99. Byliśmy mangowcami

Wielu z nas, w każdym razie. Wielu nadal czyta mangę, ale już mangowcem się nazwać raczej nie pozwoli.

Zastanawiałem się nad tym ostatnio, no, parę tygodni temu powiedzmy, kiedy po kolejnym uroczym artykule na acepie (kocham ten licealny styl rozprawki, dowodzący buńczucznych tez przeciw światu), wywiązała się dyskusja, głównie między Radkiem z Hanami a mną, o fandom „z tamtych lat”.

Współczesny „mangowiec” to (chyba) nastolatek, płci męskiej, żeńskiej lub nieokreślonej, chudy lub tłusty, z wąsami a’la Małysz, bądź artystycznie nigdy nie golony (to w przypadku męskiej), bądź dziwny ping-pong między grandżuwą w bundeswerce a porcelanową laleczką w błękitnej sukience (wersja żeńska), czy też miks tych dwóch stylów (wersja unisex). W wersja atomowej jest to spasiony knur z uszkami i rękawiczkami w kształcie łap kota udający zachowaniem ośmiolatkę.

Przeciętny mangowiec czyta 176-tomową sagę o skrzywdzonych przez fryzjera-transwestytę grupach dzieci, które w świecie pozbawionym ekonomii, cywilizacji, elektryczności i sensu wędrują po rozległych połaciach, aby lać się z analogicznymi grupami z innej części kontynentu (wersja raczej męska), lub obyczajową opowieść o bogatym wampirze-pedrylu, który zapina swojego lokaja, który też jest wampirem-pedrylem i pracuje w ministerstwie d/s zabijania wampirów jako zabójca wampirów (lokaj, nie bogacz) – to wersja raczej dla dziewcząt.

Niezależnie od powyższych co drugi osobnik podejmuje próby rysowania, z czego co drugi promil faktycznie rokuje. 3 na 4 osoby deklarują fascynację „kulturą japońską” (w 4 na5 przypadków oznacza to regularne czytanie 4chana). 1 na 5 uczy się japońskiego dłużej niż przez jeden semestr w szkole językowej.

Kilkanaście razy do roku mangowce organizują konwenty, nazywane zwykla mangakon, nipponkon, nekokon, końkon lub podobnie. Połowa z nich zostaje odwołana przez lokalne kółko różańcowe, co owocuje wysypem licealnych rozprawek na acepie, walczących z systemem (prawie jak punkowcy), mniej więcej 1/3 nie dochodzi do skutku, bo organizatorzy orientują się dzień przed konwentem, że wypadałoby mieć przynajmniej lokal, oprócz tego projektu plakatu. Na reszcie natomiast wygląda to tak, jak na festiwalach komiksowych, tylko wszyscy piszczą i nikt nie kupuje mang, bo mangi i tak czyta się w skanlacjach, a poza tym po zapłaceniu 10 złotych za wjazd każdego stać najwyżej na siedemnastą przypinkę z norauto albo inną ofiarą mody fryzjerskiej z roku 1984 noszoną dumnie na torbie z Sailor Moon.

Być może przesadzam, bo ostatni konwent stricte mangowy na jakim byłem, odbył się w 1997 roku (plus-minus rok w tę lub wewtę) i jakoś tak około 1998 porzuciłem fandom na stałe, odnawiając po latach pojedyncze znajomości. Mam wrażenie, że po prostu my, obecnie, kierownicy w korporacjach, właściciele własnych firm, tryby w maszynach ekonomii, matki i ojcowie córek i synów o imionach niecodziennych, ale stanowczo europejskich – po prostu nie mielibyśmy już wspólnego języka z tą z natury obcą rodzajowi ludzkiemu bandą, jaką są nastolatki, tworzące trzon aktywnego fandomu mangowego.

Ze swojej istoty nastawieni na konfrontację, wyalienowani społecznie i towarzysko, dokonujący nerwowych poszukiwań celu na przyszłość w okresie, w którym człowiek po prostu nie powinien takich wyborów dokonywać, w dodatku interesujący się nie dość, że komiksem, to jeszcze komiksem specyficznym, osadzonym w kulturze nam z gruntu obcej i nieznanej – dwie dekady temu musieliśmy chyba być dla nam współczesnych takimi samymi Gagarinami, jak mangowcy teraz dla mnie. Ale jednak, chociaż każdy z nas mógłby się jakoś odnieść do tego środowiska, to, jak sądzę, nie zaryzykowalibyśmy ponownego bliskiego kontaktu z masą.

Byliśmy mangowcami. Teraz już tylko czytujemy „Pluto”. Chwała bogom.

Bartek Biedrzycki

Autor książek, komiksów, podcastów i papierowych modeli.

Może Ci się również spodoba