101. Czemu nie lubię ludzi

Jestem furiatem, ale spokojnym. Klnę, krzyczę, wrzucam ludziom, bluzgam w normalnych rozmowach, ale jednak staram się podchodzić do spraw z dystansem. Czasem jednak trafia się takie buractwo, że czuję potrzebę trochę żółci upuścić, bo aż głupio. Przytrafiły mi się w ostatnich tygodniach dwie takie rzeczy, dwa takie zjawiska, które mnie zirytowały do tego stopnia, że mi się ulało. Dziś będzie o Batmanie. No, między innymi.

Napisał do mnie ostatnio jeden redaktor. Mniejsza o to, który. Jestem przekonany, że ego nie pozwoli mu zmilczeć w komentarzach i sam się zdemaskuje.

Chciał zrobić mi przysługę, ze względu na naszą podupadającą skądinąd znajomość, więc zaproponował, żebym za darmo napisał mu artykuł. O Batmanie. Z okresu ostatnich 15 lat. Odpisałem, że mogę mu co najwyżej napisać coś o Batmanie sprzed 15 lat. Nowego nie czytam, a staram się unikać sytuacji, w której piszę o czymś, na czym się nie znam. Można łatwo się ośmieszyć. Zaproponowałem, że napiszę o linii wydawniczej „Elseworlds”. Zastrzegłem też, że jestem wstrętną dziwką jeśli chodzi o redakcję na poziomie drugiej klasy liceum na lekcji polskiego i podałem,  w jakim formacie autoryzuję teksty.

Redaktor był zainteresowany, postawił jednak warunek, że do tekstu o linii „Elseworlds” muszę włączyć pewien komiks, wydany kilka lat po zamknięciu tej linii. Kluczowy. Niezbędny. Jak się potem okazało, kto go nie czytał, ten jest upośledzony. Jak widać, już na tym etapie nie rozumiał dwóch rzeczy – mojej propozycji oraz tego, że jeśli prosi mnie, abym coś dla niego zrobił, to należy zachować pewien poziom.Odmówiłem, bo jestem spłukany i nie będę kupował komiksu po to, żeby komuś wyświadczyć przysługę i za darmo napisać artykuł.

Redaktor więc obraził się nieco i jeszcze trochę mnie poobrażał, stwierdzając m.in. kuriozalnie, że nie lubię strony internetowej, na której on pisze i nie chcę mu powiedzieć, co robi źle, żeby musiał „egzystować na moim poziomie”. Nie wiem, czy nie lubię tej strony i jej redakcji, bo nie czytam ich tekstów. Czytywałem, czasem, ale z różnych względów przestałem, można więc zaryzykować stwierdzenie, że nie tyle nawet mam  dupie redakcję i jej członków, co poza wspomnianym redaktorem nie wiem nawet, kto tam w ogóle teraz pisze. Aczkolwiek było to raczej śmieszne, niż tak na serio obraźliwe, bo trudno to potraktować poważnie.

Rozczuliło mnie natomiast stwierdzenie o egzystowaniu na moim poziomie. Z dalszej rozmowy wynikło bowiem, że profesjonaliści piszą teksty za kasę. Do dużych portali mainstreamowych. Zrobiło mi się trochę wesoło, ale co było robić? Problem w tym, że ja zarabiam na życie pracując dla TVP, TVN, Canal+ i całego szeregu stacji specjalistycznych, pracuję przy programach telewizyjnych kręconych w Polsce i Ameryce Południowej, dla Polaków, Ukraińców, Czechów, Niemców. Zarabiam na życie zapewniając obsługę informatyczną tego wszystkiego, projektując oprogramowanie i robiąc inne rzeczy.

