Haczet blogosfery

Nie wiem do końca jak zacząć ten wpis, chociażby dlatego, że nie siedzę na co dzień w środowisku tzw. „blogosfery”. O ile się orientuję, tzw. „blogosfera” nie składa się generalnie z blogów, tylko z blogów „blogerskich”. Tak to przynajmniej odbieram. Więc blog Kasi ze zdjęciami dzieci niekoniecznie robi z niej blogerkę, chociaż gdyby Kasia robiła stylizacje ciuchów, to już blogerką by była. Modową. Ja, gdybym bardziej dawał faka i pisał, jak kiedyś, 2-3-4 notki na tydzień, mógłbym z siebie robić blogera komiksowego, lub, szerzej, związanego z kulturą (w końcu filmy i książki i w ogóle). Popularni aktualnie o ile się nie mylę są też blogerzy kulinarni (jedną, świetną, znam) oraz tzw. lajfstajlowi. Oryginalną planszę Ojca Renee temu, kto mi zdefiniuje lajfstajl i o co chodzi – na mój gust to po prostu taki blog, gdzie sobie mający wyjątkowo dużo czasu człek pisze, a to o książce (niekoniecznie Pałą Koleją, nawet lepiej, żeby nie), a to o muzyce z reklamy Windows 8 (dla mnie świetna, w samochodzie szyby od niej rozmarzają szybciej), a to o swoich perypetiach na lotnisku w drodze do dużej europejskiej stolicy (wariant budżetowy – na przystanku Polskiego Busa). Ci co lepsi, tzw. „znani blogerzy” miewają też wpisy, w których oceniają np. zegarek dostany w ramach testów.

Z tym ostatnim to ja się zresztą identyfikuję i nawet to rozumiem. Wprawdzie nikt nigdy mi telefonu nie dał (i wątpię, czy ktoś w ogóle by to rozważył), ale jak przystało na branżę dostaję czasem  (średnio jeden na kwartał) egzemplarze komiksów do recenzji. Chociaż szczerze mówiąc nie dlatego, że mam tego bloga, tylko dlatego, że piszę recenzje do Kultury Liberalnej. Wydawcy naprawdę lepiej reagują, gdy mówi im się, że tekst pójdzie tam. Blog komiksowy, najbardziej nawet wpływowy (a są takie w ogóle?), mniej jakoś wzbudza entuzjazmu. To zresztą normalne – redaktorzy growi testują w ten sposób gry, itd. itp.

Co to w ogóle za przydługi wstęp? Otóż kilka dni temu wybuchła wielka chryja. Pewna tzw. znana blogerka (musi być znana, skoro nawet ja kojarzę ksywę Segritta; a ja w tzw. „blogosferze” jestem trochę obcy – zna mnie Andrzej Tucholski (no dobra, śledził kiedyś mojego twittera i kojarzy ksywę), i mam Arta Kurasińskiego [chyba mam] w znajomych na FB), wracając do tematu, pewna blogerka poskarżyła się, że zepsuł jej się aparat i zapytała, czy będąc blogerką może oczekiwać nowego. Ktoś z firmy od jej aparatu się zgłosił, że mogą naprawić, potem ją olał, potem ona wylała smuteczek na blogu. Nic wielkiego, sam szkalowałem tu swego czasu np. Superhost jako firmę o podłych usługach i nie wiem, czy za chwilę nie będę szkalował SeoPilota za nieudolność programistyczno-obsługową.

Jednak tzw. „blogosferę” jakby piorun trafił. Zacznijmy od tego, że ludzie się podzielili na dwa z grubsza obozy. Jedni, którzy twierdzą, że wpis o kurierze z nowym aparatem to autoironiczny żarcik z samodystansem, a drudzy, którzy widzą w tym jedynie żebrosmuteczek i próbę wyłudzenia. Dodatkowo obóz podzielił się w kwestii firmy od aparatów – że zła firma, zła agencja, zły pracownik, w ogóle strzelili sobie PR-owo w kolano; albo też – oesu bez jaj, agencja dała dupy, zdarza się. Ponoć na natemat jest jakiś wywiad – to dobrze pokazuje skalę powagi tego serwisu – w którym się okazuje, że wcale nie agencja, tylko jakiś znajomy skądś, ale podaję to jako uwagę na marginesie, której nie chce mi się sprawdzać, bo to nie ma znaczenia dla powodu napisania tego tekstu, którym bynajmniej nie jest ani analiza zjawiska, ani w ogóle poważne podejście do sprawy (poważnie, to ja mogę podejść do dwóch rozpikselowanych stron w komiksie porno za ponad półtorej stówy, DAFAQ, Kingpin, nie dało się dopilnować?)

