Przypadek pana Janka

Jan Mazur wpisuje się świetnie w absurdalne określenie „młody twórca”. Przykleja się je do każdego autora komiksów w Polsce, który nie jest Bogusławem Polchem, Grzegorzem Rosińskim czy Tadeuszem Baranowskim. Biorąc jednak pod uwagę ludzi tworzących w okresie tzw. wielkiej smuty, a potem twórców związanych z „Produktem”, takich jak jego spiritus movens Michał Śledziński czy nazywany „młodszym bratem Śledzia” Karol Kalinowski – jest twórcą młodym. Roboczo można go zaliczyć do fali „postprodukcji”, czyli ludzi wychowanych na rzeczonym magazynie; fali, która dała polskiemu komiksowi takie tuzy jak Marcin Podolec.

Mazur zaczynał od publikacji komiksów w sieci, aby w połowie ubiegłej dekady związać się z grupą netKolektyw – ekipą cyfrowych twórców, którzy postanowili pokazać środowisku komiksowemu oblicze nowych młodych gniewnych. Od trzeciego numeru wydawanego przez grupę magazynu „Kolektyw” pełnił on funkcję redaktora (wraz z Robertem Sienickim i niżej podpisanym) i odpowiadał za selekcję materiału. I chociaż „Kolektyw” trudno z perspektywy lat uznać za nową jakość, to jednak pozwolił on zadebiutować drukiem całkiem sporej grupie scenarzystów i rysowników.

Właśnie na łamach tego magazynu stawiał Mazur pierwsze kroki jako scenarzysta, pisząc krótkie komiksy dla związanych z grupą twórców. Bezpośrednio z kart periodyku do własnego albumu przeskoczył wymyślony przez Igora Wolskiego humorystyczny bohater fantasy Rycerz Janek, którego albumowe przygody pióra Mazura i Sienickiego, zilustrowane przez Wolskiego, ukazały się w 2008 r. W kolejnych latach ten sam duet scenarzystów powołał do życia „Drużynę AK” – groteskową opowieść o grupie karłów.

Po drodze niejako Mazur pisał scenariusze do antologii dla dzieci „Jazda”, a także do zbioru „Hurra”, gdzie po raz pierwszy sam zajął się stworzeniem oprawy graficznej. W 2012 r., po zakończeniu publikacji „Kolektywu”, Mazur i Sienicki powołali do życia antologię „Profanum”, którą z powodzeniem redagują do dziś. Sam Jan poszedł za ciosem i wzorem reszty ekipy z netKolektywu, który uległ naturalnemu rozpadowi, zaczął celować raczej w albumy. W ten sposób powstał obrazoburczy „Milito pro Christo”, zilustrowany przez Jacka Kuziemskiego. Brawurowy, prześmiewczy album rozgrywał polskie kompleksy, prezentując Karola Wojtyłę przedzierzgniętego w superherosa dowodzącego paramilitarnymi bojówkami. Chociaż komiks przeszedł właściwie bez echa, co może dziwić w kraju nad Wisłą z jego manią na temat papieża, zdobył uznanie w oczach środowiska jako dojrzałe i wymowne dzieło kontestujące wszechobecny, bezkrytyczny i dramatycznie nudny kult świętości.

W tym roku Mazur (mała dygresja: zdaje się, że nazwisko to jest niezwykle popularne wśród ludzi związanych z polskim komiksem – sam z pamięci przywołuję co najmniej czterech Mazurów, którzy się w środowisku liczą) postanowił zrealizować marzenie, które przyświeca wielu twórcom, i wydać autorski album. Udało się – na tegorocznych Warszawskich Targach Książki miał premierę wydany przez timof comics album „Przypadek pana Marka”.

Przypadek pana Marka

Pod względem formy album przypomina prace wielokrotnie nagradzanego Jacka Świdzińskiego, który z maksymalnie uproszczonej oprawy graficznej uczynił sztukę dla sztuki i swoje komiksowe opowieści rozgrywa z powodzeniem nie tylko w warstwie narracyjnej, lecz także bawiąc się, a czasem wręcz trollując czytelnika rysunkami. Mazurowi do tego poziomu jeszcze daleko – na razie umowną i mocno wystylizowaną oprawę traktuje jedynie jako środek stylistyczny, sposób na opowiedzenie historii, która w jego premierowym autorskim albumie gra pierwsze skrzypce.

