Węgierski łącznik

Arpad Tramiel to postać w Polsce praktycznie nieznana. Ten smutny fakt trudno uznać za dziwny, kiedy potencjalny czytelnik uświadomi sobie, że jego krótka, ale błyskotliwa kariera przypadł na okres w Polsce wyjątkowo niekorzystny dla niektórych i wyjątkowo korzystny dla innych. Konkretnie na pierwszą połowę lat dziewięćdziesiątych, w której przedruki fantastyki z tzw. Bloku Wschodniego nagle się skończyły, a zaczęła masowa (nad)produkcja fantastyki zachodniej.

Arpad Tramiel miał nieszczęście być twórcą węgierskim i fakt, że jego debiutancka powieść „O trzy na drugą w Montevideo” w ogóle ukazała się w polskim przekładzie zakrawa na cud. Bardziej prawdopodobne jest, że po prostu jakiś domorosły wydawca, jakich było wtedy pełno – a padali jak muchy – miał sentyment do naszych bratanków i Arpada wydał. Niestety, para poszła w gwizdek i wystarczyło jej tylko na pierwszy tom z trylogii, która, prócz wspomnianego „O trzy…” obejmuje także zapowiedziane na ostatniej stronie okładki (i, o ile wiem, nigdy w Polsce nie wydane) „Zrosty” oraz finałową powieść „Incommunicado”. Sam wydawca – czyli niejakie „Horyzonty percepcji” – wydaje się być efemerydą i, w tym wypadku dosłownie, one hit wonder. Cóż, były to lata dzikie, straszne i dobrze, że nie musimy o nich pamiętać. Tylko pogrobowców czasem szkoda.

W swojej ojczyźnie wydaje się być obecnie Tramiel madziarskim odpowiednikiem Bohdana Peteckiego. Pamięta o nim pewne pokolenie, czasem sięgają po niego nowi czytelnicy, ale popularny w jakimś momencie, stał się w następnej chwili równie zapomniany. Wystartował z rewelacyjną trylogią (jeśli wierzyć fanom w sieci – ja miałem okazję sprawdzić tylko pierwszy tom, bo po węgiersku to głównie umiem „egesz megesz czytosz elementosz”), a potem porzucił fantastykę i napisał cykl doskonałych powieści kryminalnych (a wręcz noir) o komisarzu budapesztańskiej obyczajówki Istvanie Gy. Rzucam w ciemno, bo nie czytałem, ale na myśl przychodzi mi od razu nasz rodzimy Joe Alex i jego powieści kryminalne.

W „O trzy na drugą w Montevideo” rozpoczynającym cykl „Służba solarna” (znów mimowolne skojarzenie z Peteckim, gdzie była Solarna Agencja Ochrony i inne mutacje tej nazwy), mamy zresztą też do czynienia z kryminałem. Wszystko zaczyna się nieco jak „Wydziedziczonych” LeGuin – oto wenusjański (ciekawostką jest, że w książce wykorzystaną radziecką nazwę „Wenera” dla naszej sąsiedniej planety, ale określenie „weneryczny” stanowczo nie budzi dobrych skojarzeń), więc wenusjański naukowiec imieniem Jon D’Oe postanawia naruszyć monopol na atomowy napęd statków kosmicznych, który pozwoli na skrócenie czasu przelotu między planetami wewnętrznymi z kilkunastu tygodni do kilkunastu dni. Waga i komercyjna wartość takiego napędu są niebotyczne. Oczywiście D’Oe popełnia kilka błędów i zwraca się o pomoc nie do tych ludzi, co trzeba – wybiera bowiem anarchizującą lewicową organizację, która – i jak tu nie wierzyć w prekognicję fantastyki – jako żywo przypomina współczesny alt-left z ich podejściem „kochamy wszystkich w każdej formie, tak długo, jak długo wyznają nasze zasady”. Przejęcie planów i prototypu napędu przez rzeczoną Ashtarte Rouge i wysunięcie przez nich żądań pod adresem Rządy Światowego kończy się wyjęciem spod prawa wszystkich jej członków, co skutkuje radykalizacją i serią ataków terrorystycznych na niespotykaną dotąd skalę.

