Inna magia

Artykuł ten w nieco skróconej wersji pt. „Smoki i ludzie” został pierwotnie opublikowany 267 numerze tygodnika Kultura Liberalna. Wersja tamta, w odróżnieniu od tej, nie zawierała spoilerów.

Krytycy branżowi są dość zgodni – jeżeli chodzi o literaturę fantasy są jej trzy filary. Filarami tymi są John R. R. Tolkien, Robert E. Howard i Ursula K. Le Guin. Niekoniecznie w tej kolejności.

Pierwszego z tych panów przedstawiać nikomu nie trzeba. Jego „Hobbit” jeszcze za moich czasów był w podstawówce lekturą uzupełniającą, sześcioksiąg „Władca  pierścieni” cieszy się niesłabnącą sławą nie tylko wśród fanów fantastyki, ale także, ze sprawą ekranizacji Petera Jacksona wśród tzw. zwykłych ludzi. Brytyjski (chociaż o polskich korzeniach) profesor literatury dał światu czarowników, wielkich królów-bohaterów i obce rasy, takie jak elfowie czy krasnoludowie, a także magiczne artefakty. Przysłowiowo od przed wojny pobudza wciąż i wciąż wyobraźnię kolejnych pokoleń opowieściami o historii nie tylko Śródziemia, lecz całej Ardy i wszystkich jej ludów, głównie starszych i młodszych dzieci Eru Iluvatara.

Jeśli chodzi o Howarda, to chociaż zginął samobójczą śmiercią mając zaledwie trzydzieści lat, zdążył zostawić po sobie ogromną i ciekawą spuściznę opublikowaną w większości pośmiertnie, z której niestety większość czytelników kojarzy jedynie zajechanego popkulturowo i wyeksploatowanego do cna Conana Barbarzyńcę. Postać ta, osiłkowaty wojownik nie znający strachu ani respektu przed człowiekiem ni bogiem stał się wzorem dla wielu późniejszych bohaterów i archetypów literatury fantasy. Co ciekawe, zdobył dużo większą popularność od swego literackiego brata, Brana Mak Morna – przebiegłego i inteligentnego wojownika, który częściej niż do miecza odwołuje się do sprytu. Spuściznę tych dwóch postaci ciekawie wykorzystał później Karl Wagner, tworząc postać Kane’a Nieśmiertelnego – potężnie zbudowanego i świetnie wyszkolonego w sztuce wojny filozofa i mędrca, prowadzącego barbarzyńskie życie w barbarzyńskich krajach.

Mamy więc już, dzięki męskim filarom gatunku, niezwykłe światy, obce rasy, dzielnych wojowników, przebiegłych wodzów i potężnych królów, a także panteon bóstw. Rola dopełnienia tej mieszanki o magię i humanizm przypadła kobiecie, jednej z najważniejszych na świecie autorek literatury w ogóle, nie tylko fantastycznej. Ursula K. Le Guin, obecnie osiemdziesięciopięciolatka, została uhonorowana prawdopodobnie rekordową ilością najbardziej prestiżowych nagród – prócz wielokrotnych Hugo i Nebula (najważniejsze nagrody literatury fantastycznej) wielokrotnie dostała także Locusa, World Fantasy Award oraz nagrodę Jamesa Tiptree Jr. Była również nominowana do Pulitzera (jako jedna z trójki finalistów w 1997 roku).

Wszystko to nie bez powodu, ponieważ gdyby przyszło mi jednym słowem określić jej twórczość, słowem tym byłby „humanizm”. Na twórczość Le Guin składa się kilkanaście samodzielnych powieści, lecz trzonem jej osiągnięć są dwa wielotomowe cykle. Pierwszy z nich znany jest w Polsce jako „Ekumena” – w jego ramach, bardzo luźno powiązanych rozciągającą się na tysiąclecia historią federacji planet, autorka pozwala sobie na niezwykłe pod tym względem eksperymenty na społeczeństwach. Prezentuje planety, na których przybysze nawiązują kontakt z autochtonami; takie, gdzie autochtoni sami okazują się potomkami przybyszów; gdzie leje się krew lub kwitnie handel; na wszelkie możliwe sposoby odmienia człowieczeństwo, nie tylko od strony humanizmu i socjologii, lecz także biologii, prezentując nowe, obce rasy wciąż ludzkie. Opisane w jej powieściach społeczeństwa obejmują spektrum od niewolnictwa, przez feudalizm, społeczeństwa kapitalistyczne, socjalistyczne czy anarchistyczne; zależności opresyjne pod względem płci czy rasy, rewolucje i pokojowe obalanie starego porządku. Książki „Ekumeny” zostały wielokrotnie docenione także poza środowiskiem, a ich treści, ukryte pod płaszczykiem fantastyki, będą atrakcyjne dla każdego humanisty, którego pociągają rozważania nad kondycją człowieka i społeczności.

