Bartek jestem, a nie żaden pan

Z idolem

Wielki fan i wielki idol, czyli „Hi, Norm, I’ve been, like, reading your comics since 1991, y’know!”

 

Od mniej więcej roku zauważam w swojej z ludźmi komunikacji, zarówno w sieci jak i w życiu prawdziwym, pewną prawidłowość: wiele, bardzo wiele rozmów zaczynam od tekstu „Bartek jestem, a nie żaden pan”. Ta prawidłowość dotyczy wszelkich dziedzin komunikacji – czy to wiadomości na FB, czy maili, czy też rozmowy na żywo na konwentach lub na spotkaniach autorskich. A przyczynę ma dwojaką.

Po pierwsze, ja nie czuję się żadnym panem. Tym bardziej, że jeszcze rok temu poza środowiskiem komiksowym lub lokalnymi aktywistami z Konstancina-Jeziorny mało kto miał świadomość, że istnieje taki człowiek jak ja. Dopiero premiera wydobyła mnie z zakurzonego kąta, otrzepała i postawiła w świetle padającym z okienka na tym strychu. No i zaczęły się kontakty z ludźmi, którzy zupełnie mnie dotąd nie znali. Z ludźmi, którzy, przez wzgląd na dobre wychowanie i zgodnie z ustalonym zwyczajem tytułują mnie  „panem”. Nic w tym, na pierwszy rzut oka zdrożnego nie ma, szczególnie, że jednak swoje lata mam i mógłbym być ojcem niektórych z tych osób bez szczególnego pogwałcania obyczajów. Większość z nich jednak zapomina lub – co bardziej prawdopodobne, ze względu na młody wiek – nie zna zwyczaju panującego w polskim fandomie od czasów niepamiętnych, a polegającego na tym, że mówimy do siebie wszyscy „per ty”.

Jaka jest dokładnie geneza tego zjawiska – trudno ocenić, ale chyba celnie ujął to Michał Stonawski na swoim blogu.

(…)grupa miłośników fantastyki zrobiła to, o co w idei komunizmu chodziło, a czego komuniści zrobić nie potrafili. Sprawili, że wszyscy są równi. I jasne, ktoś może być pisarzem, inny krytykiem, jeszcze inny zwyczajnym fanem – i tu równość nie istnieje (bo przecież nie ma czegoś takiego, jak równość), ale dzięki takiemu, fandomowemu, rozumieniu sprawy, pojawia się wspólna, wolna od wszystkich ideologii, religii, statusów społecznych i innych przeszkód w porozumiewaniu się, płaszczyzna do rozmowy. Wobec fantastyki, naszego zainteresowania, hobby, pasji – wszyscy jesteśmy równi.

Dla mnie działa.

I teraz dochodzę do sedna problemu, chociaż nie wiem, czy to nazwać problemem, czy też po prostu znakiem czasów i nieuchronną, nieuniknioną zmianą (czy jest ona równie nieunikniona jak śmierć Chronica, to jeszcze nie wiadomo).

O ile w zakurzonych, ledwo pamiętnych latach 80. konwenty fantastyczne były wydarzeniami hermetycznymi, przeznaczonymi dla wybranych, zainteresowanych tematem zapaleńców, o tyle obecnie są to imprezy masowe. W każdym tego słowa znaczeniu. Na konwenty fantastyczne wpadają już nie tylko czytelnicy Zajdla czy Wnuka-Lipińskiego, nie tylko fani „Saturna 3” albo „Powrotu Jedi”, nawet nie MG od AD&D 3rd Edition. Na wielodniowe, najeżone programem kulturalnym – literackim, filmowym, growym, komiksowym – ale także naukowym festiwale, bo tak je czasem lepiej określić, wpadają ludzie całymi rodzinami.

Oczywiście przekrój, jak sądzę, nie zmienił się radykalnie – jedynie objętość zbioru niejako się zwielokrotniła. W tym wszystkim jednak fandom i jego spotkania zatraciły pewną kameralność. O ile dawniej łatwo było usiąść w knajpie nawet przypadkiem obok wziętego pisarza, o tyle teraz konwenty działają już na zasadzie pracy w podgrupach – zbyt dużo na nich ludzi, aby błąkać się przypadkiem po salach, halach i korytarzach. Zbyt mało jest już okazji, aby swobodnie z ludźmi porozmawiać. Skończyła się pewna branżowa elitarność, zaczęła się impreza masowa.

Podobnie zresztą rzecz ma się na festiwalach komiksowych. Jeszcze na przedostatnich Warszawskich Spotkaniach Komiksowych wchodząc przez główne wejście przybijaliśmy sobie wszyscy piątkę po kolei. Obecnie zdarza się, że będąc na Festiwalu Komiksowa Warszawa w ramach targów książki jestem na afterparty, a potem dowiaduję się z FB, kto jeszcze na nim był i z kim się minąłem. To wszystko, oczywiście, nie sprzyja zacieśnianiu więzi, zawieraniu znajomości i rozluźnianiu obyczaju, lecz ciąży w kierunku skostnienia, umocnienia dystansu i porzucenia swojskiego tykania.

A jest w tym pewna szkoda, rzekłbym, że nawet spora. W czasach, kiedy z byle laski, która ma na tyle mało hamulców, żeby pokazać cycki na stadionie robi się gwiazdę, celebrytą w pewien sposób staje się każdy, kto jest chociaż odrobinę znany. Nawet jeżeli znany jest z tego, że jest znany. Podobnie twórcy kultury – w wypadku fandomu głównie pisarze, ale w bliskich mi kręgach także ilustratorzy, scenarzyści, w pewien sposób nawet ja, autor dwóch książek, cała ta kolorowa hałastra lekko się celebrytyzuje.

