Chciałbym napisać o Indianach

Dzięki uprzejmości autorki, Dominiki Węcławek i redakcji portalu Foch.pl mam okazję zaprezentować pełną, pozbawioną jakichkolwiek skrótów wersję wywiadu przeprowadzonego na spotkaniu popremierowym 30 sierpnia.

Bartek-Biedrzycki-w-Atomowej-Kwaterze-Dowodzenia

DW: Spotykamy się w bardzo ciekawym momencie. Wystarczy posłuchać doniesień ze wschodu i poczytać o tym, jak na wszystko reagują decydenci z Zachodu, by przyszłość opisywana w Twojej debiutanckiej książce, czyli świat pogrążony w atomowej zimie dwadzieścia lat po Zagładzie – nie brzmiało tak nierealnie…

BB: Atmosfera jest napięta to fakt. Słyszałem dziś nawet taką opinię, że to jeszcze nie jest wrzesień, ale minęliśmy już rok 1934.

Jak myślisz. Warszawa jest gotowa na to, by stawić czoła atakom? Mieszkańcy stolicy mogliby teraz zejść do podziemi i przetrwać wojnę atomową?

Nie, Warszawa nie jest gotowa, ukrycie się w metrze nikomu nic nie da. Nasze metro jest wyposażone – w zależności o którym źródle informacji mówimy – do stacji Wilanowska, albo do stacji Racławicka w Grodzie Ochrony Cywilnej, tak zwane Grodzie OCL, które według współczesnych standardów nie spełniają wymogów grodzi przeciwatomowych. Druga sprawa, że w przypadku bezpośredniego trafienia ładunkiem termonuklearnym to metro jest wydrążone za płytko, by dać bezpieczne schronienie. Cały odcinek bielański poszedłby na straty, bo jest tuż pod powierzchnią. Odcinek od Kabat do Wilanowskiej miałby szansę, bo powstawał w czasach, gdy były jeszcze pieniądze na głębsze drążenie i wzmocnienia. Można się tam schować, zaciągnąć grodzie i mieć nadzieję, że radiacja nikogo nie zabije. Gdybym miał jednak myśleć realistycznie, to ze wszystkich wizji literackich dotyczących Warszawy w czasach po apokalipsie, najbardziej prawdopodobna jest wizja Pawła Siedlara z 1994 roku, gdzie główny bohater jako jedyny przeżywa apokalipsę. Pewnego dnia postanawia sprawdzić co się stało z innymi ludźmi. Wchodzi do metra i znajduje tam po prostu masowy grób…

Nawet stacja metra Politechnika nie dałaby bezpiecznego schronienia ludziom? Słyszałam, że ta konkretna stacja była planowana jako schron przeciwatomowy z małym centrum dowodzenia kryzysowego…

Fakt, perony są dosyć głęboko, tunel przebiega pod trasą, te tereny są zabezpieczone. Myślę, że stacja na Powiślu też ma szansę przetrwać, bo jest schowana pod tunelem. Szczerze mówiąc jednak marnie to widzę. W swojej książce musiałem założyć optymistycznie, że żaden ładunek bezpośrednio w stolicę naszego kraju nie uderzył…

Jesteśmy na to za cienkie rybki?

Tak przyjąłem, co nie do końca zgadza się z ogólnie przyjętymi założeniami. Jesteśmy przedmurzem NATO, tak jak kiedyś byliśmy przedmurzem Układu Warszawskiego. Wtedy było tak, że w razie wojny Ruscy mieli spalić ten kraj do gołej ziemi i wytyczyć tutaj pas ziemi niczyjej, by nikt z zachodu nie mógł się tędy przedrzeć. Podejrzewam, że podobne zasady działają dziś po stronie NATO. Tu będzie jałowa, wypalona atomówkami ziemia, tu będą mogli być powstrzymani najeźdźcy ze Wschodu. W tej sytuacji może lepiej nie pogrążać się w dalszych rozmyślaniach . Ja w ogóle nie chciałbym mieć nic wspólnego z wojną.