W tym momencie na scenę wkracza wreszcie protagonista, urodzony na Ganimedesie, ale wychowany w Enklawie Północnej Ameryki, Ngwele Ndjamena. Jest to absolutnie oldschoolowy machistowski skurwiel, z kwadratową szczęką Johna Wayne’a, charakterem godnym Anielskiego Oczka i sprytem, którego pozazdrościli by mu Bondowie od Connery’ego do Craiga włącznie. Wchodzi na scenę w powodzi ognia i chmurach dymu, uchodząc (nie tyle cudem, co nadludzkim wysiłkiem woli, jeśli wiecie, co mam na myśli), z jednego z zamachów przeprowadzonych przez Ashtarte Rouge. Szybkie wezwanie do Centrali Służby Solarnej w Kraterze Koroliowa na Ciemnej Stronie Księżyca i już rusza znów na powierzchnie planety, aby odnaleźć w lewackich kazamatach nieszczęsnego Jona D’Oe i odzyskać tajemnicę jego wynalazku. A jest to zadanie karkołomne. Dość powiedzieć, że na ostatniej stronie dzielny kwadratowoszczęki Ngwele znajduje się dwanaście metrów poniżej powierzchni Oceanu Indyjskiego, zamknięty w hermetycznej kapsule powrotnej radzieckiego (w czasie pisania powieście ZSRR jeszcze istniał) statku kosmicznego Sojuz wraz z piękną i inteligentną panią doktor. Żeby było trudniej, kapsuła zaczyna nabierać wody, toń pełna jest rekinów, a na powierzchni szaleje właśnie rozkręcający się orkan… Jest godzina – tytułowa – o trzy na drugą i za 58 minut mija czas spełnienia ultimatum czerwonych terrorystów.

Niestety, na ty moja przygoda z przygodami superagenta Służby Solarnej się skończyła. Na tyle, na ile udało mi się przeczesać z pomocą translatora madziarski internet, bohaterski ganimedejczyk nie tylko opuszcza Sojuza w dobrym zdrowiu, ale też dociera jeszcze tego samego dnia do kosmodromu w Kalkucie i startuje w kierunku planet zewnętrznych. Razem z nadal piękną doktor. Tam udaje im się wreszcie odnaleźć nieszczęsnego D’Oe, który niestety zmuszony jest wyzionąć ducha chwilę później, ale udaje mu się przekazać informację o miejscu przechowywania kopi supercennych planów. Po rozgromieniu złowieszczych terrorystów z Ashtarte Rouge, w tomie trzecim Ngwele startuje na potajemnie wykonanym prototypie statku o nowym napędzie i udaje się w pewne miejsce w Obłoku Oorta, skąd Służba Solarna przechwyciła niepokojące sygnały.

Niestety, jak pisałem na początku, wydawca wyzionął ducha po wydaniu pierwszego tomu trylogii Tramiela (była to zresztą chyba w ogóle jedyna książka przez niego wydania) i w Polsce nikt tak naprawdę o ganimedejczyku Ndjamenie nie usłyszał. Mój egzemplarz trafił do mnie jako ciekawostka, podrzucony i przez jednego z czytelników (pozdrawiam serdecznie, Marku!), który wygrzebał ją w pudle ze starymi rocznikami F, NF i „Kroków…” na strychu domu swojego stryja. Próba odnalezienia autora była trudna niczym odnalezienie D’Oego, bowiem Arpad Tramiel ma nieszczęście mieć to samo nazwisko, co znany Polak w USA, Jacek Trzmiel. W dodatku, jak pisałem, mój węgierski pozostawia wiele do życzenia. Ostatecznie zostałem z zupełnie beznadziejnie rozbudzonym apetytem na coś, co może Magu mógłby mi wygrzebać w jakimś antykwariacie w trakcie swoich wędrówek, ale szansa, że to przeczytam, jest mniejsza niż szanse na wydostanie się z zatopionej na dwunastu metrach kapsuły powrotnej, gdy na powierzchni szaleje orkan…

Co jest tym ciekawsze, że całą tę recenzję, autora i książki – zmyśliłem.

Bartek Biedrzycki

Autor książek, komiksów, podcastów i papierowych modeli.

Może Ci się również spodoba