141. Smutne muzea

Muzea są smutne, smutne bardzo i nieodwołalnie. Oczywiście pewnie nie wszystkie i nie wszędzie, ale w przeciągu ostatnich dwóch miesięcy trafiliśmy z dzieciakami do trzech kolejnych cholernie smutnych muzeów.

Muzeum Kolejnictwa

Muzeum Kolejnictwa zajmujące walący się budynek na zapuszczonym, zarastającym terenie dawnego Dworca Głównego mogłoby pewnie być całkiem fajne. Gdyby nie to, że w zasadzie kilka naprawdę fajnych modeli w różnych skalach to jego jedyna zaleta. Prócz tego parę sztuk wiekowych, aczkolwiek ciągle fajnych i posiadających magię makiet, po których za 2 lub częściej 5 zł jeżdżą pociągi. Trochę to siermiężne – zwłaszcza półsalki z zakurzonymi mundurami, sztandarami i odrobiną pożółkłych papierów. Może to kwestia prezentacji, może te zbiory są mizerne?

Najstraszliwsze jest złomowisko lokomotyw – rdzewiejących lewiatanów stłoczonych na resztce peronu, jedna za drugą, jedna za drugą, rozpadające się parowozy i spalinowozy, a do niektórych można nawet wejść. Tylko po to, żeby zobaczyć nędzę i rozpad w środku. Złomowisko jest tym straszniejsze, że w tle ma dawny budynek dworca – tam, gdzie jest muzeum, to jeszcze jako tako trzyma się tynk i zamykają się drzwi, im dalej od pomieszczeń z modelami, tym bardziej budynek wygląda jak porzucony pustostan. Wisienką na torcie jest jedyna nowoczesna rzecz, czyli automat z symulatorem kolei – działają na nim symulatory japoński i niemiecki, ale – może to nie permanentnie, może tylko w czasie naszej wizyty – symulator PKP wieszał się i nie chciał zadziałać.

Muzeum Kolejnictwa

O tym, że Muzeum Techniki w Pałacu Kultury to relikt to chyba nawet gazety pisały. Pamiętam, jak byłem tam pierwszy raz z ojcem 30 lat temu. Wtedy zrobiło na mnie ogromne wrażenie – ruchome makiety mrugające światłami, niesamowite miniaturowe modele, niezwykłe urządzenia. Teraz to jest prawdziwe muzeum – eksponaty są już tak archaiczne, że nawet dla dorosłych to relikty. Szkoda tylko, że wszystko, co pamiętałem sprzed 30 lat to teraz zakurzone graty, obudowane płytami plexi z napisem „Nie dotykać”. Owszem, jest super egzemplarz enigmy, wspaniałe bakelitowe telefony a schemat kopalni węgla na całą, dwupiętrową ścianę nadal robi wrażenie.

Jest nawet nieco siermiężne ale ciekawe stoisko z eksponatami dotyczącymi różnorakich fal – dźwiękowych, świetlnych i innych, prócz tego modelik elektrowni wodnej z ruchomym kołem i diodami i cztery karaluchy na panele słoneczne, ale to niestety trochę mało. Muzeum Techniki jest strasznie hipsterskie – tak bardzo vintage, że samo mogłoby zostać eksponatem w jakimś metamuzeum zamkniętych muzeów. Nawet w planetarium miasto namalowane na „horyzoncie” to Warszawa… sprzed 40 lat.

Muzeum Techniki

Jednak niewątpliwie najstraszniejszy jest oddział Muzeum Wojska Polskiego na Sadybie. Dawniej było tam Muzeum Katyńskie, ale stare forty, w których znajdowała się ekspozycja, zaczęły sypać się tak mocno, że ktoś wydał nakaz zamknięcia pomieszczeń. Obecnie to cmentarzysko sprzętu pancernego, lotniczego i przeciwlotniczego. Zagrodzone pole błota wyposażone w 2.5 miejsca parkingowego, z masą przepięknych, rdzewiejących pod gołym niebem (sporadycznie pod plandekami) eksponatów. Niektórych opatrzonych tabliczką „Unika, jedyny w Polsce” za to bez tabliczki informującej – czym ten kawał metalu w istocie jest. Stoją tam skorodowane czołgi, samoloty z oderwanymi statecznikami, helikoptery z pobitymi szybami i urzekające w swoim rozkładzie samobieżne stacje radarowe i nasłuchowe, a wszystko to przetykane rakietami, wyrzutniami i tonami błota zmieszanego na gumowych deptakach z resztkami śniegu.

Muzeum to jest najbardziej smutne ze wszystkich – widać, że to jest śmietnik, cmentarz, trafiają tam rzeczy, których nikt już nie chce w innych muzeach (wyjątkiem była kapsułą Sojuza, którą leciał Hermaszewski – przeniesiono ją z Sadyby do głównego oddziału przy Jerozolimskich), a które szkoda wyrzucić, albo z jakiegoś powodu nie wolno. Niszczeją więc tam, w ruinach ceglanego fortu ogrodzonych drucianymi panelami, pilnowane przez łypiącego oczami kaprala, po którym widać, że najchętniej siedziałby w peerelowskiej stróżówce przy nieużywanej bramie i nie wpuszczał wcale tych wszystkich ludzi, którzy chcą sobie robić zdjęcia na czołgach, a przecież nie wolno.

Muzeum Wojska Polskiego

Nie zrozumcie mnie źle, te miejsca są wszystkie strasznie piękne i strasznie smutne. Jak wspaniałe przedwojenne wille, walące się w gruzy. Patrzysz i gdzieś z tyłu, za oczami, tworzą się obrazy dawnej świetności. Bardzo dawnej i nieodwołalnie, wyjątkowo nieodwołalnie utraconej. I czujesz taki głęboki, przejmujący smutek. Taki, na swój sposób, piękny.

Bo przecież wszystkie te miejsca są jak to działko, stojące na gruzach fortu – w gruncie rzeczy sterta złomu, ale jaka urocza.

Muzeum Wojska Polskiego

Bartek Biedrzycki

Autor książek, komiksów, podcastów i papierowych modeli.

Może Ci się również spodoba

  • Kumos

    W listopadzie po latach wróciłem do Magnuszewa, tam gdzie był skansen bitwy pod Studziankami Pancernymi. Jako dziecko biegałem po transzejach i kręciłem działem w kierunku Wisły. Niektóre rzeczy powinny pozostać tylko w pamięci, bo tam już nie ma nawet połowy sprzętu, który tam stał, reszta zardzewiała,a transzeje się zapadły. Skansen przejął tamtejszy Dom Kultury, który wyraźnie nie ma pomysłu co dalej. Więc Sadyba po tym co tam zobaczyłem robi naprawdę przyjemne wrażenie.

    • Jest cała masa rzeczy, które należało zostawić i ich więcej nie ruszać…

      Swoją drogą Domy Kultury jak widać nie wiedzą z zasady co zrobić z całą masą rzeczy.

  • au

    Sadyba to moje stare kąty a właśnie zdałem sobie sprawę, że nie byłem na forcie z 10 lat.