Cały problem chyba, jak sądzę, rozbija się jednak o skałę podwodną, której nie widać. Kilka nawet. Na imię jej, pierwszej – czy tzw. znanym blogerom wypada żebrać o usługi i gratisy od firm? Ja myślę, że – czemu nie? Skoro firmy są chętne? Ja mam na przykład idealny układ z moim mechanikiem. Ostatnio w zamian za reklamę na lokalnym portalu wartą pewną ustaloną z góry kwotę dostałem w barterze zmianę opon na zimowe i wymianę oleju i filtra (za olej i filtr płaciłem, żeby nie było). Obydwu nam się to kalkulowało, bo wprawdzie ja nie mam kasy za reklamę, ale nie wydałem na usługę. Mechanik wprawdzie nie ma kasy za w sumie jakieś 70-80 minut jego specjalistycznej pracy, ale za to ma reklamę. Jest deal? Jest. Wszyscy zadowoleni? Owszem. No, różnica taka, że ja twarzą w twarz zaproponowałem deal, a fachowiec potem sam go podtrzymał. Nie napisałem o tym na FB. Ale to detal. Jak chcę napisać recenzję komiksu, którego nie mam (dobra, OK, powiedzmy jasno, jak chcę dostać komiks w zamian za pracę, a nie za kasę) to piszę do wydawnictwa i pytam, proponując konkretną rzecz – napisanie recenzji w konkretnym miejscu (przy czym nigdy nie obiecuję, że będzie pozytywna; ale staram się czytać rzeczy, o których domniemywam, że mi się spodobają, więc ryzyko nie jest wysokie).

Skała druga, czyli skala tąpnięcia. Ci, którzy przyznają rację Seg mówią o PR-owym błędzie. Pada pytanie, na ile, faktycznie, należy oceniać tzw. „influencerów”, o których napisał Michał Górecki. Tak, wiem, znam te korpo-bajki o ludziach, chodzących po podwórkach i podpatrujących dzieciaki. Nie, nie chodzi o pedofilów tylko o researcherów. Znane jest mi zjawisko trendsettingu, czyli odwrotna sytuacja, gdy daje się komuś (polecam książkę „Przewodnik stada”) coś, żeby zaszpanował i wszyscy chcieli. Należy jednak świadomie sobie zadać pytanie, jaką szkodę wyrządza wiekowej, ogólnoświatowej marce bloger (nawet tzw. „znany”) w zapyziałym kraiku mającym (teraz wiem, upomniany przez anonimowego trollika na Kolorowych) 38.5 mln mieszkańców. Zakładając, że bloga czyta 10.000 pojedynczych osób, z czego 1000 robi zdjęcia faktycznie, z czego 100 ma faktycznie dobre aparaty, a nie kompakty, z czego niech, no kurde, niech 50 zrezygnuje z tej marki!

Płonie Babilon! Płonie!

Dobra, OK, powyższe wyliczenia są totalnie z chuja wzięte i nieprawdziwe. Nie wiem, ile ma lajków i followersów znany bloger. Moje najlepsze audycje w K-poku nie przeskoczyły chyba tysiąca odsłuchań indywidualnych, więc co ja wiem. A co dopiero w starciu z książkami na temat, które trzeba czytać – tak twierdzi Marcin w przywoływanym wpisie i jak mantrę powtarza w komentarzach. Ja nie wiem, ciekaw tylko jestem czy te książki, to chociaż w Polsce były na polski rynek pisane? Bo jak nie, to można je sobie odpuścić. Nie mają żadnego przełożenia. Taka anegdotka na marginesie: robiłem kiedyś w firmie przygotowującej szkolenia multimedialne. Jednym z poleceń pewnego ranka było „I wyrzucić mi to zdjęcie z budowy, z robotnikami, co tam Murzyn jest! Który z was widział na polskiej budowie Murzyna?”. To tak w kwestii czytania zachodnich opracowań. Kończy się jak wprowadzanie zaprojektowanego dla przemysłowej Anglii komunizmu w rolniczej Rosji.

Skała trzecia to taka zdrowa, ludzka, jak najbardziej zrozumiała zawiść i schadenfreude. Bez tego nie ma zabawy. Każdy wie, że krytyk, dajmy na to komiksowy, to jebany frustrat, który nie ma talentu. Filmowy zresztą też. I literacki. Bloger nie tzw. „znany” (na przykład ja, Wojtek czy ktokolwiek inny) będzie zawsze blogerowi tzw. „znanemu” zazdrościł. Będzie go cholera ciskała w nocy jak Żyda po pustym sklepie (o, ładnie, nie dość, że bluzgi, to jeszcze rasistowskie powiedzenia, ale szambo). Chociażby dlatego, że jak ja napiszę na FB, że chciałbym pod choinkę encyklopedię skrzatów, to mogę liczyć najwyżej na sympatyczną zlewkę połączoną z czułym zignorowaniem (no, chyba, że Żona kupi – ale ona wie o tym ode mnie, nie z mojego FB, więc to się nie liczy). Ale podświadomie ja i pizdyliard nieznanych blogerów (w tym Kasia, wrzucająca zdjęcia dziecka) wiemy, czujemy to i to nas dobija, zabija nas, męczy – że tzw. bloger „znany” może napisać i może się tak zdarzyć, że jakaś firma mu coś da. Za, kurwa, darmo. Do testów. Na przykład ajfon. Albo naprawi mu ten zasrany aparat!