Zupełnie za darmo piszę o komiksach do tygodnika, którego każdy numer ma kilkanaście tysięcy czytelników. Za darmo to robię, nie dlatego, że nie jestem profesjonalistą – po prostu lubię to robić. Dla mnie profesjonalizm polega na napisaniu rzetelnego tekstu o czymś, na czym się znam, w sposób zgodny ze sztuką, w formie przystępnej dla czytelnika – słowem, stworzeniu czegoś, czego istnienie ma sens.

I patrząc na to, w jaki sposób wyglądała nasza rozmowa, to kolega redaktor, choćby płacili mu krocie, profesjonalnym redaktorem nie jest i mieć szansy nigdy nie będzie, bo nie zrozumiał faktu, że. jak się prosi kogoś o pracę za darmo i nie odpowiada ci jego oferta, to się dziękuje, a nie obraża człowieka i strzela focha, że nie chciał poświęcać po nic zasobów. Serio, publikacja w branżowym periodyku, nawet, jeśli jedyny na rynku, nie jest czymś nobilitującym – chyba, że dla niespełnionych akademików, sadzących naukowe teksty na sympozjum szkrzypczykologii. Dużo bardziej prestiżowy był dla mnie publicystyczny debiut w kwartalniku dla bibliotekarzy, który zaliczyłem jeszcze w liceum. Też mi nie zapłacili, ale: a) byli mili, b) nie wydawało im się, że robią mi przysługę i nie wozili się, jakby byli lepsi, c) służyli radą i PO OTRZYMANIU TEKSTU zgłosili kilka uwag, co do treści i stylu.

Co do profesjonalizmu tekstów kolegi redaktora, nie wypowiem się, bo nie czytam – denerwował mnie wspomniany, nadęty styl.

Oczywiście, czym innym byłoby, gdyby ktoś do mnie napisał, że daje mi szmal i chce „to, to i to”. Tak było, gdy robiłem komiks o Skórzewskim. Dostałem kasę i konkretne wytyczne. Scenariusz zatwierdzała dyrektorka KDK, a ostateczną wersję komiksu błogosławił burmistrz. Wszyscy oni mieli prawo mieć swoje uwagi i nawet oczekiwania czy żądania bo a) wynajęli mnie do pracy, a nie chcieli, żebym poświęcał swój czas, za darmo oddając im przysługę, b) mieli (niektórzy tylko do momentu wypłaty, ale OK) pewną klasę, zresztą nie oczekiwałem dodatku za znoszenie nastrojów klienta, tylko za napisanie scenariusza. Klienta, zaznaczam, a nie znajomego, któremu wyświadczam przysługę, zapełniając mu z mojej własnej pasji tekstem numer, który mu zlecono. Być może on też robił to tylko z pasji, nie zapytałem. Chociaż uważa się za profesjonalistę, więc pewnie wziął za to kasę, w końcu po tym się poznaje profesjonalistę, że nie pracuje za darmo. Na marginesie notka – ja wziąłbym do takiego projektu profesjonalistów, czemu on zaproponował to dyletantom?

Generalnie podsumowując – nie napiszę o „Elseworlds” do jedynego branżowego periodyku publicystycznego w naszej niszy. Jeżeli naczelny pisma nie interesuje się tym, co robi redaktor numeru, to pewnie nie będę sam – chociaż różnie bywa, dla niektórych to może być nobilitacja. No i starają się przynajmniej dać egzemplarz autorski. Ja napiszę chyba nieprofesjonalny tekst do mainstreamowego tygodnika. Nie napiszę jednak o tym superważnym komiksie, który jest tak kluczowy dla zamkniętej wiele lat temu linii z prostej przyczyny – bo on do niej nie należy, a ja nie mam kasy, żeby się z nim zapoznać; kraść natomiast (i czytać skanów) nie lubię.

Dodam jedynie, że autorowi artykułu w Fakcie, o panu, który już nie trzyma kredensu – też płacą. Jest to profesjonalista pełną gębą.

Bartek Biedrzycki

Autor książek, komiksów, podcastów i papierowych modeli.

Może Ci się również spodoba