Syndrom sztucznego problemu

Michał Radomił Wiśniewski, w kręgach komiksowych zwany pieszczotliwie Boromirem, co zawdzięcza albo Cysorzowi Plotki, albo sam nie wiem komu, pocisnął tyleż ciekawy, co w swej najgłębszej istocie straszliwy cykl „100 dni blogera„. Wyjątkowo szydercza komedia (nie napiszę „ironiczna” bo to słowo powoli zapierdala w tym samym kierunku co „ekologiczna” czyli na jakiś reptiliański księżyc).

Rzecz jest straszna a polega na wcielaniu w życie przeterminowanych o kilka lat rad (już w momencie pisania ułomnych), jak prowadzić blogaska. Straszne były zawsze, bo… Wystarczy je przeczytać. Książka sprowadza się do stwierdzenia „żeby pisać trzeba pisać” co wypunktował MRW. A potem zdarzył się internet i blogi przestały być blogami.

Podsumowuje to celnie Wojtek Orliński, u którego bywam głównie jak Cysorz Plotki coś podlinkuje (bo w zasadzie to mamy wspólnych znajomych-znajomych i się nawzajem rzadko czytujemy). Stwierdza mianowicie, dlaczego te poronione u zarania rady się zdezaktualizowały i co przyszło potem, a także, przede wszystkim – icoteras?

Stwierdził mianowicie, że blogowanie (takie, o jakim mówimy) przemija. Jest to stwierdzenie równie prawdziwe, co nieistotne. Podobnie, jak stwierdzenie Tomka Pstrągowskiego w 5. numerze Bicepsa, że krytyka komiksowa wymiera.

I tu dygresja. Krytyka komiksowa w tym kraju nie powstała. Tomek wprawdzie twierdzi, że on ciągle pisze, ale trudno nazwać krytyką komiksową jego teksty na WP (również te, które nie są listą 10 największych cycków popkultury leżącej na tej samej półce w Empiku co komiksy), teksty chłopaków z Kolorowych Zeszytów, moje bazgroły przetykanie dygresjami czy na ten przykład opinie Kozy. Że nie wspomnę o czkawce jąkających się magistrów, którzy dorośli i przestali być dziećmi (przynajmniej nominalnie na chwilę).

Krytykiem w tym kraju jest Jerzy Szyłak. (Dobrym scenarzystą nie jest). Oraz Sebastian Frąckiewicz, który od 10 lat zajmuje się komiksem i napisał jedną książkę z wywiadami, w której próbuje komiks wciskać na siłę do galerii. I którego blog, na marginesie, prezentuje typ, który Orliński typuje jako następcę blogów „starych” czyli parakorporacyjny.

Ryba ubolewa, że nasze pokolenie krytyków (jakby w ogóle jakieś istniało) wymiera i po nas nikt nie przyjdzie. Ja się pytam, i co z tego?

Podobnie jest z blogami. Ma rację oczywiście Orliński.

Kiedyś pisałem tu coś i jakaś grupa wiernych czytaczy popełniała kilkanaście, czasem kilkadziesiąt komentarzy. Wątki pętliły się między Ś.P. Motywem Drogi, a innymi blogami, przeskakiwały w ślad za notkami u kolejnych zainteresowanych, a jak były już na wymarciu, to Pałka Maciejaszek dojebywał coś do pieca na koniec.

Potem przyszedł facebook i się skończyło.  Truizm.

Sam zakładałem stronę na FB, żeby blogiem docierać do tych, co zaglądają nieregularnie, wbrew technologii nawet jak wiedzą, co to RSS to nie używają, ale za to mają FB.

I do tej pory korzystam z tej formy reklamy i ona nawet działa. Faktem jest, że na blogu piszę rzadziej.

Spełnił się wreszcie (chyba mokry) sen Konrada Hildebranda z MD o mikroblogowaniu (nie przytoczę tu cytatu z Pały o repostowaniu statusów z Blipa na Twitterze, jest gdzieś w sekcji „Wywiady„). Ludzie przestali mieć coś do powiedzenia. Z tekstów zeszli do krotochwilnych one-linerów, punchline’ów niepoprzedzonych zbędnymi 5.000 znaków, bo jedyne, co ich za to czekało, to TL;DR.

Sam zresztą w pewnej chwili doszedłem do wniosku, że FB nadaje się lepiej do pisania jednolinijkowych głupich uwag niż blog. Kiedyś być może olewałem dzielenie się nimi lub rzadziej zbierałem je w stada i puszczałem w „Słowie na niedzielę” czy w czymś. Nie wiem, więcej grzechów nie pamiętam.

FB przejął masę krytyczną komentarzy ze względu na łatwość. Kiedy kilka tygodni temu wyrzygałem się pierwszy raz na Michała Chudolińskiego za bycie gnojkiem to nawet kilka osób zajrzało i skomentowało. Kiedy zrobiłem to niedawno na FB po raz drugi okazało się, że komentarzy jest jakieś 5 razy więcej.

Po pierwsze, historia krótsza, po drugie śmieszniejsza, po trzecie nie trzeba wpisywać ksywy i emaila, ani nawet klikać „zaloguj przez FB”. Nie trzeba robić NIC. Wystarczy napisać cokolwiek i kliknąć enter.

Doszło do tego, że znajomy mój wpis na blogu skomentował pod linkiem do wpisu na FB…

(Dygresja: dzisiaj rano w pracy napisałem maila, wcisnąłem enter i nic się nie stało. I dopiero wtedy uświadomiłem sobie, że wcale nie miało się stać.)

Więc Wojtek Orliński ma oczywiście rację, blogi w takiej formie się powoli kończą. Zostają specjaliści, skupiający społeczność, lanserzy, piszący co u innych blogerów i jak było na spotkaniu blogerów i jak pisać bloga i kilka skamielin (jak Pstrągowski, Orliński, MRW czy ja).

I w sumie jedyne co mam do powiedzenia, to to samo, co przy tezie Pstrągowskiego: krytycy komiksowi wymierają. Nikt ich nie zastąpi!

I co z tego?

Blogi się kończą. Nie będzie już takich jak dawniej.

I co z tego?

Mnie też nie będzie, nie będzie mi przykro. Panowie, chciałbym mieć wasze dylematy. Ja mam problem jak pogodzić robienie zdjęć we wsi Kierszek z tym, że kiedy mam na to czas, bo dzieci śpią, to słońce już zaszło.

Icoteras?

Teraz nic kompletnie. Młodzi będą zawsze mieli jakąś cyfrową nindżę, która w przerwach między redesignem layoutu i optymalizacją przepływu UU na sponsorowanym przez producenta AGD blogasku będzie mieć czas na napisanie, że „Mały Książę” i jego czytelnicy są infantylni, czego słuchał rano do śniadania oraz jak pisać bloga. Plus raz do roku raport o stanie pozostałych 23 blogów.

Ten buc od komiksów

PS. Porad „jak pisać bloga” nie traktowałbym serio. W tym kraju jest ograniczona ilość producentów AGD, serio myślicie, że ci ludzie chcą wam oddać kawałek tej kanapki? (Bo o torcie nigdy mówić nie będziemy; blogosfera w tym kraju jest jak kapitalizm – wynaturzyła się nim się na dobre zaczęła).

Bartek Biedrzycki

Autor książek, komiksów, podcastów i papierowych modeli.

Może Ci się również spodoba