Zły target

Komarów, Bart Nijstad, Centrala 2013

Przyznam szczerze, że rozczarowała mnie lektura komiksu „Komarów” od Centrali. Może nie tyle rozczarowała, co oczekiwałem czegoś innego. Przyznam też, całkiem szczerze, że nie do końca wiem, czego oczekiwałem.

„Komarów” skusiło mnie zapowiedzią wydawcy o sennym miasteczku w przededniu katastrofy oraz wyrazistą okładką, z której spogląda dwójka wypłoszonych dzieciaków. Obiecywało to solidny pomysł na wywrócenie świata do góry nogami, być może nawet w stylu Kinga, który lubi małe miasteczka i drzemiący w nich potencjał, oraz ciekawe ujęcie tematu przefiltrowane przez odmienny od klasycznego punkt widzenia. Niestety, nic z tego.

Od strony graficznej nie mogę nic albumowi zarzucić. Nijstad jest rzemieślnikiem sprawnym, ma niezły warsztat i chociaż można narzekać, że jego rysunki pozbawione są indywidualnego rysu, to jednak jest to bardzo dobra robota. Świetnie operuje plamą i nastrojem i doskonale łączy farbę z fotograficznym kolażem, nie ujawniając przy tym ani skrupułów ani kompleksów. Oprawa graficzna swoją funkcję narracyjną spełnia doskonale, mimo swojej ascetyczności. Może jedynie dymki dialogowe czasem zdają się nie współgrać z rysunkiem, ale to jest detal. Pod tym względem obietnica z okładki na ciekawą grafikę została w moim wypadku spełniona.

Gorzej jest, niestety, z treścią. Wszystko zaczyna się niby normalnie – w małym miasteczku ludzie nie chcą wytwórni asfaltu. Znam ten problem doskonale z własnego podwórka, z jedynego uzdrowiska na Mazowszu, które jest jednocześnie jedynym uzdrowiskiem w polskiej przestrzeni absurdalnej, wyposażonym we własną fabrykę trujących węglowodorów aromatycznych (jedyna różnica, że u nas jest tylko asfalciarnia, bez kopalni).

Początkowo historia zapowiada się na dzieje walki społeczeństwo kontra przemysł, ale pomysł ten szybko zostaje zamknięty oniryczno-absurdalną sceną rzezi, która okazuje się później (najprawdopodobniej) fantazjąa głównego bohatera. Główny bohater bowiem śni na jawie bardzo często, niestety, jego fantazje, zajmujące sporą część komiksu, mają się w sumie nijak do postępów akcji. To, co obiecywało być absurdem przypominającym prace Maxa Anderssona – zawodzi; elementy, które kojarzyły się z doskonałymi pracami Marka Turka – zostają tylko pojedynczymi elementami. Budowany konsekwentnie wątek silnego i groteskowego napięcia seksualnego urywa się bez komentarza i bez kontynuacji i okazuje się być zupełnie zbędny.

W dodatku rozwiązanie akcji, dziejące się wokół zupełnie innej postaci, nijak nie przystaje do historii i jest całkowicie oderwane od pozostałych wydarzeń. Są to w zasadzie dwa wątki, które łączą się ze sobą jedynie pretekstowo, poprzez bliskość na kartach komiksu. A samo zakończenie jest zupełnie absurdalne (chociaż to akurat nie jest jego wadą; jest wadą w tak zaczynającej się, tej konkretnej historii).

Być może coś mi umyka i cały „Komarów” to oniryczna groteska – wtedy urywana, skacząca, absurdalnie niepowiązana i retrospektywnie spętlona historia miałaby swoje wyjaśnienie. Może sny na jawie małego frustrata są tu kluczem – ich rytm, melodyka, poetyka snu. Ale nawet jeżeli, to ja nie kupuję niestety tej opowieści (a nie, zaraz, już ją kupiłem na FKW), bo jak prezentować poetykę snu w komiksie dowiedzieliśmy się w „Little Nemo in Slumberland”, a o tym jak opowiadać historię oniryczną, ale z sensem mówi pierwsza z brzegu „Alicja w krainie czarów”.

Autor na facebooku zdradza po części swoją inspirację, sugerując, by nieprzychylnego recenzenta z Poltera ukarać seansem Lyncha. O ile ten jest mistrzem tworzenia nastroju, to historii mających początek, koniec i sens stworzył dużo mniej. I chociaż inspirować się dobrymi twórcami warto, to trzeba to robić umiejętni. Jeśli tu Lynch miał być podstawą, to Nijstad wziął z niego głównie brak logiki i ciągów przyczynowo-skutkowych. Niestety.

Nie jestem do końca pewien, czym kierowało się jury wybierając w Pitchingu ten komiks. W żadnym wypadku nie chcę powiedzieć, że jest on zwyczajnie zły. Ale ja na pewno nie jestem jego odbiorcą.

Jeżeli więc oczekujecie solidnej sensacyjnej akcji, obyczajówki lub dłuższej historii – nie znajdziecie ich. Znajdziecie za to niezłą grafikę, trochę niepokojącej groteski, trochę onirycznego absurdu i coś w rodzaju wprawki, zabawy formą samej komiksowej materii. Możliwe, że to właśnie świadczy o sile komiksu Nijstrada i sprawia, że nie jestem jednak skłonny uznać lektury za czas zmarnowany.

Bartek Biedrzycki

Autor książek, komiksów, podcastów i papierowych modeli.

Może Ci się również spodoba