A jednak w twojej debiutanckiej powieści cień wojny jest obecny…

Pokazywanie ludzi w sytuacjach kryzysowych, stresowych, awaryjnych, a do takich należą realia postapokaliptyczne, jest znacznie ciekawsze, niż opisywanie ludzi w normalnej rzeczywistości. Silne emocje sprawiają, że ludzie działają inaczej. Z drugiej strony zależało mi na tym, co w polskiej fantastyce najlepiej opisywał Huberath w “Karze większej” , on bowiem pokazał, że ludzie się nie zmieniają – cały czas funkcjonują według tych samych schematów. Chciałem więc pokazać, że choć była wojna, po której ludność stolicy zeszła do podziemia, wszystko wokół to syf i gnój, a ci, którzy przetrwali żyją w bagnie, to schematy myślenia i działania niewiele się zmieniły. Ludzie pozostają ludźmi, ze wszystkimi wadami i przywarami.

Co było impulsem do powstania “Kompleksu 7215”?

Pierwsze było stwierdzenie “Ty słoiku pieprzony!” (śmiech). Po tym, jak przeczytałem “Ołowiany świt” Michała Gołkowskiego (pierwszą z serii książek opowiadających o przygodach polskiego postapokaliptycznego łowcy skarbów osadzona w realiach wykreowanych przez twórców gry komputerowej “S.T.A.L.K.E.R.” – przyp. DW) pomyślałem sobie “O kurde, facet usiadł i napisał książkę, a to taki zwykły gość, ma pracę, rodzinę, nie jest zawodowym pisarzem; jeżeli zwykli ludzie mogą wydawać takie książki, a ja sam lubiłem kiedyś pisać opowiadania, to może spróbuję”. Usiadłem więc i napisałem opowiadanie. Dla siebie, dla przyjemności. Nie wiem właściwie skąd mi się wzięła ta postapokalipsa, może stąd, że w ostatnich trzech latach przeczytałem sporo książek z tego nurtu. Usiadłem więc któregoś dnia z myślą o tym, że napisze krótki tekst. W miarę pisania on się rozrastał – trzeba było nakreślić tło, wyjść na Warszawę, detali przybywało…

I tak opowiadanie zmieniło się w książkę?

A historia dalej się rozrastała… Kiedy Fabryka Słów dostała mój tekst, wydawca zadał mi pytanie, czy mógłbym ze swojego długiego opowiadania zrobić książkę. Odpowiedziałem szczerze: “nie wiem”. Nigdy wcześniej nie porywałem się na coś takiego. Dostałem redaktorkę, ona przysłała mi bardzo długi email, w którym wypisała czego brakuje, gdzie należy coś poprawić, zmienić, co trzeba przenieść do innej części książki. Kiedy zacząłem uzupełniać swój tekst, wiele zmian wyszło naturalnie. Zakończenie, które wymyśliłem do opowiadania zupełnie nie pasowało do dłuższej powieści, bo zostawiało czytelnika z pytaniem “Jak to? W takim razie po co to wszystko?”. Musiałem więc jeszcze raz przemyśleć całą opowieść. Zakończenie powstało na nowo.

To brzmi jak nauka podczas operacji na żywym organizmie…

Trochę tak było.

Właściwie to sam się rzuciłeś na głęboką wodę.

Tak, nigdy nie uczyłem się pisania. Owszem, jestem od lat scenarzystą komiksowym, ale to zupełnie inna praca. Na studiach, podczas zajęć z literatury angielskiej mieliśmy ćwiczenia z pisania, w dzieciństwie za to regularnie jeździłem PKS-em do ciotki do Pułtuska, która była polonistką, i ona o tydzień wymyślała mi inne zadanie związane z pisaniem. Przez wiele miesięcy prowadziła mi intensywny kurs pisania. Oczywiście wszystko to z myślą o moich egzaminach, ale to właściwie tam, u niej, nauczyłem się pisać opowiadania. Praca z redaktorem była dla mnie czymś zupełnie nowym. Nie byłem przyzwyczajony do tego, że ktoś mi tak ingeruje w tekst, mówi: “Tu gra, a tu nie gra, z tym musisz coś zrobić, bo czytelnik nie przyjmie takiej argumentacji”. Miałem dwójkę redaktorów i obydwoje bardzo mi pomogli.

Wydawnictwo, które wzięło Cię pod skrzydła ma już doświadczenie z takimi książkami. Twój “Kompleks 7215” został wydany w tej samej serii co wspomniane książki Gołkowskiego, przypuszczam więc, że łatwo było obdarzyć ich zaufaniem w kwestiach redakcji?

