Przygody Jonki, Jonka i Kleksa

Szarlota Pawel ma miejsce na piedestale „starych mistrzów” równie poczesne co Polch, Rosiński, czy Christa. Zresztą dla mnie jest to ten sam okres i typ twórczości co właśnie Tytus czy Kajko i Kokosz – bo czytałem te komiksy przez całe lata 80-te. Trudno jest mi ocenić, czy pierwszym był dla mnie Kleks, czy Kubuś Piekielny – możliwe, że pojawili się jednocześnie. Jak zwykle w moim wypadku siłą nabywczą była moja matka, która wyposażyła mnie nie tylko w ówczesne wydanie dopiero co wznowionego zeszytu „Niech żyje fantazja”, ale też w inne, nieśmiertelne klasyki, jak „Zamach na Milusia” czy w późniejszych latach „Walka o planetę”.

Pawel całą swoją twórczością udowadnia, że kobiety w Polsce komiks robić mogą i że mogą to robić dobrze. W dodatku, co stwierdzam z ogromną przyjemnością, jej twórczość, humorystyczna, lekka, ale niepozbawiona polotu, doskonale znosi próbę czasu. Tak przynajmniej rzecz ma się z Kleksem – bo Kubuś Piekielny, aczkolwiek nadal śmieszny, wszedł już w tę sentymentalno-wspominkową strefę mroku, której moje dzieciaki nie ogarniają w pełni. W końcu trzeba było żyć w wielkiej płycie w okresie Gierka, żeby pewne żarty załapać.

Tymczasem perypetie atramentowego ducha, rudej pieguski i jej nieco fajtłapowatego imiennika mają się świetnie. Nadal bawią niewymuszonym, niepretensjonalnym humorem, który w czasach, gdy dzieciakom serwuje się żarty o pierdzeniu i pogwałconą ortografię tym bardziej się docenia. Niezwykłe, baśniowe perypetie trójki nadal są tak samo aktualne i tak samo rozbrajające – w tym chyba tkwi ich siła, w tej ponadczasowości. W końcu, gdy czytam o przygodach na wyspie uśmiechu, albo kolejny raz zaśmiewam się ze Szwajcarii Kaszubskiej, to nie różni się to w sumie zbytnio od rozentuzjazmowanych opowieści, sprzedawanych półgłosem lalkom, kucykom i misiowi w pokoju dziecięcym w moim domu. I tu i tam niczym nieograniczona, wręcz nieświadoma jakichkolwiek limitów wyobraźnia dziecka ponosi w zupełnie niesamowite, odległe krainy, tworząc absurdalne historie. I tak samo, jak z zapartym tchem czytałem awanturnicze „Złoto Alaski” czy kryminalno-sensacyjną wręcz fabułę (także dopiero co wznowionego) „Pióro contra flamaster” mając lat 10, tak samo dobrze czyta mi się je teraz, ćwierć wieku później. Myślę też, że te historie, dzięki nieobciążeniu balastem zbyt dużych odniesień do ówczesnej rzeczywistości, „wejdą” równie dobrze kolejnemu pokoleniu.

Trzeba też przyznać szczerze, że również od strony graficznej prace Szarloty Pawel nadal się bronią, mimo, że mija trzecia dekada od ich powstania. Autorka posługuje się rasowym cartoonem, jakbyśmy to teraz określili a ten, jeżeli jest zrobiony dobrze, to po prostu się nie starzeje i nie dewaluuje. Tym bardziej, że mimo prostoty, rysunki jednak stoją na bardzo dobrym poziomie – są czytelne, komunikatywne, doskonale ilustrują i uzupełniają narrację, jako nośnik – sprawdzają się bezbłędnie. Oczywiście, pozostaje kwestia gustu, ale chociażby Piotrek Nowacki udowadnia, że jest zapotrzebowanie i jest odbiorca nastawiony na taki styl.

Reedycje Szarloty Pawel, chociaż długo odwlekane, trafiły na dobry czas. Pokolenie pierwotnych czytelników dorosło i wychowuje kolejnych fanów komiksu w Polsce. Doskonale, że będzie im co podsunąć, bo na tak dziwnym rynku jak nasz nie jest to wcale zadanie ani oczywiste, ani proste. Nie wszystkie klasyki wytrzymały próbę czasu – wątpię, czy Bruno, (na razie zafascynowany jedynie resorakiem-batmobilem, ale to dobry początek) będzie w stanie przebrnąć przez lemowską już niemal pod względem technologii i opowieści „Ekspedycję”; nie jestem pewien, czy Zuza, czytając przygody szympansa, którego desperacko próbuje uczłowieczyć dwójka harcerzy śmiać się będzie tak często, jak ja. Natomiast przygody Jonki, Jonka i Kleksa – te komiksy raczej nie będą wymagały zachęty, tłumaczenia i objaśniania.

To, że do Chmielewskiego, Christy i innych „dawnych mistrzów” dołącza teraz Pawel, to wydarzenie bardzo ważne. Chociażby dlatego, że po kolejnej przeprowadzce wszystkie moje „Kleksy” gdzieś wessało i już nigdy ich w żadnym z pudeł nie odnalazłem. A teraz, na przyzwoitym papierze i z wreszcie dobrze nałożonymi kolorami, w dodatku za naprawdę przystępną cenę wskakują mi na listę zakupów. I tak, jak miewam poważne wątpliwości co do polityki wydawniczej Egmontu, tak tym razem mówię głośno i wyraźnie – panie Tomku, świetna robota!

Bartek Biedrzycki

Autor książek, komiksów, podcastów i papierowych modeli.

Może Ci się również spodoba