Drugim z cykli, który przyniósł Le Guin sławę i zasłużony piedestał, a jednocześnie wpłynął na kształtowanie fantasy jako gatunku literackiego jest „Ziemiomorze”. Opublikowany w 1968 roku „Czarnoksiężnik z Archipelagu” (w Polsce ukazał się w 1983 w przekładzie Stanisława Barańczaka) otwiera czytelnikom drzwi do świata równie niezwykłego, jak Śródziemie. Na tysiącach wysp i wysepek rozciąga się rozległy, wspaniały świat, zaludniony najróżniejszymi rasami ludzkimi; każda z wysp posiada własną, czasem nieco odmienną, a czasem wyraźnie specyficzną społeczność. W sercu zaś tego świata leży Havnor, gdzie od stuleci opustoszały tron czeka na powrót króla, zaś na południe od Havnoru leży wyspa Roke, gdzie naucza się magii.

Bohaterem cyklu jest Ged zwany Krogulcem, czarnoksiężnik z wyspy Gont. Czytelnik ma okazję śledzić jego przygody od chwili, gdy jako chłopiec przybywa na naukę na Roke i sprowadza przez swoją pychę straszne zło do świata. W kolejnych powieściach spotykamy już Krogulca dorosłego – potężnego maga, który na wewnętrznym Archipelagu i na Rubieżach tego wyspiarskiego świata odbywa niezwykłe misje, ratuje, walczy i pertraktuje. Z leżącego na wschodzie kraju białych wojowników kradnie starożytny artefakt, mający zapewnić pokój – jednocześnie uprowadzając najwyższą kapłankę starożytnych sił. Już jako Arcymag, zwierzchnik szkoły na Roke, wraz z młodym księciem Arrenem odbywa podróż za granicę śmierci, aby ocalić świat przed zagładą, którą sprowadziło na niego naruszenie odwiecznej równowagi, w jakiej znajduje się magia i sam świat, który ona przenika. W dalszych tomach możemy obserwować jak radzi sobie ze spuścizną swoich działań, jak z żoną i przybraną córką oraz królem Archipelagu, którego wyniósł na tron na skrzydłach smoka Kalessina po raz ostatni muszą zmierzyć się z najważniejszym zadaniem – utrzymaniem równowagi magii, tym razem nie tylko wśród ludzi, nie tylko między ludźmi a ich starszymi braćmi – smokami, ale przede wszystkich ostatecznie – między życiem a śmiercią.

W powieściach Le Guin przenika się wiele poziomów tekstu. Pierwszym, oczywistym, jest niezwykle piękna, rozbudowana baśń o czarodzieju, który wiecznie dobra pragnąc, wciąż boi się, że zło uczyni. Magia w „Ziemiomorzu” to żywioł, siła potężna i niezwykła i tylko ludzie głupi, pyszni lub nieświadomi używają jej pochopnie. Każdy, kto chociaż trochę zdaje sobie sprawę z jej mocy – nie odważy się użyć magii, jeśli nie jest to konieczne. Na tym poziomie te powieści to klasyczne historie o bohaterach, zapomnianych legendach, barbarzyńskich królestwach. Wiele elementów, które Le Guin wprowadziła w „Czarnoksiężniku a Archipelagu” i kolejnych tomach cyklu jest teraz dla literatury fantasy czymś oczywistym i archetypicznym.