Tak. Z reszta czytałem i Gołkowskiego i wydane przez Fabrykę książki Noczkina. Klimat jest bardzo fajny, choć moja książka nie wpisuje się w ich uniwersum. Opowieść w realiach ze S.T.A.L.K.E.R.-a ma swoje cele, a główny bohater ma swój charakter. Ja starałem się napisać powieść przygodową.

Masz do takich książek sentyment?

Jasne. Jak tylko nauczyłem się czytać dzięki komiksom Janusza Christy, ojciec przynosił mi książki Szklarskiego, Curwooda, Verne’a. W swojej debiutanckiej powieści chciałem osiągnąć podobny efekt – dać czytelnikom coś, co czyta się lekko, dostarcza dobrej rozrywki.

Grafika-do-ksiazki-Kompleks-7215

Mieć pomysł i go zrealizować to jedna sprawa, druga jest taka, że pisanie takiej książki wymagało od Ciebie wiedzy o pewnych obiektach wojskowych, o broni, przydawała się znajomość żargonu… Długo się przygotowywałeś?

Przede wszystkim dużo rozmawiałem z ludźmi, musiałem rozmawiać z tymi, którzy używają broni, uczestniczą w akcjach. Pytałem o konkretne sytuacje, na przykład “Wchodzisz na posterunek ludzi, którzy przed Zagładą byli policjantami. jakie wyposażenie mogą mieć?”. To właściwie pytanie o to, jakie wyposażenie ma warszawska policja teraz, bo przecież po zejściu do podziemi raczej niczego nowego już nie stworzono. Albo inne pytanie – skąd nastolatek żyjący w określonym regionie Warszawy mógł zdobyć broń? Najpewniej z jednostki wojskowej. W takim razie jakiego typu jednostki wojskowe znajdują się w okolicy danej stacji metra. Okazuje się, że to jest – dajmy na to – Jednostka Reprezentacyjna Wojska Polskiego. Jaki sprzęt jest na wyposażeniu, jak to wygląda, jak to strzela? Co można wyszabrować z prywatnego domu, jakiego typu broń palną najczęściej znajdowana jest u cywilów? Nie zakładamy, że bohater trafi na willę, w które kiedyś mieszkał mafioso, choć w rzeczywistości i takie przypadki się zdarzały. Nie dalej jak w zeszłym roku w garażu na moim osiedlu znaleziono gangsterski arsenał, kiedy patrzyłem na zdjęcia tego, co Policja stamtąd wyniosła, to miałem poczucie, że można by tym sprzętem dwie stacje obdzielić.

Tylko weź teraz opisz taką sytuacje w książce…

Tak… No właśnie. Życie pisze takie scenariusze, że gdybym chciał je wykorzystać w książce, uznanoby, że są zbyt nieprawdopodobne. Musiałem się więc pilnować. Sporo jest też takich detali, których w książce najpewniej nie widać.

Co masz na myśli?

Na przykład schody na stacji metra Pole Mokotowskie są wykonane z innego kamienia, niż na pozostałych stacjach w tej części linii. Kolega z geologii wyjaśnił mi, że kamień jest specyficzny, wydobyty gdzie indziej, to w książce wspominane jest tylko raz. Pojawia się natomiast postać geodety, zapytałem więc znajomego jak się mówi, czy można powiedzieć, że zdejmują pomiary. On mi na to, że to już archaizm, można za to napisać, że było tyczenie. Ale czym? “Możesz napisać, że z GPSa, bo teraz wszystko się robi przez satelitę. Stawiasz tyczkę, pyk pyk i leci”. Punkty geodezyjne? Są, ale raz idziemy nad rzeką z innym kumplem, co też tyczy, obok nas stoi świeżo wyremontowany budynek, przy nim punkt geodezyjny, co się okazało? W czasie remontu budynku robotnicy wywrócili go. „Gdyby zostawili taki wywalony , to my byśmy wiedzieli, że trzeba mierzyć inaczej, ale oni woleli wstawić, tylko zrobili to niedokładnie, My zdjęliśmy pomiary według tego punktu i wszystko wyszło źle”. I tak dostałem długi wykład o siatce takich punktów i pomiarach satelitarnych. Zebrałem sporo informacji z różnych dziedzin, czego pewnie po tej książce nie widać.

I dobrze, ale ty przynajmniej masz świadomość, że nie przyjdzie rozczarowany czytelnik geodeta i nie powie “człowieku, co ty tam za bzdury wypisałeś?”.

