O lalkach

15.01.2014

Blog kurzem zarasta, bo nie mam czasu. Dopatruję ciągle „Hermy Św. Zygmunta”, którą Maciej rysuje dzielnie, narażając się na złośliwe uwagi Daniela, ale trzeba teraz ogarnąć przygotowania do druku. Siedzę ciągle nad powieścią, chociaż mam chwilę przerwy, bo tekst fazy pierwszej leży u redaktorki. Boję się myśleć, co się z nim dzieje. Pracuję za to powoli nad fazą trzecią i drugą, na zmianę. Przekroczyłem już magiczne 200 stron, ale to będzie gruba powieść, ot, przygodowe czytadło. Jednocześnie pracuję powoli nad drugą transzą komiksu o kosmosie, bo plansze, jakie mi Błażej pokazał są nad wyraz dobre i mam nowy zapał.

W tym wszystkim nie mam za bardzo czasu na nic. Nawet na czytanie komiksów – drugi miesiąc czytam wyłącznie książki i coraz bardziej mnie to męczy. Na szafce nocnej czeka „Opowieść panny młodej” a w szafie, nierozpakowany chyba od lipca ostatni sezon „Maison Ikkoku”. Ale tę drugą pozycję trzymam sobie na lato. Przeczytam ją na dwudziestolecie zbierania serii.

W tym wszystkim jakoś tak nie mam ochoty ani pisać, ani nawet nagrywać – podcast o „Ślepej plamie” czeka mi w głowie od tak dawna, że połowę zapomniałem. Postanowiłem więc napisać cokolwiek, aby nie wyjść z wprawy.

Skończyliśmy właśnie z dzieciakami czytać „Akademię Pana Kleksa”. Młody jak to młody, mało jeszcze wciągają go fabuły, natomiast Zuza – urzeczona opowieścią. Świat z bajki, na poły w naszej rzeczywistości, ale poprzeplatany wszelkimi możliwymi magicznymi elementami po prostu ją porwał i smutek po zakończeniu lektury złagodziła jedynie informacja, że są jeszcze dwie książki o Ambrożym.

Na marginesie dodam, że kiedy czytam teraz, jako dorosły, o snach w pigułce, proszkach na porost włosów, jedzeniu kolorowych szkiełek i piciu z rana zielonego płynu, to jakoś na to patrzę inaczej niż kiedyś. Nie o tym jednak chciałem.

Ambroży i Alojzy rys. Jan Marcin SzancerJedną z głównych osi fabularnych „Akademii Pana Keksa” jest pojawienie się Alojzego Kukuryka (w dalszych częściach obecnego pod nazwiskiem Alojzy Bąbel, nie pamiętam, jak to w filmie było). Postać ta jest lalką, a ściślej, w naszym, współczesnym, XXI-wiecznym sprawy rozumieniu – androidem. I to androidem jak się patrzy, bo chociaż golarz Filip zmontował go jako mechanizm, to Ambroży Kleks uczynił z Alojzego twór biotechnologiczny. Cyborga wręcz.

Kto czytał, ten wie, że Alojzy początkowo tylko trudny, z czasem znarowił się doszczętnie, a ostatecznie doprowadził do upadku Akademii i zniknięcia samego Ambrożego (Przepraszam za spojlery, jakby co. Hej, ale wiecie, że Różyczka, to były sanki?) Ciekawa jest tutaj ta opozycja: technologia, nowa, współczesna, niezwykła, wybiegająca w przyszłość (zarówno wtedy, jak i teraz) kontra bajka, tradycja, dawna (chińska) wiedza. Jakby Brzechwa chciał przedstawić zderzenie człowieka i jego tradycyjnych wartości z galopującą rewolucją techniczną, której był świadkiem w młodości i musiał przeczuwać, że się rozwinie. Ambroży prezentuje tu świat magiczny, cudowny, niezrozumiały, chociaż nie do końca – wszystko jest wytłumaczone na swój czarodziejski sposób – magiczne czapki, pompki powiększające, sproszkowane sny, książki w węzełkach… Alojzy to technologia – dla uczniów nowa, fascynująca, a jednocześnie dziwna, obca, niezrozumiała, w końcu – wroga. Nawet Kleks nie rozumie do końca, jak działa cudowny android, sam mówi o tym, że nie potrafi zmienić tego, w jaki sposób golarz Filip zaprogramował mechanizm.

