W kierunku Kompleksu 7215

Kompleks 7215

 

Moja droga do książki „Kompleks 7215” przypomina nieco drogę, jaką stalkerzy z Kryształowego Pałacu musieli przejść, aby się do prawdziwego obiektu dostać – jest długa i kręta. Zaczynam właśnie jej ostatni etap.

Dla tych, którzy ciekawi są, co się dzieje, mam garść informacji – książka jest na finiszu. Czekam teraz na powrót tekstu od redaktora i po cichu liczę, że to już etap poprawek językowych i stylistycznych, a nie będą potrzebne żadne mozolne zabawy w opracowanie i przepisywanie fragmentów. Trochę mnie to stresuje, chociaż jak na razie z wydawnictwa dostałem jeden nieoficjalny sygnał: „Dobrze się to czyta”. Kamień z serca.

W miniony weekend pojechaliśmy do Kompleksu 7215 osobiście, ja i trzech speców. Przeżyłem tam dziwną przygodę. Jestem dość dobrze otrzaskany z mediami – w końcu pracuję „w telewizji”, zresztą sam nagrałem ok. 300 audycji, wystąpiłem w kilkunastu innych (a w niektórych nawet byłem głównym obiektem), nagrałem też kilkadziesiąt filmów (głównie typu dokumentalnego), nigdy jednak tak na serio nie występowałem przed kamerą. Tym razem trzech ludzi ze sprzętem w ręku chodziło za mną krok w krok pieczołowicie utrwalając wszystko, co miałem do powiedzenia o samej Atomowej Kwaterze Dowodzenia, o książce i o paru innych rzeczach. To było dla mnie nowe, dziwne doświadczenie, ale też świetna zabawa, kiedy zaczęliśmy eksperymentować z ujęciami, światłem i dodatkowymi efektami analogowymi. Myślę, że w przeciągu kilku tygodni zobaczycie efekty tej wyprawy, poznacie Kompleks 7215 i dowiecie się czegoś więcej o samej powieści.

Tymczasem trwają dalsze prace. Gotowa jest już okładka, przygotowana przez Dark Crayon – przyznam szczerze, że bardzo się denerwowałem, zanim ją zobaczyłem. Miałem okazję rzucić na nią okiem pierwszy raz nieoficjalnie, w czasie Warszawskich Targów Książki i zapewniam, że jest świetna. Można ją zresztą podejrzeć na FB. Oficjalna premiera z liternictwem i oprawą – już niedługo.

Tymczasem w sobotni wieczór spotkałem się z najlepszym rysownikiem świata. Siedzieliśmy sobie na pięterku, z widokiem na Dworzec Śródmieście, on popijał colę, ja kawę i omawialiśmy ilustracje. Nie mogę wam jeszcze powiedzieć, kto je zrobi, ale powiem tylko – już razem pracowaliśmy w komiksowie i ta współpraca zawsze spotykała się z uznaniem. Nie mam żadnego powodu sądzić, że tym razem moglibyście się zawieść. To była krótka, ale bardzo intensywna rozmowa – okazało się, że jest masa rzeczy, o których ja bym nie pomyślał, a on, jako ilustrator (w sumie ze światowym doświadczeniem), a w dodatku wielki fan broni, nie tylko zwrócił moją uwagę na kilka istotnych szczegółów, ale także sprzedał mi sporo ciekawej, mało oczywistej wiedzy. Myślę, że to nazwisko będzie dodatkową atrakcją książki, a dla mnie osobiście mieć w zespole takiego mistrza to wielki zaszczyt i wielkie szczęście, zaś chwila, kiedy zgodził się podjąć tego zadania była wyjątkowo ważna dla mojej debiutanckiej książki.

Tymczasem trzymajcie kciuki. Ja zaś muszę dowiedzieć się, co jedzą kijanki, bo dzieciaki z weekendowych imprez przywiozły do domu słoik z trójką małych ogoniastych lokatorów…

Bartek Biedrzycki

Autor książek, komiksów, podcastów i papierowych modeli.

Może Ci się również spodoba