Dokładnie. Wiele lat temu w Nowej Fantastyce pojawił się taki poradnik dla początkujących autorów pisany przez Oramusa, Sapkowskiego, albo innego z polskich autorów, w każdym razie jeden z punktów brzmiał “Aby nie zrobić idioty z czytelnika i z siebie, na wszelki wypadek sprawdzasz jak jest z tłumikami do rewolwerów, żeby się nie okazało, że wygląda to inaczej, niż w przypadku tłumików do pistoletów”. Miałem to w pamięci. Oczywiście, że wpadki się zdarzają. W maju wydaliśmy komiks o podróży Wisłą, akcja rozgrywa się w XIII wieku. Wydrukowaliśmy go, wszystko było dobre, dzwoni do mnie kolega, który był pomysłodawcą całości i mówi “Wtopa! Na środku mamy rozkładówkę, nikt z nas nie zwrócił na to uwagi. Ani ty, ani rysownik nie mieliście prawa tego wiedzieć, ale ja przegapiłem. Wioślarze siedzą w złą stronę!”. Zdziwiony zapytałem o co chodzi, a kolega opowiedział, że wioślarze płynąc w dół rzeki siedzą w konkretną stronę, a ci na ilustracji akurat siedzą w przeciwnym kierunku. I co teraz? “Powiemy, że manewrowali”. Kto to zauważy? “Kilku kapitanów, takich jak ja, ale dla reszty czytelników to będzie bez znaczenia…”

Wpadki się zdarzają. Mam świadomość, że pewnie w “Kompleksie…” też jest ich kilka, ale z drugiej strony, aby ci ludzie mogli żyć, musiałem przyjąć kilka założeń. Można je podważać, ale gdybym ich nie przyjął, nie napisałbym nic ponad opowiadanie, w którym dwa tygodnie po Zagładzie wszyscy umierają na ostrą białaczkę szpikową.

Robiłeś wyprawy do samego tytułowego kompleksu, czyli Atomowej Kwatery Dowodzenia?

Najpierw zebrałem sporo informacji…

Jak Dziadek z twojej książki?

Tak, trochę jestem jak ten Dziadek, bo kiedy pojechałem na miejsce do Kampinosu, okazało się, że pewne obiekty są już mocniej zniszczone.

Jak wpadłeś na trop kompleksu?

Wiedziałem, że on tam jest, to obiekt dość popularny wśród fanów urbeksu. Teoretycznie nie wolno tam wchodzić, teren jest zamknięty, ale nawet w weekend przed premierą mojej książki, gdy byliśmy tam przygotowywać reportaż, minęły nas dwie rodziny z dziećmi. Do bunkra, w którym siedzieliśmy weszli rowerzyści, a gdy wychodziliśmy minęło nas dwóch amatorów ASG zbadać teren pod strzelankę. Pomyślałem, że to jest fajne miejsce, zwłaszcza, że dla ludzi mieszkających w podziemiach, dwadzieścia lat po Zagładzie, taki obiekt może być przede wszystkim miejska legendą. W świecie po Zagładzie nie jest łatwo się tam dostać, takie odległości stanowią wyzwanie. Przeszkodą jest nie tylko wyniszczenie okolicy, promieniowanie, ale i jego długofalowe skutki – zmutowane zwierzęta i rośliny. W warunkach atomowej zimy przejście dwudziestu kilometrów to pewien problem.

Jakie są Twoje ulubione książki z czasów po apokalipsie?

Lubię serię Fabryczna Zona, książki Roberta Szmidta. “Apokalipsa Pana Jana” to taka klasyka polskiego postapo, prezentuje świat ze wszystkim co jest. Ludzie się jednoczą, a jednocześnie dzielą się. To przypomina trochę realia nakreślone w “Listonoszu” Davida Brina, gdzie po zniszczeniu świata jaki znamy powstały małe, zamknięte społeczności, w których był ogromny głód porozumienia ponad podziałami. W momencie, w którym pojawiał się listonosz, dawał im nadzieję, że jest jakieś państwo, jakiś rząd i porządek, który pozwala na funkcjonowanie instytucji poczty! Dokładnie to samo pomyślał sobie Borka (główny bohater książki Bartka – przyp. DW) – jeżeli tam jest wojsko, to znaczy, że jest jakaś władza, to znaczy, że jest ktoś, komu można przekazać odpowiedzialność za nas, nasze bezpieczeństwo i ład. Człowiek z natury jest istotą słabą. Potrzebuje mieć swoją grupę i kogoś, kto zdejmie z niego odpowiedzialność. To był jeden z popędów gnających Borkę do poszukiwań.