Zwracają tu uwagę moją dwie rzeczy – pierwszą jest niezwykła bierność i apatia, z jaką Ambroży Kleks podchodzi do wybryków Alojzego Kukuryka (zauważcie, że współdzielą inicjały – ciekawy trop). Najpierw przez nieuwagę pozwolił wprowadzić lalkę do Akademii, czego ponoć zawsze się lękał. Nie próbuje jednak bronić się przed tym, lecz biernie poddaje wypadkom. Sam je nawet przyśpiesza – zamiast pozbyć się straszliwego artefaktu, wprawia w ruch cała machinę, powołuje lalkę do życia. Mały syndrom sztokholmski – potwora, którego się obawia, sam wypuszcza z klatki. Jednocześnie popada w marazm i nie przeciwstawia się nijak eskalacji przemocy i zła, jakie android wyrządza. Patrzy z boku na (poniekąd także) swoje dziecko i… No właśnie, i nic. A jednocześnie cały czas ma moc, aby odwrócić zło, zapobiec mu, zatrzymać falę przemocy. I robi to łatwo i szybko, sprawnie i bez najmniejszego problemu demontując makabrycznego automatona zupełnie, jakby robił śniadanie z kolorowych szkiełek. Czeka jednak z tym do ostatniej chwili, do największej tragedii – skandalu na wykładzie o ludziach z Księżyca i następującego potem zniszczenia Sekretów.

Zupełnie tak, jakby dopiero utrata tej pierwszej, magicznej, bajkowej, tradycyjnej części świata mogła zatrzymać szaleńczą eskapadę części nowej, technokratycznej, cybernetycznego potworka z nadciągającej nieuchronnie przyszłości autora i bohaterów. Trzeba było zatracić się, bezpowrotnie coś zaprzepaścić, aby móc pokonać zło.

A jednocześnie nie sposób nie zastanowić się nad tym, co mówi sam Alojzy, cudowna lalka przemieniona w człowieka, kiedy rozmawia z Adasiem w parku: Nie prosiłem Kleksa, by nauczył mnie myśleć. On sam czuje się ofiarą. Nikt nigdy nie pytał go o zdanie, Filip i Ambroży powołali go do egzystencji, której, być może, nie chciał. Nie jest człowiekiem i wie to doskonale, chociaż początkowo nikt w Akademii nie daje mu tego odczuć. Inaczej jednak niż cyborgi we współczesnych dziełach, jak chociażby „Ghost in the Shell”, Alojzy nie szuka w sobie człowieka. Jest inny i to budzi jego bunt. Nienawidzę was wszystkich, popamiętacie mnie – mówi do Adasia. Swoją obcość przekuwa w pancerz pogardy i złości. W środku jednak – jest tylko zagubiony mały chłopiec, któremu dorośli zgotowali straszliwy los.

„Akademia Pana Kleksa” to oczywiście kilka innych wątków. Ale ten akurat, opozycja technologii i tradycyjnej baśni i niezgoda na brak człowieczeństwa – uderzyły mnie najmocniej. Może ze względu na to, że na co dzień pracuję przy nowoczesnych technologiach, chociaż nadal lubię baśnie?

A co stało się z Ambrożym po zniszczeniu cyborga? Kto wie? Może to?


Inne wpisy być może podobne:

  • au

    swoją drogą jak film to wszystko zmarnował, a juz zwłaszcza kolejne części.

    pompki powiększające? nie pamiętałem tego…

    • http://www.gniazdoswiatow.net/ Bartek „godai” Biedrzycki

      Film zupełnie inny, ale też dobry. Przynajmniej dwie pierwsze części, bo „Pan Kleks w kosmosie” to już trochę retro-beka. A „Tryumfu” nie widziałem.

      Pompki też w filmie są, kaczkę powiększa bodajże w pewnej chwili.

      • au

        kiedy czytam teraz, jako dorosły, o pompkach powiększających, to jakoś na to patrzę inaczej niż kiedyś.

        czego nie mogłem znieść w ekranizacjach kleksa, zwłaszcza w sequelach, to konwencji musicalowej. nie wiem, był wtedy ustawowy obowiązek że w filmach dla dzieci mają śpiewać czy co.

        • http://www.gniazdoswiatow.net/ Bartek „godai” Biedrzycki

          To chyba do dziś. Np. filmy z Barbie to tak lekko licząc w 75% podobnie musicalowe sznyty mają.