Drobne draństwa

Rok 2012 przyniósł na polskim rynku komiksowym wiele głośnych i od dawna oczekiwanych premier. Szczególnie dwie z nich przykryły inne pozycje: „Zagubione dziewczęta” od timofa oraz „Rycerze św. Wita” od kultury gniewu.

Tymczasem na Festiwal w Łodzi Paweł Timofiejuk wśród wielu innych ciekawych pozycji przywiózł komiks „Małe zaćmienia”, który, jak się zdaje, przeszedł bez większego echa. Jest to sytuacja zadziwiająca, ponieważ od dawna nie pojawiła się u nas tak dobra pozycja obyczajowa, łącząca w sobie lekkość, inteligentną historię, niewymuszony humor i dalekie od taniego moralizatorstwa gorzkie obserwacje z ciekawą, niebanalną kreską.

Małe zaćmienia

„Małe zaćmienia” to w gruncie rzeczy smutna opowieść o szóstce znajomych, którzy postanowili obejrzeć zaćmienie słońca. Wspólny wyjazd jest jednak tak naprawdę tylko pretekstem. Jean-Pierre pod przykrywką wyjazdu ze znajomymi zostawia żonę z dwiema córkami i zabiera ze sobą poderwaną w internecie małolatę. Isa i Dominique cały swój czas spędzają na niekończących się kłótniach, które stają się sztuką dla sztuki. Helena w cały ten bajzel zostaje wplątana przez Domnique’a, z którym miała kiedyś romans,  a któremu roi się, że wystarczy pozwolić żonie i kochance pogadać ze sobą i wszystko będzie znów dobrze. Hubert, fajtłapowaty gej, jedzie z ekipą najwyraźniej po to, aby ukoić towarzystwem smutek po skończonym związku. A młodziutka Jan pozwala porwać się na wielką przygodę swojemu cyber-ukochanemu.

Chociaż pozornie jest to bardzo sympatyczna i wesoła kompania, czytelnik szybko orientuje się, że takiej bandy egoistów i dupków dawno nie miał okazji zobaczyć w jednym miejscu. Z wyjątkiem Jan wszyscy amatorzy zaćmienia cierpią na mniej lub bardziej palący kryzys wieku średniego, podsycany chucią, zazdrością, poczuciem odrzucenia lub niespełnienia, nudą i frustracjami wszelkiego rodzaju. Każde z nich dąży do własnego celu nie oglądając się na nikogo. Dla Jean-Pierre’a jest to podbój seksualny, mający udowodnić mu, że jeszcze może zabłysnąć i wypełnić bolesne poczucie, że z żoną i córkami u boku coś go omija. Helena, sztywna, wyniosła i odnosząca się do świata z pogardą graniczącą momentami z mizantropią pragnęłaby tylko być ponad to wszystko i zapomnieć o paru rzeczach, które się wydarzyły. Isabela i Dominique wręcz przeciwnie, grzebią się w przeszłości w sposób metodyczny, bezlitosny i głupi, chociaż z zupełnie przeciwnych powodów. Ten drugi próbuje także zagłuszyć w sobie frustrację zawodową. Zaś Hubert, poczciwy, nieszkodliwy frajer, chociaż nieco męczący na dłuższą metę, nie oglądając się na wewnątrzstadne napięcia seksualne i frustracje rzuca się na pierwszy napotkany męski tyłek, nie pytając nawet właściciela o orientację.

Thierry Terrason, zwany JIM, ciągnie swoją opowieść niespiesznie. Przygoda czytelnika z niepospolitą bandą dupków zaczyna się wraz z wyruszeniem na oglądanie zaćmienia i meandruje przez następne cztery dni niczym wąż w trawie, skręcając się i wijąc na najbardziej zadziwiające sposoby. W pierwszej chwili sympatyczne postacie szybko i gwałtownie obnażają mielizny swych charakterów, a pozornie serie rozmów i retrospekcji wydobywają na światło dzienne coraz brzydsze grzechy wszystkich. Scenarzysta wykorzystuje każdą okazję, aby nagle obrócić sytuację, a kulminacją wspólnego prania brudów jest groteskowy seans z cyganką w restauracji, która bezlitośnie wygrzebuje, komentuje i wyszydza wszelkie możliwe brudy.