Na drugim planie, jak zawsze u tej autorki, są sprawy społeczne i ten sam głęboki humanizm, co w książkach „Ekumeny”. Zależności między prostym ludem a możnymi, los biednych, dysonans społeczny wywołany płcią, rola kasty uprzywilejowanej w świecie, a także rażące kontrasty między oddalonymi, odizolowanymi społeczeństwami – wszystko to stanowi niezwykłe, barwne tło często awanturniczych przygód maga Geda, arcykapłanki Tenar, okaleczonej sieroty Tehanu, która skrywa w sobie naturę obcą ludzkiej, młodego księcia Arrena czy innych bohaterów opowiadań ze świata Ziemiomorza. Nic dziwnego zresztą – oboje rodzice Ursuli byli antropologami, można więc powiedzieć, że swoje żywe zainteresowanie człowiekiem wyniosła z domu. Wśród jej inspiracji, prócz Tolkiena, wymienia się także jednego z najciekawszych i najważniejszych pisarzy s-f Philipa K. Dicka (z którym uczęszczała do jednej szkoły, chociaż nie znali się w tym okresie) a także klasyków literatury, takich jak Wergiliusz, Lew Tołstoj, siostry Brönte i Wirginia Woolf. W jej książkach można również znaleźć echa filozofii dalekiego wschodu i mitologii nordyckiej.

Wszystkie te czynniki sprawiły, że Ziemiomorze wygląda nieco inaczej niż wiele magicznych krain. Wiele powie odbiorcy fakt, że zarówno wiernych fanów jak i autorkę rozwścieczył fakt, że w przygotowanym przez Sci-Fi Channel serialu „legendy Ziemiomorza” większość postaci była rasy białej. W rzeczywistości Archipelag jest miejscem niezwykle kolorowym, także pod względem odcieni skóry – praktycznie jedyni biali to okrutni wojownicy z dalekowschodniego królestwa Kargadu. Tę i inne zmiany Le Guin przyrównała do sytuacji, w której Jackson w ostatnim filmie trylogii kazałby założyć Frodowi Pierścień na palec i rządzić Śródziemiem. Podobnie niewiele uznania znalazła japońska ekranizacja, oparta na książkach „Najdalszy brzeg” i „Tehanu” w reżyserii Goro Miyazakiego, syna słynnego współzałożyciela Studia Ghibli. W tym wypadku ograniczyła się do stwierdzenia „to nie moja książka”. Pod tym względem antropologiczna spuścizna rodziny Kroeber zaowocowała światem innym od schematów, w jakie często popada literatura – silnych, męskich protagonistów, których we współczesnym świecie zaliczylibyśmy do środowiska określanego w USA jako WASP.

Niezwykle ciekawe i godne osobnego artykułu byłoby prześledzenie życiorysów postaci. Oto chłopak z nizin społecznych, syn kowala z dalekiego kraju, dzięki wrodzonemu talentowi, poświęciwszy wiele lat życia zostaje Arcymagiem – najpotężniejszym człowiekiem w Śródziemiu. Dobrowolnie jednak poświęca wszystko, aby pomóc ocalić świat, a potem pędzić spokojny żywot w starej chacie u boku ukochanej kobiety. Oto dziewczynka, od dziecka hodowana do roli Najwyższej Kapłanki odrzuca wpojone wychowaniem wzorce i iluzoryczną władzę i odchodzi, aby u boku obcego mężczyzny przyjąć zaszczyty i hołdy całego świata. Szybko i równie łatwo odrzuca je, aby pędzić zwyczajny żywot żony i matki gdzieś na krańcu świata. Potem zaś, jako wdowa, odnajduje miłość i jesień życia spędza w sposób, jakiego nie dane jej było wcześniej dostąpić. Oto młody książę ze szlachetnego rodu przechodzi przez piekło, aby pomóc Arcymagowi ocalić świat. W zamian za swoją siłę, zaufanie i poświęcenie zostaje wyniesiony na najwyższy tron – zostaje od wieków oczekiwanym królem Archipelagu. Nie potrafi jednak odnaleźć szczęścia osobistego. Szczególną uwagę zwracają postacie pozornie drugoplanowe, zwykłe, pozornie bez znaczenia. Wioskowy czarodziej dręczony złymi snami okazuje się być kluczem, dzięki któremu potężni tego świata potrafią stanąć do walki. Okaleczona sierota okazuje się być niezwykłą, mityczną istotą, która podejmuje się mediacji między dwoma, z dawna rozdzielonymi rasami. Pozbawiona własnej woli, obca w świecie ciemnoskórych córka białego barbarzyńcy ze wschodu, mimo niechęci króla zostaje jego powiernicą i najbliższą towarzyszką. Losy jednostek, jak często bywa w sagach heroicznych, kształtują losy całego świata. Nie zawsze poświęcenie jest nagradzane, nie zawsze też nagroda pojmowana jest w ten sam sposób.