To dystans niepotrzebny, zły; dystans dla autorów, twórców – szkodliwy. Całkiem niedawno zaprosiła mnie na piwo stołeczna Grupa Ocalałych. Po wszystkim od Michała usłyszałem jedną, naprawdę świetną rzecz:

Wygrałeś mnie tym, że po prostu podałeś mi rękę i powiedziałeś „Bartek jestem” zamiast robić z siebie pana pisarza jak niektórzy.

I tu dochodzę do dwoistego źródła tych problemów – pierwszym jest to, że do gości zaproszonych na imprezę sami organizatorzy zwracają się per pan. Drugim fakt, że w fandomie jest masa młodych fajnych ludzi, którzy po prostu odebrawszy odpowiednie wychowanie krępują się powiedzieć do ludzi w wieku swoich rodziców, a czasem i dziadków „Co słychać, kiedy napiszesz wreszcie nową książkę”.

Tych pierwszych nie rozumiem do końca. Owszem, zdaję sobie sprawę z tego, że goście zaproszeni to dobro cenne, a we wspomnianych czasach gwiazdorstwa obchodzić się z nimi czasem trzeba jak z jajem (czasem jak ze zgniłym) bo też zdarzają się i goście mniej godni, niżby tego wymagała sytuacja i pozycja ich w fandomie, lecz wielu, zbyt wielu orgów i gżdaczy to weterani fandomowi, którzy nade wszystko tradycję powinni szanować. Nawołuję więc – nie panujcie pisarzom, ilustratorom czy innym jakimś scenarzystom. Toż to zwykły fandom jest, jak i wszyscy. Tyle, że na świeczniku, więc i bardziej sam musi dbać o wizerunek, a już to nie przysypiać pod lepszą gwiazdą na ławce w parku, nie mówiąc o tym, że nawet w hotelowej stołówce wolnej z zasady od nie-gwiazd zbyt głośno o rozbijaniu sobie łbów przez mniej lubianych kolegów po piórze nie perorować.

Natomiast tych młodych, nasto- czy dwudziestoparoletnich ludzi rozumiem, bo i mnie dziwnie było pierwszy raz chociażby do Andrzeja Pilipiuka powiedzieć „Cześć, Andrzeju” czy do Michała Cetnarowskiego na FB napisać „Cieszę się, że się odezwałeś”, nie mówiąc o tym, że uściśnięcie ręki Ewie Białołęckiej to było nie lada przeżycie. Byli oni w końcu po pierwsze formalnie nieznajomymi, a po drugie są wszyscy branżowymi weteranami i nie wypada, aby koszarowa ciura tak się z oficyjerami spoufalała. Szybko jednak zdusiłem w sobie te zapędy do panowania, mając w pamięci, że „z panami skończyliśmy w czterdziestym piątym” oraz znając tradycję. Mnie jednak stanowczo jest łatwiej – w końcu jestem poważnym, dorosłym facetem, w pewnych kręgach nawet poważanym za jakieś tam osiągnięcia i wytrwałą orkę na niektórych ugorach.

Fandom młody tak lekko nie ma, więc z tego miejsca chciałbym wystosować prośbę podwójną – już to do fandomowej braci fanowskiej, czytelniczej, oglądaczej, graczej, już to do towarzyszy starszych / doświadczonych w rzemiośle bardziej czyli piszących, kręcących, projektujących. Bądźmy dla siebie mili i kolegujmy się. Mówmy do siebie „per ty”. Nie tak są dawne przypadki, że legendy pokroju Macieja Parowskiego czy Marka S. Huberatha potrafiły zbesztać publicznie na spotkaniu kogoś, kto nazbyt tytułował pisarza-weterana.

Czytelników zaś swoich i innych proszę – nie róbcie z nas dziadów. Rok temu ja byłem takim czytelnikiem, co mu serce skacze gdy może idolowi przybić piątkę na spotkaniu. Kilka lat temu zjechałem niemal, gdy spotkałem na żywo i miałem okazję pogadać z Normem Breyfoglem, dla mnie legendarnym rysownikiem Batmana i serii „Detective Comics”, w którego kadry i rysunki wpatrywałem się godzinami w początkach lat 90. Dzisiaj wy wszyscy jesteście czytelnikami, za rok część z was chwalić się będzie książkami, komiksami, opowiadaniami w „Nowej Fantastyce”, własnymi scenariuszami do gier, stoiskami na konwentach, prelekcjami, warsztatami.

Jesteście przyszłością tego fandomu i należy wam się szacunek nie mniejszy, niż tym, co tworzą go od dawna. Bo gdy ich zabraknie, któż jak nie wy?

A więc – Bartek jestem. A tobie, jak na imię? Przejdźmy wszyscy, na powrót, na ty.

PS. Ze względów czysto technicznych i z wygody własnej używałem w niniejszym tekście jedynie form męskich, chciałbym jednak zapewnić, że żadnej kobiecie czy dziewczynie, których w fandomie nie brak, uchybić w ten sposób nie zamierzałem.

Bartek Biedrzycki

Autor książek, komiksów, podcastów i papierowych modeli.

Może Ci się również spodoba