JIM portretuje w tej opowieści bohaterów smutnych, okropnych, być może po części tragicznych, ale nawet jeśli – to wyłącznie na własne życzenie. Portretuje ludzi w sile wieku, sfrustrowanych konfrontacją swoich osiągnięć z nie do końca już pamiętanymi dawnymi marzeniami i nie do końca sprecyzowanymi oczekiwaniami i pragnieniami. Każdy z nich próbuje na swój własny, mniej lub bardziej upośledzony sposób wypełnić jakąś wewnętrzną pustkę, zaleczyć jakąś ranę, ugasić jakieś pragnienie. W takich chwilach dorośli ludzie często zachowują się irracjonalnie, bijąc na oślep niszczą siebie i innych. I taka jest smutna konstatacja całej historii, z której nikt nie wychodzi bez szwanku. Nic się nie zmienia, rozlane mleko zasycha na podłodze, nawet postać Huberta, któremu pozornie coś się w tym wszystkim udało to tylko kolejna nadmuchany marzeniami i oczekiwaniami balon, który leci ku katastrofie. W dodatku kiedy czytelnik myśli, że to już wszystko, na scenę, na ostatniej stronie, wkracza jedyna być może naprawdę tragiczna postać tej absurdalnej farsy, a jej dalszy ciąg rozgrywa się już tylko w wyobraźni odbiorcy.

Małe zaćmienia

Stephane Deteindre znany lepiej jako FANE zilustrował ten zadziwiająco ciężki i trudny scenariusz zadziwiająco lekką i prostą kreską. Oprawa graficzna przywodzi na myśl bardziej zaawansowany szkic czy storyboard, niż faktyczne rysunki. Ekspresyjna, lekka, niespokojna kreska ołówka błądzi od realizmu (przy ujęciach architektury czy sprzętu) aż do karykatury (przy portretowaniu postaci). Stylem nawiązuje do dokonań włoskich rysowników związanych z Disneyem czy do bardziej aktualnych produkcji skierowanych do młodszych czytelników. Jest w tych rysunkach niepohamowana energia, niezwykła siła wyrazu, urzekająca wręcz finezja. Bardzo konserwatywne i klasyczne kadrowanie pozwala jednak rysownikowi doskonale wspomagać narrację i prowadzić uwagę czytelnika między kolejnymi krokami opowieści. Deteindre to doskonały fachowiec, nie tylko świetny rzemieślnik, ale też artysta z którego prac emanuje radość z tworzenia i niezwykła satysfakcja z możliwości przyobleczenia doskonałej opowieści w realne kształty.

„Małe zaćmienia” nie doczekały się zbyt wielu recenzji, mimo, że od ich publikacji minęło już kilka miesięcy. Trochę, jakby nie trafiły w odpowiednią niszę rynku. Być może też do czytelników młodszych nie przemówiły – bo nie potrafią oni jeszcze do końca identyfikować się z problemami bohaterów, bo rówieśników zaś nieszczęsnej bandy życiowych przegrany przemówiły zbyt ostro, uświadamiając im, że każdy ma w sobie małą wewnętrzną Isabelę lub sekretnego Jean-Pierre’a. A takie wnioski nie wzbudzą w nikim entuzjazmu.

Z pewnością jednak należy tę powieść graficzną uznać za jedną z najważniejszych pozycji, jakie w minionym roku ukazały się na polskim rynku. I chociaż mówi o sprawach prostych i o zwykłych ludziach, to nie mniej zasługuje na uznanie niż artystyczne, fantastyczne „Zagubione dziewczęta” czy opisujący sprawy równie ludzkie i równie bolesne, chociaż nieporównanie bardziej trudne „Rycerze św. Wita”.

Bartek Biedrzycki

Autor książek, komiksów, podcastów i papierowych modeli.

Może Ci się również spodoba