Z literatury postapo lubię Rosjan: Szymuna Wroczka i Andrieja Diakowa, choć trzeci tom jego powieści mnie rozczarował. Absolutnie najpiękniejszą powieścią opisującą ludzkość po upadku jest jednak “Przełęcz” Kira Bułyczowa. To historia małej, wymierającej społeczności żyjącej w trudnych górskich warunkach na odległej planecie, gdzie rozbił się ich statek. Aby się uratować pasażerowie – cywile, kobiety, dzieci – musieli uciec w dolinę. Tam osiedli. Dorosło nowe pokolenie, które ma za nic świat rodziców. Wybrańcy podejmują wyzwanie dotarcia do wraku statku, by ocalić i przynieść stamtąd nieco cywilizacji, opóźnić upadek tej społeczności. Cel jest prosty – zdążyć przed zimą, nim przełęcz się zamknie. To krótka powieść, ale mocna. Idealnie pokazuje jak człowiek w obliczu zagłady zapada się w sobie, a jednocześnie walczy o zachowanie człowieczeństwa. W ogóle lubię powieści Kira Bułyczowa, Braci Strugackich też lubię.

Oni to mieli niesamowite wizje!

Może to ta słowiańska dusza…

Może. Lubię w tej naszej polskiej, ale i w rosyjskiej s-f to, że pokazuje nam przyszłość niedoskonałą, statki kosmiczne są nieidealne, ludzie niekryształowi. U Amerykanów wszystko jest bardziej lśniące i nowoczesne, mniej prawdopodobne.

Ostatnio dziennikarz pytał mnie czym się różni apokalipsa po polsku od apokalipsy po amerykańsku. Właśnie humanizmem. Nie opowiadamy o technologii, o tym, że mamy statki i supernowoczesną broń, nie o tym, że jesteśmy najważniejszym państwem świata i to właśnie nas napadli obcy…

A jeśli nasz prezydent ocaleje, to ocaleje cała ludzkość…

Słowianie piszą o ludzkiej kondycji i to jest cenniejsze i ciekawsze. Nie jestem na tyle kozacki, by podejmować takie tematy. Gdybym się w to wpakował, poległbym zapewne z kretesem.

Chwila, byłeś przecież na studiach filozoficznych!

Ledwie rok i szczerze mówiąc wszystko skończyło się dość gwałtownie. Wyleciałem przez grę w szachy, ale to temat na zupełnie inną rozmowę. Mam oczywiście wykształcenie humanistyczne – jestem pedagogiem, zrobiłem dyplom, nawet przez dwa lata uczyłem w liceum…

To była apokalipsa, co?

(śmiech) Tak, to było traumatyczne. Mówimy tu jeszcze o latach 1999 – 2001, wtedy licea wyglądały nieco inaczej niż dziś.

Ilustracje-do-ksiazki-Kompleks-7215-Robert-Adler

Wracając na chwilę do literatury postapo, w wielu książkach akcja toczy się dwadzieścia lat po wojnie, zagładzie, katastrofie – u Ciebie także są to dwie dekady. Dlaczego akurat taki okres czasu?

To dobry okres czasu, by odchować nowe pokolenie. Dorastają ci, którzy nie znają starego świata. Może nawet urodzili się jeszcze przed apokalipsą, ale tamten świat to stare obrazki, bajki, opowieści ich rodziców brzmią dla nich obco…

Trochę jak historie o kartkach na mięso wysłuchiwane przez obecnych trzydziestolatków?

