Płakałeś po Mufasie?

W 1994 roku wszedł na ekrany „Król lew”, disneyowska zrżynka z mangi Osamu Tezuki. W filmie tym ojciec głównego bohatera ginie i całe pokolenie rzewnie płakało.

Ja nie. Może dlatego, że pod koniec 1994 roku, kiedy film wszedł na polskie ekrany, byłem w trzeciej klasie liceum i śmierć animowanego zwierzątka mnie już tak nie pacała.

Możliwe też,  że to kwestia generacyjna, bo kiedy trafiam na tekst „Nie płakałem po Mufasie”, to mówi to prawie zawsze człek po trzydziestce, czyli właśnie podobny mnie.

My jednak mamy własnego Mufasę.

Młode pokolenie tego może nie pamiętać, a pewnie nawet nie wiedzieć, bo mówię tu o filmie o dekadę wcześniejszym. W 1984 roku na ekrany kin wszedł erefenowski (taka odmiana Niemiec) film Wolfganga Petersena. W filmie tym był chłopiec w typie Indianina i miał on konia.

I ten koń mu się, kurwa, utopił w bagnie. Na śmierć.

To była straszna scena, która zaorała psychę niejednemu dzieciakowi w klasach nauczania początkowego, bo, sami pomyślcie – chłopiec po pas w bagnie, koń po pas (czy co on tam ma) w bagnie, chłopak się drze i płacze, a koń stoi i tonie. Tak ot, bez wzruszenia, bezwolnie się topi. Bez walki, bez obrony. A dzieciak na to patrzy i tysiące dzieciaków w PRL (taka odmiana Polski) patrzyło na to, jak ten koń tonął i ten dzieciak się darł.

Więc nie dziw się, że nikogo nie obeszło, że rysunkowe antylopy zadeptały rysunkowego lwa.

Mufasa?

Artax, głupcze.

Artax

Bartek Biedrzycki

Autor książek, komiksów, podcastów i papierowych modeli.

Może Ci się również spodoba