon Syreny miał skierować Noteć w kierunku Marsa, gdzie kosmiczny myśliwiec będzie już w stanie manewrować na własnych silnikach. Dzięki wykorzystaniu hermetycznych luków, przeznaczonych do przenoszenia sprzętu wywiadowczego i wojskowego, miał posłużyć w najgorszym wypadku jako szalupa ratunkowa, którą Dobrowolski będzie w stanie sprowadzić załogę „Nowotki” na niską orbitę okołoziemską, gdzie mieli zacumować do międzynarodowej stacji kosmicznej „Europa”.

Przyspieszenia osiągane przez zestaw startowy miały przewyższyć wszelkie dotychczasowe obciążenia, którym poddawani byli gwiezdni podróżnicy. Szansa na powodzenie była niepewna. Dlatego to właśnie Dobrowolski, obok Nowickiego najlepszy kosmonauta całego demokratycznego świata, miał tę misję przeprowadzić. Siedział teraz w kabinie „Kapcia”, wsłuchując się w odliczanie, kiedy coś załomotało. Odległy, jakby wytłumiony dźwięk dobiegał gdzieś z zewnątrz, zagłuszając malejące liczby podawane z Kontroli Lotów. Wiktor obrócił głowę w skafandrze, zaniepokojony. Brzmiało to tak, jakby ktoś dobijał się do osłony okrywającej myśliwiec. To jednak nie było możliwe. Przynajmniej w teorii, bo Wiktor coraz wyraźniej słyszał bębnienie. I coś, co brzmiało jak kobiecy głos.

– Centrum? – zapytał niepewnie przez mikrofon.

– Wiki? – dobiegł go nieco niewyraźny głos kolegi, Maćka Strzępy, oficera łącznościowego. – Wiki, coś mi się tu tłucze… Teges.

– Zaraz, Maciek, cholera, mnie się tłucze! O kadłub mi coś wali! Słuchaj! – kosmonauta obrócił głowę, jakby chciał nadstawić ucha.

– … tam, do cholery, dzieje! – dobiegł go słaby krzyk. Jednocześnie łomot się wzmógł. Nagle coś trzasnęło i w oczy Dobrowolskiego uderzyła fala światła. Oślepiony, zobaczył przed sobą coś, co wziął w pierwszej chwili za anioła. Głupoty, pomyślał, nie ma przecież aniołów. A jednak najwyraźniej widział na tle świetlistego prostokąta smukłą postać z długimi, falującymi włosami.

Prostokąta? Z długimi włosami? Anioł powinien mieć skrzydła… Chyba…

– Wiktor, do diabła! – krzyknął anioł, łapiąc go za koszulę na piersi.

Za jaką koszulę, cholera. Wiktor uniósł dłoń w rękawicy do okrytego hełmem czoła i z zaskoczeniem stwierdził, że nie ma ani rękawicy, ani hełmu. Zamrugał szybko, bo obraz przed oczami strasznie mu się rozmywał, jakby pływając na boki. W uszach szumiało.

Cholera, pewnie przeciążenie – pomyślał mętnie. Halucynacje od długotrwałego samotnego lotu, zawyrokował. W końcu udało mu się zogniskować wzrok. Zobaczył burzę ciemnych włosów i skrzące od gniewu oczy, wpatrzone w niego intensywnie.

– Wiktor, do jasnej cholery! – rozpoznał w końcu posiadaczkę oczu. Gloria, koleżanka z kończącego się właśnie drugiego roku w Szkole Pilotów. No, ze skończonego, w sumie, bo zdali śpiewająco sesję, zaliczyli testy praktyczne i oblewali właśnie sukces. Piękna Gloria, za którą oglądali się wszyscy faceci.

– Co… Ale co się dzieje? – wymamrotał, podczas gdy świat nadal kręcił się wokół nich jak w wirówce, na której poddawali ich przeciążeniom wykładowcy i trenerzy.

– Co tu się w ogóle wyprawia? Co wy wyrabiacie? – ostro spytała dziewczyna, rozglądając się po pokoju akademika. Jeden rzut oka pozwolił jej właściwie ocenić sytuację – puste butelki po Żytniej i Polonezie, kawałek zatłuszczonego papieru – najwyraźniej po kaszance, musztardówki. Wiktor Dobrowolski siedzący w kucki na zrzuconym z łóżka materacu. Maciek Strzępa, kolega z roku wyżej, leżący na granicy przytomności na stole.

– Drzecie się tak, że cały akademik chodzi w posadach – stwierdziła z dezaprobatą. – Zaraz tu wpadnie straż uniwersytecka i się skończy to świętowanie! Wyrzucą wszystkich!

– Gdzie jest Jurek?! – zapytała nagle, zdjęta nagłym strachem, uświadamiając sobie, czego jej brakowało w tym obrazie nędzy i rozpaczy.

– Na Marsie – wydukał Wiktor.

– Na jakim Marsie!? – krzyknęła Gloria i tknięta podejrzeniem skoczyła do okna. Wyjrzała, mimo woli uśmiechając się, kiedy jej wzrok ogarnął całą scenę.

Dwa metry niżej, na stratowanej rabatce, obejmując czule młode drzewko spał twardym, pijackim snem Jerzy Nowicki, prymus drugiego roku. Głowę tulił do spulchnionej ziemi, a jego nogi spoczywały w wyciągniętym nie wiadomo skąd pudle po telewizorze, na którym ktoś chemicznym ołówkiem namazał napis „CSM-1 Nowotko”.

 

O dalszych przygodach Jurka, Wiktora i Glorii przeczytasz w grudniowym numerze „Nowej Fantastyki”.

 

Bartek Biedrzycki

Autor książek, komiksów, podcastów i papierowych modeli.

Może Ci się również spodoba

  • Liteon

    Kurczaki, dopiero przeczytałem hhhehe, cóż misje kosmiczne to nie rurki z kremem :-D, trzeba mieć zdrowie związane z trudnościami i przeciążeniami. Przyciąganie ziemskie nadal jest siłą z którą naprawdę trzeba walczyć w trakcie „takiej” misji ;-)

  • Pingback: 168. Robi się – Gniazdo Światów – Bartek Biedrzycki()