Pamiętamy kartki na mięso, ale słuchanie o tym jak było w latach siedemdziesiątych, o tym, jak ludzi wywalali ze studiów za to, że nie chcieli się zapisać do ZSMP, to już kosmos. Trudno wyobrazić sobie taką sytuację, bo dorastaliśmy już w zupełnie innych realiach. Dwadzieścia lat to właśnie tyle, ile potrzeba by wyrosło pokolenie, które postrzega świat już inaczej. W przypadku literackiego świata po apokalipsie to znaczy tyle, że taki młody człowiek wstaje rano, sprawdza broń, bo wie, że za każdym rogiem może czaić się coś, co odbierze mu życie. On nie mówi, że o tu się pierwszy raz w życiu całował z dziewczyną, on idzie i myśli “tu poprzednio wataha zdziczałych psów napadła na moją grupę, pożarły mi kolegę”. Czasem ten okres to nie dwadzieścia, a trzydzieści lat, wszystko to kwestia zachowania pewnej cywilizacji, technologii . Wracamy do “Przełęczy” Bułyczowa, tam minęło wystarczająco dużo czasu, by nastolatki przejmujące osadę od starych nie chciały już słuchać o Ziemi, oni nie chcą pisać na resztkach kartek. Oni chcą przeżyć, strugają łuki. Jednocześnie minęło na tyle mało czasu, by statek wciąż był, rdzewiał, ale skrywał wciąż rzeczy, które warto zabrać i ocalić nawet za cenę życia. Tak sam jest u mnie – sentyment wciąż jest na tyle silny, by ludzie dali się poderwać do działania “za wolność naszą i waszą”. Stalkerzy “żywią y bronią”, pójdą w ogień, a jak trzeba będzie to położą też głowę pod topór.

W opisywanym przez Ciebie świecie chyba każdy chce być stalkerem?

Na pewno mali chłopcy żyjący na peronach warszawskiego metra po Zagładzie nie chcą być strażakami. Może patrzą z podziwem na mieszkających na Politechnice i Polu Mokotowskim inżynierów z Kryształowego Pałacu, którzy tworzą maszyny ze złomu, ale jest coś takiego w stalkerach, że nikt z podziemi nie może się z nimi równać. Stalker to taki półbóg, ktoś, kto ma status bliski greckim herosom, jest namaszczony. Nosi broń, ma władzę nad życiem i śmiercią…

Może wychodzić na powierzchnię i odkrywać nowe miejsca…

Wszyscy też wiedzą doskonale, że żyją dzięki pracy Stalkerów, dzięki temu, że to właśnie ci wybrańcy wychodzą na skażoną radiacją powierzchnię, znajdują leki, urządzenia, relikty minionego świata i przynoszą do podziemi. Stalker nadstawia karku za całą ukrytą w metrze społeczność, to on walczy. Nie każdy może być stalkerem, bo trzeba być szybkim , bystrym, mieć dobre oko. Z drugiej strony stalker jest zwykłym człowiekiem, w tym sensie, że jest taki jak ja czy ty. Nie ma supermocy, nie urodził się na Kryptonie. Jest takim Batmanem. Batman jest tak wspaniałym superbohaterem, bo jest zwykłym człowiekiem, jest atletą, akrobatą, zna milion sztuk walki i ma pas z gadżetami, o których inni mogą tylko marzyć, ale sam Batman jest tylko człowiekiem. Jeśli strzelisz mu w kolano – będzie krwawił. Ze stalkerem jest tak samo. Każdy mały chłopiec z metra mógłby być stalkerem, jeśli tylko się postara.

Ty też chciałbyś być Stalkerem?

Ja jestem byłym żołnierzem, w wojsku wybili mi to z głowy (śmiech). Pierwsza rzecz, którą usłyszałem po wejściu do jednostki to było “Tu jest wojsko, tu się skończyła logika”. A potem to się różne rzeczy działy. Przesiedziałem w wojsku rok bez tygodnia, bo tyle miałem przesiedzieć…

I nie chciałeś zostawać ani chwili dłużej?

Proponowali mi, zastanawiałem się długo. Problem w tym, że służyłem w Orzyszu, to jest takie miejsce, że jest jednostka, obok jednostki biegnie ulica Wojska Polskiego, przy niej bar, a za barem bloki cywilnych pracowników wojska, a za nimi jest linia kolejowa, na której jest zadaszenie, pusty budynek z jedną kasą otwartą godzinę przed przyjazdem pociągu, a pociągi jeździły tam cztery razy dziennie. Jak sobie pomyślałem, że miałbym tam spędzić dwa lata na służbie nadterminowej, to stwierdziłem, że wracam do domu.

Nie jesteś taki, jak ojciec głównego bohatera twojej książki, nie czekałbyś wytrwale na awans i przeniesienie do innej jednostki?