Oczywiście, jak napisał Marcin (kolejny raz) nie wszyscy są równi, bo są tacy, o których trzeba dbać, bo mogą narobić szkody PR-owej (albo korzyści) oraz tzw. głupi tłum, o który nie trzeba dbać tak bardzo, bo on takiej szkody (ani tym bardziej korzyści) nie narobi. Z całym szacunkiem, abstrahując od potencjalnej prawdziwości tych słów, wali megalomanią jak obora nawozem. Wiem, sam jestem megalomanem, wyczuwam szczura na odległość.

Pytania kontrolne po tym zgoła niepotrzebnym i jak sądzę nieco zawistnym rancie są takie:

– ile faktycznie wart jest taki bloger? (tych, którzy polecają lekturę odsyłam na bambus; własnymi słowami, proszę, całym zdaniem),

– na ile firmy w ogóle dają złamanego faka na to, co ci ludzie robią? Na ile to dawanie faka przekłada się na prawdziwe życie (znów mówimy o Polsce, Polsce, głupcy – mogę uznać, że jeżeli Krzysiek poleci na KL jakiś komiks, co ma nakład 200 sztuk i przez to 20 osób więcej go kupi – to to jest wpływ; ale jaka jest skala, gdy faszionistka poleci komuś spódnicę pewnej marki i kupi ją, a niech tam, 1000 osób? W kraju 38.5 mln, mówimy o koncernie, w którego samej jednej jedynej fabryce gdzieś na podpekińskim stepie samych pracowników poniżej 12 roku życia jest 4 razy tyle?),

– dlaczego ktokolwiek ma czuć się źle, bo chce czuć się ważny? Dlaczego nie wolno mu za to dokopać, przecież to fajne!

Reasumując, mam wrażenie, że pewnie, gdybym zagłębiał się dalej w blogosferę (ale się nie zagłębiam i zagłębiał nie będę, bo mnie zniechęcił głąb, który najpierw poprosił na grupie na FB o krytyczną i ostrą ocenę swojego bloga, a jak wytknąłem mu podstawowe błędy to strzelił focha, powiedział, że się nie znam, czepiam, że lepiej, żebym się nie odzywał, jak mam krytykować i dalej cały ten cyrk przedszkolny o rozjebane babki w piaskownicy – następnego wieczora odsubskrybowałem grupę i olałem dalsze macanie „środowiska” – w końcu i tak nie do końca spełniam standard bycia „blogerem”); cholerne dygresje, wracając do sedna, pewnie, gdyby znał blogosferę lepiej, to oceniłbym ją dokładnie. A tak, piramidka środowisk, w których się zahaczam.

Komiksowo, jako środowisko duże, pewnie z 10.000 aktywnych członków, pewnie ok. 2.000 aktywnych biustów + do tego jego spaślak w uszkach i rękawiczkach kotka, z czego jakieś 20% to twórcy, wydawcy, redaktorzy i „publicyści” dzieli się na fanów trykotów, hejterów trykotów, tęskniących za zeszytówką, wiecznych malkontentów, tępych chamów hamujących każdą inicjatywę, hejterów tazosów, kinderfanki pseudogejowskich opowiadań o wampirach-lokajach, hejterów komiksu niemego, jednego twórcę komisu niemego, nienawidzących głupich publicystów twórców, fanów Thorgala, redaktorów Kolorowych Zeszytów, wielokrotnej osobowości trolla internetowego i na czytelników mających to w dupie.

Środowisko podcastowe, które kopałem trochę po kostkach w K-poku dzieli się na ludzi przekonanych, że ktoś nastaje na audycję Podcastofon, ludzi, którzy rzekomo nastają na audycję Podcastofon, ludzi, którzy mają to tak głęboko w dupie (to, czyli ten spór), że uwiera ich to w przeponę oraz całą resztę, która nie czyta ani żadnego z trzech (chyba dwóch, nie wiem) martwych od miesięcy for, ani rachitycznej grupy na FB i przez to nie ma o niczym pojęcia.

Blogosfera dzieli się, wg mojej obecnej wiedzy, na blogerów i casuali, którzy po prostu mają bloga. To technicznie. Oraz na tych, co się zgadzają, na tych, co się nie zgadzają, oraz na tych, którzy nie bardzo wiedzą, że cokolwiek się dzieje, bo wszystkie te afery obejmują zbyt hermetyczny krąg. To merytorycznie, że tak ujmę.

I w ten sposób prosty, używając najprymitywniejszej socjotechniki mam zamiar podnieść sobie chwilowo ilość odwiedzin na blogu, bo tak naprawdę cały ten temat nie jest aż tak fascynujący, ale nie chce mi się teraz siadać do nagrywania podcastu o DRK, o co naciska mnie od miesięcy dosłownie jeden słuchacz. Kamilu! Cierpliwości!

 

Bartek Biedrzycki

Autor książek, komiksów, podcastów i papierowych modeli.

Może Ci się również spodoba