Sama historia jest niestety gorzka i w ostatecznym rozrachunku smutna (możemy też założyć, że jest to rodzaj śmiechu przez łzy, złośliwy chichot losu). Nieprzypadkowo chyba jej bohaterem jest pan Marek, everyman, istota bez charakteru, bez kręgosłupa, nieasertywne pomiotło, które pozwala sobą dowolnie kierować. Areną dramatu są wybory do rady wspólnoty osiedlowej. Główny bohater staje się narzędziem w rękach cynicznych manipulatorów, walczących o władzę tylko po to, aby ostatecznie dogadać się za plecami wszystkich. Z tytułowego pana Marka zaś robią kozła ofiarnego.

Mazur jest bystrym obserwatorem, zresztą gdyby nie potrafił błyskotliwie komentować otaczającej go współczesności, nie stałby się bohaterem mema, na którym z wielkim kubłem popcornu obserwuje tłum zgromadzony na Krakowskim Przedmieściu. Podobnie jak w „Rycerzu Janku” rozgrywał wątki dotyczące społeczeństwa i władzy, jak w „Drużynie AK” naśmiewał się z mechanizmów działania grupy, a w historiach publikownych na łamach „Hurra” gorzko komentował rozpad relacji w związkach, tak w „Przypadku…” ponownie bierze na warsztat relację między statystycznym obywatelem a przedstawicielami władzy. Oczywiste jest, kto jest w tym układzie cyniczną mendą, a kto głupią ofiarą wykorzystywaną na własne życzenie. Patrząc pod tym kątem, Mazur nie oszczędza nikogo – ani pretendentom do koryta, ani tym bardziej bezwolnym, próbującym za wszelką cenę utrzymać status quo przeciętniakom, którzy najchętniej w nic by się nie mieszali, ale nie mają dość siły, aby chociaż przeciwstawić się bezdusznemu pomiataniu.

Po dekadzie obecności na komiksowej scenie Jan Mazur wyrasta powoli na liczącego się, wartego uwagi twórcę. Nie bez powodu w 2013 r. odebrał wraz z ilustratorką Unką Odyą grand prix na Międzynarodowym Festiwalu Komiksu i Gier. Pozornie cały czas porusza się w swobodnym sztafażu komedii, jednak pod płaszczykiem krotochwilnych, slapstickowych żartów wygrywa poważniejsze, bardziej bolesne tony; gorzkie tym bardziej, że uniwersalne.

W samym sercu kampanii prezydenckiej, gdy Markowie wszelkich stanów i wszelkich pozycji pozwalają sobą pomiatać zarówno ustępującym prezesom wspólnoty, jak i nowym rezydentom w ciemnych okularach, jest to album niezwykle aktualny. Dzięki swej ascetycznej formie komiks staje się łatwiejszy do przyswojenia dla odbiorcy nieobytego z tym medium. Mazur sięga tu po środki podobne tym, które na co dzień z powodzeniem wykorzystują Raczkowski czy Jan Koza – pod pozornie nieudolną oprawą kryją się wystudiowane, trafne analizy.

Jan Mazur ze swoim autorskim debiutem czekał dekadę. Była to, jak sądzę, dekada ciężkiej pracy oraz uważnego obserwowania otaczającego świata i pracy nad ostrzem satyry. „Przypadek pana Marka”, który na pierwszy rzut oka zdaje się być zwykłą, w dodatku słabo narysowaną i przekombinowaną opowieścią obyczajową, okazuje się przykrym i celnym portretem Polski i Polaków Anno Domini 2015. Jan Mazur zaś zdaje się wyraźnie pokazywać, że nie powiedział jeszcze ostatniego słowa.

Album:

Jan Mazur, „Przypadek pana Marka”, timof comics, Warszawa 2015.

Bartek Biedrzycki

Autor książek, komiksów, podcastów i papierowych modeli.

Może Ci się również spodoba