Nie. Oczywiście mój syn patrzy na mnie i pyta czasem jak to było, kiedy byłem żołnierzem, chce oglądać zdjęcia. Dla niego to jest fascynujące, bo jest małym chłopcem, a żołnierz dla małego chłopca to symbol heroizmu. Czytałem kiedyś w badaniach, że zaufaniem społecznym najbardziej – mimo wszystko – cieszą się ludzie w mundurach. Pamiętam to dobrze. Kiedy wracając do jednostki łapałem stopa w cywilu zawsze coś złapałem, trzeba było tylko wytrwale czekać. Kiedy stałem w mundurze nigdy nie stałem dłużej niż pięć minut. Każdy podwoził mnie chociaż kawałek. Kiedyś od studentów w pociągu usłyszałem “tu masz wino, chcesz kanapkę? Wiesz co, ty siedzisz w syfie, żebyśmy my nie musieli. Ty za nas się czołgasz w błocie, ty nas bronisz, za to szacunek”.

Na ile wojsko od środka wygląda inaczej niż to, które każdy z nas może zobaczyć podczas parad?

Nie chcę się wypowiadać na temat stanu technicznego Polskiego Wojska. Wierzę, że ludzie, którzy tworzą to wojsko… chłopcy, z którymi ja służyłem, gdyby przyszedł nasz pułkownik, dowódca dywizjonu i powiedział “Słuchajcie, idziemy podbić piekło”, to wszyscy by wstali i powiedzieli “Tak jest, panie pułkowniku!”, po czym wzięli sprzęt z magazynu, stawili się w karnym szyku, maski typu buldog, kałasznikowy. Poszliby i wiesz co ci powiem? Pod dowództwem naszego pułkownika oni by podbili to pieprzone piekło! My na naszego dowódcę patrzyliśmy jak na boga, to był porządny, dobry żołnierz starej daty, wszyscy go szanowali, bo pokazywał nam, że on jest naszym dowódcą i, że jest dla nas, a my jesteśmy jego żołnierzami. Nigdy nas nie zaniedbywał. Jego zastępca to co innego, ten był starym gadem. Ja miałem szczęście do oficerów, mało miałem wśród nich skurwysynów, większość była porządnymi ludźmi, wojsko ich nie zepsuło, także myślę, że jako armia dalibyśmy radę.

W ludziach siła?

Tak, tak myślę, jeszcze za straconą sprawę, jeśli wizja jest choć trochę romantyczna, to polski żołnierz pójdzie i będzie się bił. Jest taki etos, tym nas karmią i to w nas jednak jest.

Nie ma w tym chyba nic złego. Powiedz mi jeszcze, skoro czytasz sporo postapo, sam napisałeś w tym nurcie książkę, to jesteś preppersem, czyli jesteś gotowy na nadejście apokalipsy?

Nie. Kiedyś chciałem ziemiankę na działce wybudować, ale żona kazała mi się stuknąć w głowę i w sumie ma rację, bo co ja bym z tą ziemianką robił? Wino trzymał? Ja nie piję wina, ona pija, więc powiedziała, że jeśli zrobię tam piwnicę na wino – to śmiało, nie ma sprawy…

Jak w takim razie żona przyjęła twoją pisarską fanaberię, która przerodziła się w książkowy debiut?

Dobrze, nawet bardzo dobrze. Dawała mi ogromne wsparcie, na wiosnę i w czasie wakacji, kiedy kończyliśmy pracę mówiła, że chętnie zostanie z dzieciakami, a ja mam brać komputer, znikać na kilka godzin i pisać. Wolałem zostawać z nią i z dziećmi, a pisać wieczorami. Zawsze starała się pomagać, czytała to, co piszę, podpowiadała, co dobrze byłoby zmienić, co wyjaśnić. Dużo rozmawialiśmy o tej historii, co było o tyle fajne, że ona nie czyta książek s-f, więc patrzyła na mój tekst zupełnie inaczej – nie przez pryzmat gatunku, a jak na zwyczajny materiał, który ma się czytać. Podobnie moja redaktorka. Ona na przykład nagle rzucała “aA kto to jest stalker?”. No jak to kto? Przecież każdy to wie! To tak, jakby ktoś pytał cię kim jest żołnierz. Tymczasem dla kogoś, kto nigdy nie słyszał o tych realiach to słowo nic nie znaczy. Moja żona też bardzo mnie dopingowała. Pod pewnymi względami miała mniej kompleksów niż ja. Ja jestem poważny, stremowany, nie wiem jak się zachować, co powiedzieć, jak reagować na rozmowy z obcymi czytelnikami. Dla niej wszystko jest naturalne, powtarza mi “Zrobiłeś coś fajnego, ludzie chcą cię spotkać, pogadać, ludzie doceniają to, że zrobiłeś coś dobrego”.