Ciekawe też jest, pod względem porównawczym, ujęcie smoków w „Ziemiomorzu”. Nawet bez zdradzania finału „Innego wiatru” mogę powiedzieć, że Le Guin dała literaturze smoki zgoła odmienne niż Tolkien. U Brytyjczyka smoki, czy to Smaug czy Glaurung, były inteligentnymi, krwiożerczymi potworami, wcielonymi diabłami, niczym z tradycji chrześcijańskiej, zresztą bardzo silnej w literaturze i mitologii wysp brytyjskich. U amerykańskiej pisarki smoki stanowią inteligentną, potężną, samodzielną rasę. Chociaż ludzie postrzegają je często jako złe, wynika to z małości i prymitywności ludzkiego pojmowania świata. Dla istot takich jak Najstarszy Kalessin czy przekraczająca magiczne bariery szkoły magów na Roke Orm Irian, moralność człowieka to igraszka, śmieć niewart uwagi. Smoki Ziemiomorza są bowiem poza dobrem i złem, poza wolnością i moralnością, a przynajmniej poza ludzkim pojmowaniem tych pojęć. Ze swej natury nie czynią zła ani dobra, jedynie to, co uważają za konieczne, nie służą też żadnemu panu ani same sobie, chyba, że dobrowolnie poddadzą się przewodnictwu jednego ze swej rasy. Takie ujęcie smoka, w kulturze ludzkiej symbolu wyjątkowo wieloznacznego, może pokazywać odwieczne dążenie człowieka do przekraczania wszelkich granic – skrzydlate potęgi z zachodu poza zachodem są ucieleśnieniem wszelkich ludzkich idei, także tych – jak, bliska wizerunkowi smoka widzianemu ludzkimi oczyma, idea nadczłowieka – przez nas samych uznawanych za wypaczone.

Tropów takich jest w tych powieściach i opowiadaniach oczywiście więcej, ale nie jest celem tego krótkiego tekstu krytyczna analiza twórczości najważniejszej kobiety literatury fantastycznej, ani tym bardziej porównawcza prezentacja trójki twórców gatunku literackiego, jakim jest fantasy. Piszę o tym głównie po to, aby zaciekawić światem „Ziemiomorza” ludzi, którzy jakimś cudem jeszcze się z nim nie zetknęli. Bez wątpienia cykl ten, na który składa się pięć, połączonych postacią Krogulca powieści oraz siedem opowiadań, to dzieło dorównujące dowolnemu innemu cyklowi literackiemu. Swą baśniowością i rozmachem nie ustępuje dziełom Tolkiena czy „Kronikom Narnii”, pod względem treści i wartości jakie ze sobą niesie, bije na głowę praktycznie wszystkich dawnych i współczesnych konkurentów. Wychowana na klasyce dziecięcej literatury, takiej jak „O czym szumią wierzby”, „Przygody Alicji w Krainie Czarów” czy „Księga Dżungli”, Ursula stworzyła własną monumentalną epopeję, której wpływ na współczesną literaturę, chociaż może mniej znany laikom, jest równie wielki, co wymienionych. Do inspiracji twórczością pisarki otwarcie przyznają się tacy autorzy, jak Neil Gaiman – pisarz i wielokrotnie nagradzany scenarzysta komiksowy, popularny także w Polsce David Mitchell, utytułowany Iain Banks czy wreszcie Salman Rushdie.

