Książka roku 2013

Tytuł, oczywiście, jest nieco przesadzony. Dzisiaj bowiem będzie o pozycji, która na mojej prywatnej (przyznaję dość skromnej, chociaż i tak milion razy lepszej niż statystyczny Polak) liście lektur plasuje się na miejscu „najlepsza polska książka, jaką czytałem w tym roku”.

Oowiany świt, Michał GołkowskiKumpel, umawiając się telefonicznie na zwrot „Korzeni niebios” spytał, czy chcę „Ołowiany świt” – pamiętałem tylko, że coś kiedyś wspominał, że polskie postapo. Więc zechciałem. Przywiózł. Ja akurat czytałem „Tuana„, więc kilka dni leżała. A potem wsiąkłem i nie mogłem się odkleić.

Przyznam się otwarcie, że uniwersum S.T.A.L.K.E.R-a (jaka koszmarna nazwa do napisania) jest mi obce. Owszem „Piknik na skraju drogi” – tak. Wiem, że Tarkowski „Stalkera” i w ogóle. I nawet wiedziałem, że istniała seria gier (nie napiszę tego tytułu drugi raz, palce se połamię), i że to o Czarnobylu i w sumie… to tyle.

A nie, czytałem raz ukraiński komiks w tych klimatach – „Suka” mu było. Pięć lat czekam na drugi tom.

Mogę więc śmiało założyć, że miałem ułatwione zadanie – po pierwsze, nie miałem oczekiwań, co zmniejsza ryzyko zawodu; po drugie, nie znając uniwersum nie wiedziałem, co jest świeże, a co przeżute, a także nie miałem wyrobionych opinii, nawyków, rzeczy ulubionych i całej masy rzeczy, która sprawia, że na przykład nie potrafię czytać Batmanów Snydera, bo wolę Batmany Granta (ALANA GRANTA). Można więc powiedzieć, że swoją debiutancką książką Michał Gołkowski wprowadził mnie w stalkerski świat. A przynajmniej w świat Zony wokół CzAESu, bo stalkerów spotykałem już w Metrze 2033 – szczególnie w „Piterze” i u Diakowa, chociaż sam Hanter też był wzorcową postacią.

No i spodobało mi się, strasznie spodobało się to postapo takie nieurbanistyczne, takie partyzanckie, dzikie, leśne, rozlazłe po opuszczonych siołach, jak leśni w czterdziestym czwartym, a jednocześnie industrialne, w kompleksach laboratoryjnych, w podziemiach, jak „Powrót do zamku Wolfenstein”, albo inne, poważniejsze rzeczy. Cały ten świat w cienie Sarkofagu, który sam świetnie znam ze zdjęć i które zaistnienie w masowej świadomości pamiętam aż za dobrze – miałem 8 lat lat, jak „u Ruskich jakaś fabryka pieprznęła i chmura idzie na nas”.

Jak pisałem, nie wiem, na ile to rzecz oryginalna, na ile inspirowana grą i innymi książkami. Wiem, że Agroprom, anomalie i parę innych rzeczy to wyposażenie podstawowe. Ale bardzo mi się ten sztafaż podoba. Pozwala osadzić człowieka w nieludzkim świecie, zrobić mu pranie rzeczywistości, jak robił to Zajdel i jemu współcześni, rzucając w swojej socjologicznej fantastyce bohatera  w świat pozornie obcy, niewspółczesny. Gołkowski robi to samo, wybiera archetypicznego do bólu samotnika, takiego ikonicznego samuraja / kowboja / pogranicznika, typka w kapeluszu z rondem i w skórzanym płaszczu, przebiera go w maskę p-gaz i wypycha na obcą planetę. Jeżeli to faktycznie debiut Gołkowskiego (a nie byłem w stanie znaleźć jego innych publikacji zwartych), to widać, że dobrze odrobił lekcję z popkultury i przygotował się na zajęciach z tworzenia mitu oraz zbiorczej społecznej pamięci. A może trochę tu uśmiecham się wewnętrznie do własnych zasobów kulturowego balastu, bo mnie też ceglany niewysoki budynek kojarzy się z kasynem, i założę się, że widziałem go w podobnym wieku i w tym samym miejscu co Miszka Markowicz.

Ma też Michał, jak na debiutanta, niezłe, lekkie pióro, któremu wybaczyć można drobiazgi. Możliwe, że FS to ostatnie miejsce w Polsce, gdzie zatrudnia się jeszcze redaktorów, a może to zdolność wrodzona, faktem jest, że czytało mi się „Ołowiany świt” szybko, sprawnie i przyjemnie. Nawet ten skłamany, nieprawdziwy rosyjski, niczym ta zmyślona góralska gwara z „Na skalnym Podhalu” wchodził gładko i bez czkawki, a to nie lada osiągnięcie.

Doskonałym pomysłem było uczynienie z książki quasi-zbioru opowiadań. Każdy z rozdziałów, na dobrą sprawę, mógłby zaistnieć sam z siebie, nawet ostatnia wyprawa do Mleczarni – poszczególne epizody owszem, budowane są jeden na drugim, na fundamencie wzajemnych wcześniejszych odniesień i powiązań, ale jednocześnie oferują własną akcję, własną przygodę, własną oś obrotu – nie lada to sztuka, niemal tak trudna, jak robienie serii komiksowej w odcinkach, z których każdy musi mieć własną puentę. Autorowi udała się ta sztuka bardzo dobrze, a dzięki temu uniknął zmęczenia i brnięcia w monolityczną oś fabularną. Podobnie zrobił Wroczek, dzieląc historię Iwana na zasadniczo trzy pomniejsze opowieści (z których każda dałaby radę sama być książką). Daje to ten wielce pożądany oddech, poczucie czasowego rozłożenia, rozciągnięcia akcji (chociaż niektóre przypisy w stylu „dwa dni później” były jakieś takie redakcyjnie kulawe; no, ale mniejsza, nie wpływały na odbiór).

Mało sięgam po polskie książki, bo podzielam w dużej mierze zdanie Jacka Dukaja na temat kondycji polskiej powieści współczesnej. Fantastyki współczesnej mocno unikam, bo co jakaś okładka przyciągnie uwagę na półce, to okazuje się to być druga część trzeciego tomu, piątego cyklu serii, więc kompletuję klasykę, albo idę w „cykle” luźne, takie jak Metro wzmiankowane. Sam z siebie tę książkę też pewnie bym przeoczył, bo do Fabryki Słów nie mam zaufania – wydają masowe, dobre, ale nadal taśmowe produkcyjniaki. To nie tyle zarzut, co stwierdzenie. Ominąłby mnie więc „Ołowiany świt” Michała Gołkowskiego, jakby mi go Radzio nie pożyczył.

I źle by się stało. Bo „Ołowiany świt” to najlepsza polska książka, jaką czytałem w tym roku.

Bartek Biedrzycki

Autor książek, komiksów, podcastów i papierowych modeli.

Może Ci się również spodoba