Muszę zapytać o jeszcze jedną kwestię. Wspominałeś Glukhowskiego, bohaterowie twojej książki, podobnie jak i jego – ukrywają się w podziemiach, także w metrze. Nie bałeś się, że zaraz wszyscy będą mówić o “Kompleksie 7215” jako o polskim “Metro 2033”?

Mam te świadomość, domyślałem się, że tak się może zdarzyć. Wiadomo też, że znam realia “Metra 2033”, przeczytałem wszystko, co ukazało się w tym uniwersum za wyjątkiem “Dzielnicy Obiecanej” Pawła Majki, którą dopiero co kupiłem. Dobrze, biorę to na klatę, wiem, że są oczywiste podobieństwa, wreszcie czytałem też “Listonosza”, oglądałem “Mad Maxa”, wszystko to, co wydarzyło się dotąd w popkulturze siłą rzeczy jest w tej książce. Nigdy jednak nie chciałem ani konkurować z “Metrem 2033”, ani robić niczego w tym uniwersum.

Czyli nie myślałeś o tym, by zwrócić się z prośbą o wydanie “Kompleksu…” na licencji “Metra..”?

Ale ja nawet nie myślałem, że ktoś wyda tę książkę, a co dopiero licencje. Napisałem mikropowieść, wysłałem znajomemu, a dopiero on zaniósł ją na biurko wydawcy, w tym wypadku Fabryki Słów. I to on zasugerował wydawcy, że warto na moją opowieść rzucić okiem. Wydawca przeczytał i zaproponował, by zaprosić mnie na rozmowę. Dla mnie to było coś zupełnie niezwykłego. Pisałem to dla przyjemności, chciałem to puścić w sieci, żeby sto, dwieście osób przeczytało, żeby znajomi powiedzieli “hej stary, jeszcze ci do końca pióro nie zardzewiało, postukasz w maszynę”, bo musisz wiedzieć, że w liceum pisałem swoje opowiadania na maszynie do pisania. Zamykałem się w kuchni, żeby nie budzić domowników. Nie rozmawiałem więc z Insignisem (polskim wydawcą wszystkich książek z Uniwersum Metro 2033 – przyp. DW), dopiero, kiedy zostałem zaproszony na rozmowę w Fabryce Słów okazało się, że jest potencjał. Warszawa to był wybór naturalny. To nasze największe miasto, pisałem tekst, który rozgrywał się w tej samej rzeczywistości, ale w moim mieście, czyli w Konstancinie-Jeziornie, ale tam po zagładzie trudno znaleźć schronienie. Ja znalazłem starą cegielnie i ona jest jednym z miejsc, w których rozgrywa się akcja dołączonego do książki opowiadania. Warszawa to jednak jest zupełnie inny temat, to miasto każdy zna, kojarzy choćby z telewizji, może się odnieść, a metro było oczywistym wyborem, w końcu jego część może służyć za schron. Glukhovsky to inna liga, on napisał fantastykę wchodzącą w rzeczy socjologiczne, w humanizm. Ja napisałem książkę przygodową, która równie dobrze mogłaby się rozgrywać w kosmosie…

Kosmos jest ci nieobcy, tworzysz właśnie komiks, który opowiada historię jego podboju.

Tak, od wielu miesięcy pracujemy z Błażejem Kurowskim nad komiksem o podboju kosmosu, bardziej historycznym, skierowanym także do młodych czytelników. Mam nadzieję, ze on się spodoba. Rozmawiamy z dwójką wydawców i chciałbym, żeby to się udało. Chciałbym napisać tez książkę o kosmosie, takie retro futuro, rozgrywa się w latach osiemdziesiątych i opisuje rzeczywistość tak, jak robił to kiedyś Lem, Wnuk Lipiński, czy Parowski. Ich kosmos był piękny. Chciałbym napisać o Polsce, która jest potęgą kosmiczną i wysyła swoich kosmonautów na stację kosmiczną. Oni lądują na księżycu. I chciałbym napisać coś o Indianach.

Bartek Biedrzycki

Autor książek, komiksów, podcastów i papierowych modeli.

Może Ci się również spodoba

  • Liteon

    Nadal czekam na tą książkę retro futuro, muszę zapamiętać ten zwrot :).
    ps. trzymam kciuki