A piszę o tym wszystkim właśnie teraz, bo zaledwie w listopadzie zeszłego roku w Polsce wreszcie wznowiono cały cykl w jednym, monumentalnym, wspaniałym tomie. Kiedy dwadzieścia lat temu, w ósmej klasie podstawówki sięgnąłem po „Czarnoksiężnika z Archipelagu”, byłem jeszcze chyba zbyt mało wyrobionym czytelnikiem, aby docenić kunszt literacki autorki i wartość dodaną samych powieści. Wtedy wydały mi się po prostu świetnymi książkami fantasy. Teraz dzięki wznowieniu miałem okazję zapoznać się wreszcie z całością tej niesamowitej sagi – prócz pięciu powieści wydanie Prószyńskiego i S-ki zawiera także zbiór opowiadań „Opowieści z Ziemiomorza”. Dzięki temu czytelnik polski ma wreszcie dostęp do (prawie) kompletnej opowieści. Prawie, bo niestety w zbiorze brakuje dwóch opowiadań – „Magiczne słowo” i „Prawo imion”, które wyszły u nas przed laty w zbiorze „Wszystkie strony świata”. Te brak jest to jednak jedyny mankament, na jaki dotąd się natknąłem.

Samo wydanie muszę bardzo pochwalić – zachowano doskonałe tłumaczenie Barańczaka pierwszej części, świetnie radzi sobie także z przekładem Paulina Brajter, która od trzeciego tomu przejmuje pałeczkę od Piotra Cholewy. Doskonały standard edytorski w przypadku tej mającej niemal 950 stron książki to rzecz trudna, ale wydawnictwo świetnie sobie poradziło. Twarda, lakierowana oprawa, bardzo dobre szycie – dają pewność, że w czasie lektury nie spotkają nas nieprzyjemne niespodzianki. Należy także pochwalić skład i opracowanie graficzne – stonowana, wysmakowana okładka robi świetne wrażenie, szczególnie po potworkach z wydania Phantom Pressu z początku lat 90., które niektórym czytelnikom do dziś śnią się po nocach.

„Ziemiomorze” to książka, którą powinien mieć w swojej bibliotece każdy, nie tylko miłośnik fantastyki. Dla niego, oczywiście, jest to kanon gatunku; powieści, których nieznajomość powinna być traktowana jak wstyd i ujma na honorze. Jest to także świetna lektura dla czytelnika młodszego, aczkolwiek niekoniecznie dla dziecka – chociaż momentami trudna, to literatura bardzo nastrojowa, wyjątkowo kameralna i stonowana. Jeżeli nawet pojawia się w niej przemoc czy sprawy budzące strach, to czytelnik dostaje od razy wykładnię humanistyczną tych zdarzeń – nie prosty morał, lecz ciekawą, przystępną analizę przez pokazanie przyczyn i skutków, lecz bez oceny, której musi dokonać we własnym zakresie. Pod tym względem to nie tylko piękna, ale i bardzo mądra baśń dla wszystkich. Jest to też wreszcie książka dla humanistów. Przedstawione w niej problemy człowieczeństwa, społecznej niesprawiedliwości czy nierówności są dzisiaj wyjątkowo aktualne i na czasie. Pytania o społeczne role kobiet i mężczyzn, o miejsce osób odmiennych, w ten czy inny sposób upośledzonych lub odróżniających się, zagadnienia polityczne dotyczące władzy, utrzymania ładu politycznego czy wojen – wszystko to, od ponad 45 lat, kiedy drukiem ukazała się pierwsza przygoda Geda nie straciło na wartości. Śmiem twierdzić, że wręcz przeciwnie – ja dopiero z wiekiem doceniam kunszt autorki i kolejne warstwy tej opowieści, których ponadczasowość ujawnia się wraz z upływem lat. Trzeba by chyba być Mistrzem Wzorów z Roke, aby odgadnąć wszystkie zawiłe sprawy i tropy, kryjące się na kartach tej kroniki.

A dodatkowo, co nie pozostaje bez znaczenia, jest to wspaniałe wydanie dla literackich zboczeńców, lubiących po prostu ładne książki. Budzące respekt w dzieciach i ludziach literacko mniej wyrobionych, monumentalne tomiszcze postawione obok twardooprawnego, trzytomowego wydania „Władcy pierścieni” robi piorunujące wrażenie. Od razu widać – tu stoją lord John i lady Ursula – król i królowa literatury fantastycznej. Arcymag i Najwyższa Kapłanka – a choć każde pochodzi z innej wyspy i z innej kultury, to pasują do siebie doskonale.

I tylko szkoda, że bystry i wojowniczy Bran Mak Morn popadł w takie zapomnienie.

