129. Wrzesień

Pokolenie IDDQD

Jesus, it’s been twenty years! – Iggy Pop, „Candy”

 

Dzisiaj, dosłownie, właśnie przy tym kawałku, w samochodzie, uświadomiłem sobie, że 20 lat temu poszedłem do liceum.

Był rok 1993, skończyłem gminną podstawówkę-tysiąclatkę, mieli nam właśnie zrobić główną ulicę w dzielnicy, która od 20 lat była błotnistym pasmem nieszczęść, na ulicach można już było kupić hotdogi i hamburgery w „duńskich” budkach i w ogóle.

Ale ja nie o tym, nie o latach 90., które nie były wcale dekadę temu. Chociaż mógłbym, bo Boromir dziś rano zajawił tekst, który był o tym, ale był ponoć zły, bo nie było w nim nic z tego, co dla „nas” jest charakterystyczne.

Poszedłem do niezłego warszawskiego liceum, więc musiałem wsiadać w autobus przed siódmą, żeby dojechać – pierwszą klasę jechałem autobusem, a potem jeszcze kawał tramwajem, mijając gmach telewizji przy Woronicza. Potem, jakoś pod koniec drugiej, otworzyli wreszcie metro, które zresztą pokochałem (ostatnio, gdybym nie miał syna, to bym w ogóle metrem nie jeździł).

Czasem słyszę, że liceum, w ogóle szkoła, to taki wspaniały okres, ale nie. To gówniane cztery lata wiecznej walki o wszystko. Problemy z nauką, które teraz są śmieszne, wtedy wcale takie nie były, bo człowiek miał inną optykę.

Cudowny czas towarzyski różnił się od tego w podstawówce, bo w przyzwoitym warszawskim liceum miałem tyle przytomności, żeby trzymać się z dala od fiutów i nikt mnie nie ganiał – chociaż może nikt nikogo wcale nie ganiał. Pod tym względem było OK. Ale znajomych musiałem sobie szukać w innych klasach, bo moja była zbyt sfeminizowana i w sumie nudna.

Życie uczuciowe za to to była katastrofa. Horrory pierwszych miłości, pierwszych nieodwzajemnionych miłości, pierwszych odrzuceń i generalnie przez te cztery lata stosunek sukcesów do porażek był oczywiście lepszy niż wyniki polskiej reprezentacji w futbolu, ale wcale nie aż tak.

Oczywiście piwo, długie rozmowy i organizowanie festiwalu teatralnego to były fajne rzeczy.

Ale ogólnie szkoła średnia to był wyjątkowo beznadziejny okres w życiu.

Potem, na studiach, było dużo lepiej. Aż do pierwszego skreślenia z listy, ale to już zupełnie inna bajka.

Bartek Biedrzycki

Autor książek, komiksów, podcastów i papierowych modeli.

Może Ci się również spodoba

  • au

    szalony dziewięćdziesiąty trzeci.
    wczoraj na TCM leciało se7en i se pomyślałem, co? turner CLASSIC movies to puszcza? przecież to świeży film jest, z zaraz… kurna, z 1995 roku. czyli ma już 18 lat. oglądałem go jeszcze w kinie Moskwa, a zaraz potem je zamknęli i wyburzyli.
    fuck…

    • Pamiętam jak praktykantowi z angielskiego nie chciało się robić zajęć i nas zabrał na Pulp Fiction do Relaxu. Laski w klasie były w większości zniesmaczone :D

      • au

        przynajmniej się nauczyły paru przydatnych angielskich słów:)

        • Możliwe, chociaż nie wiem, nie pamiętam. Zbyt późno wyeliminowałem masło z diety, wiesz, to było w latach 90.

          Wcale nie dekadę temu.

  • Kumos

    Też byłem na „Pulp Fiction” w szkole. Pani od polskiego zostawiła nas w kinie i wyszła przed seansem. Chyba dobrze. I jeszcze był taki film „Młodzi Gniewni” z Michelle Pfeifer – chyba wszyscy nucili wtedy livin in a ganstas paradise. Poszedłem na ten film na wagary z koleżanką i trafiliśmy na 3 wycieczki szkolne. Masakra. A w Moskwie oglądałem „Goldeneye”. No i ostatni seans w kinie Moskwa. Taki film „Strange Days”. Dział się w odległej przyszłości. W roku 1999. I znowu się przez was poczułem staro.