161. Jak przestałem się martwić i pokochałem bezrobocie

Bardzo krótkie, dodam.

Ostatnich kilka lat spędziłem za tym biurkiem.

Ostatnich kilka lat spędziłem za tym biurkiem.

W poprzedniej firmie przepracowałem dziewięć lat. Szmat czasu. Pracowało mi się tam dobrze, chociaż nieco nerwowo. Zdobyłem masę doświadczenia i z epoki patchcordów, switchów i desktopów wprowadziłem swojego pracodawcę w magiczny świat laptopów i sieci wifi.

Nie mówi się źle o nieobecnych. Powiem więc jedynie, że w ubiegłym roku dynamika interpersonalna w firmie zmieniła się na tyle, że robotę rzucali ludzie, którzy pracowali tam po kilkanaście lat. Rzuciłem i ja. 31 marca skończył mi się okres zatrudnienia i w Prima Aprilis zacząłem być bezrobotny.

Zarejestrowanie się zajęło mi tydzień, bo nie chciało mi się jechać do powiatu. 25 kwietnia podpisałem nową umowę o pracę, na okres próbny. W tym czasie zdążyłem skończyć „Śnieżycę”, która od kilku miesięcy leżała i czekała, zredagować „Noc na dużej ziemi”, napisać kilka artykułów i zacząć trzecią jednocześnie pisaną książkę, tym razem popularnonaukową.

Skłamałbym, gdybym powiedział, że nie panikowałem, kiedy zostałem bez roboty. Tym bardziej, że nie bardzo miałem alternatywę – wiedziałem jedynie, że będę szukał „w branży”. Wysłałem grubo ponad sto CV przez portal pracuj.pl, bardzo dokładnie wybierając oferty. Połowę z tych zgłoszeń napisałem po angielsku.

Dostałem około dwudziestu odpowiedzi „dziękujemy, nie tym razem”. Trzy – zainteresowane. Reszta poszła Panu Bogu w okno.

Wziąłem udział w tych trzech rekrutacjach. W dwóch wypadkach przeprowadzono ze mną dwie rozmowy, w jednym – jedną. Poetyka taka. Z ofert zdecydowałem się na tę, która była najbardziej podobna do mojej poprzedniej pracy. Będę robił to samo, ale bez dodatkowych zadań w stylu „przetłumacz to DVD i zrób do niego napisy”. No i za wyższą, bardziej współczesną pensję.

Prawdą jest, że szukałem pracy w Warszawie. Nie miałem wyjścia – kiedy mieszka się w miasteczku satelickim, to i tak możliwości pracy są ograniczone. „Bo u was w Warszawie łatwiej o robotę i dużo płacą” – czasem słyszę i odpowiadam „Za to chleb kosztuje 3.50”.

Być może w Polsce B mniej jest ofert i mniej tam płacą, lecz tutaj na jedno miejsce jest pięciu fachowców, dziesięciu studentów, co zrobią to za pół ceny i siedmiu mieszkańców Polski B. Często także fachowców.

Myślę, że wygrałem dopasowaniem do potrzeb. I doświadczeniem. W ostatniej firmie pracowałem dziewięć lat. W sumie w IT – ponad piętnaście. To szmat czasu i ogrom wiedzy i umiejętności. To coś, co przychodzi z wiekiem. Wbrew temu, co się mówi, pracodawcy chyba nie lubią ryzykować tylko dlatego, że można oszczędzić. Przynajmniej nie w międzynarodowych firmach.

Nie, nie dostałem pracy po znajomości. Podobnie jak w branży wydawniczej – same znajomości nie wystarczą. Od jednego z kolegów dostałem cynk, że u niego w firmie toczy się rekrutacja. To nie w tej firmie dostałem pracę. Drugi poradził mi skorzystanie z pracuj.pl. To tam znalazłem ofertę.

Patrzę w przyszłość nieco nerwowo. Chciałbym pracować w nowej firmie co najmniej połowę tego czasu, co w starej. Piję toast za te życzenia. I za tych, z którymi przez prawie dekadę pracowałem. Toast butelką whisky, którą dostałem od moich współpracowników na pożegnanie. Tę butelkę i naturalnej wielkości dmuchanego Kylo Rena.

A jeśli zdarzy wam się stracić pracę – nie lękajcie się. Trzeba po prostu znać swoje możliwości i być zdecydowanym. Tak naprawdę moja panika wynikała tylko z tego, że nie dopuszczałem w ogóle sytuacji, w której zostałbym na bezrobociu dłużej, niż jeden okres rozliczeniowy. W Urzędzie Pracy powiedziano mi, że jak szybko znajdę pracę, to dostanę jakiś dodatek motywacyjny, czy coś. Muszę jechać w przyszłym tygodniu się wyrejestrować.

Bartek Biedrzycki

Autor książek, komiksów, podcastów i papierowych modeli.

Może Ci się również spodoba

  • JAPONfan

    Dude. Ale chleb wszędzie kosztuje 3.5. I pisze to jako człowiek który po wysłaniu grubo ponad stu CV, 4 rozmowach w Warszawie, dwóch na miejscu, przeprowadza się do warszawskiego miasteczka satelickiego.
    I tak, też usłyszałem że kwota której spodziewam się na koncie jest wysoka. Ale to ja dostałem tą robotę a nie ludzie z 3-letnim doświadczeniem (taki ofertowy żarcik).
    To raczej kwestia podejścia firmy do tego czy chcą mieć zrobione czy chcą mieć zrobione dobrze i mają świadomość tego że z jakością usługi idzie cena. Po prostu w Polsce B (czyli wszędzie poza Warszawą) jest mało przedsiębiorstw które mają takie myślenie narzucone przez „obcy kapitał”

  • Powodzenia :) I zgadzam się, nie ma co bać się zmiany pracy, obecnie to nawet dobrze postrzegane, jeśli co jakiś czas zmieni się nie tylko pracodawcę, ale i zakres obowiązków. Wtedy człowiek wydaje się pracodawcy bardziej wartościowy, a zapis w CV – łatwo przyswajam wiedzę – jest poparty doświadczeniem.