Bartek Biedrzycki

Autor książek, komiksów, podcastów i papierowych modeli.

Może Ci się również spodoba

  • Mateusz Augustyn

    Która książka z cyklu „Ziemiomorze” zrobiła na tobie największe wrażenie.

    • Nie potrafię tak z marszu odpowiedzieć. Ale moja ulubiona to „Grobowce Atuanu”. Ani najlepsza, ani największe wrażenie, ale – ulubiona. Po prostu.

  • Kumos

    Dyskutowałbym z tym, że Howard jest jakimś filarem. I wkładanie go do zestawienia Tolkien-LeGuin jest jak pięść do nosa. Jakoś nie zetknąłem się z takimi porównaniami. Za to po dziś dzień pamiętam co czytałem na ten temat w latach dziewięćdziesiątych – że trzecim filarem jest nieznany mi wówczas kompletnie Stephen Donaldson. Przeczytałem Donaldsona i spokojnie mogę stwierdzić, że stoi w oryginalności wizji i kreacji na równi z Le Guin. Jakoś mało popularny w Polsce bo przyciężkawy… Nawet nie wyszedł w całości. Oczywiście rankingi zmieniają się to razem z czasami, w tej chwili jeśli wrzucisz pytanie o filary powieści fantasy to okaże się, że jest to Robert Jordan i George Martin czy Terry Goodkind. Przykładanie Howarda do LeGuin jest zresztą od czapy nawet na skali czasu, bo rozdziela ich jedna wojna i jakieś trzydzieści parę lat. O ile pamiętam, kiedy robiono pierwszy raz takie zestawienia to pojawiał się w nich Leiber obok Howarda, bo pisali w tym samym czasie.
    A co do LeGuin… Pamiętam jeszcze jak Czarnoksiężnika z Archipelagu, czyli pierwszą opowieść o Światomorzu (a tak stoi w pierwszym przekładzie) czytano w radiu. I poszukiwania gazety Radar gdzie w odcinkach ukazały się Grobowce. No i krzywdę na żywym ciele jaką wyrządziło mi wydawnictwo Phantom Press pierwszym wydaniem Najdalszego Brzegu, gdzie tłumacz olał wersję Barańćzaka-Cholewy i z tekstem poczynał sobie bardzo śmiało. Na dzień dobry Ged złamał pierwszą zasadę imion pytając: Jak ci na imię? Arrena, a potem udali się do Mistrza Złotej Rączki w Lesie Immamentnym.
    A najbardziej lubię Tehanu. Opowieść o człowieku, który musi nauczyć żyć się na nowo po tym jak wszystko stracił. Tylko ten gender… :-) Nie ma łatwo, skoro nowym szefem staje się kobieta.

    • Rasti

      Tu nie tyle chodzi o to, co Howard napisał i jak się to ma do LeGuin czy Tolkiena. Ważniejsze jest raczej – kiedy to napisał. I jakkolwiek pisał w tym samym czasie co Leiber, to jednak Conan jest typowym archetypem barbarzyńskiego wojownika. Jest też w zasadzie pierwszym takim archetypem.
      Bran Mak Morn jest bardziej skomplikowany niż Conan i przez to trochę trudniej przyswajalny.
      Lubię Jordana, Martina i innych, ale ciężko nazwać filarem coś, co powstało później i – mimo wszystko – na bazie książek wspomnianej trójki. Tak więc Howard jest jednak jednym z trzech filarów fantasy.

      Co do Ziemiomorza, to chyba w kocu muszę się zaopatrzyć w to wydanie – szczególnie, że poprzednie jakoś mi zaginęły w pomroce dziejów. A to jest kolejna pozytywna opinia.
      Heh, kolejny wydatek… ;)

      • Kumos

        Przeszukałem właśnie rankingi filarów w sieci. Howard i Tolkien plączą się rzeczywiście razem bo jeden wymyślił sword&sorcery a drugi elfy i krasnolodów. Natomiast co ciekawe w żadnym nie znalazłem LeGuin. Książka nazbyt wybitna aby być filarem, choć w Polsce rzeczywiście tak się kojarzy. Chyba w Polsce uważamy ją za filar dlatego, że po raz pierwszy pojawiła się w roku 1983, po Tolkienie, przed Howardem.