97. Wozić dupę się zachciało

Jeździmy samochodem. To wygodne, jak się ma dwójkę dzieci i trzeba jechać do supermarketu po jedzenie, a połączenia ZTM opiewają na godzinę jazdy z przesiadkami. Czasem jednak opadają mi ręce.

Piątek, popołudnie, wychodzę z pracy, upał. Wiadomo. Odpalam samochód, radio, klimatyzację. Klimatyzacja nie działa.

To nie tak, że nie mogę otworzyć okna. Całe dzieciństwo jeździliśmy samochodami bez klimy (i bez fotelików, leżąc na tylnej kanapie) i zdychaliśmy od upału, ale dawaliśmy radę. Mnie zresztą w sumie nie robi aż takiej różnicy – jedynie to, że przy otwartym oknie muszę głośniej mieć radio, bo hałas większy.

Niestety, moje dzieci nie jeździły całe dzieciństwo bez klimy i zaczynają wejście do samochodu odpowiednio od „O rany, jak gorąco!” (starsza mówiąca) oraz „Fffff! Ffffff!” co oznacza dmuchanie zimnego powietrza (młodszy, niemówiący).

Jest piątek, w środę wyjeżdżam po Żonę i dzieci dobre ponad 200 kilometrów. Do tej chwili klima musi działać, inaczej skończy się katastrofą. Dzwonię do fachowca, który raz już mi to naprawiał i umawiam się na sobotę.

Sobota. Podjeżdżam do sąsiedniego miasta (jakieś 20 kilometrów w poprzek mapy). Samochód na stację diagnostyczną, czujniki, próbniki, sprawdzanie.

„Jak dla mnie to sterownik, to pan z tym do elektryka musi jechać, my tego dziś nie damy rady zrobić. Chyba, że umówić pana mogę na czwartek”.

„Na czwartek, to ja nie mogę.”

Poniedziałek, 8:00 rano, warsztat w sąsiedniej dzielnicy. Zostawiam samochód. Jadę do pracy autobusem, pierwszy raz od kilku miesięcy. Są wakacje, więc nie ma horroru, jedynie bilety w jakichś zawrotnych cenach. Dobrze, że mam bezpośredni autobus i przystanek pod pracą. Po południu telefon.

„Wiesz co, sprawdziliśmy ten sterownik, wszystko działa, generalnie odpala, komputer raportuje, po resecie wszystko jest OK, nie zaskakuje za to sprężarka, ale my tu takich rzeczy nie robimy, nie znamy się i nie mamy narzędzi.”

Klnę już teraz na głos. Dzwonię do pierwszego warsztatu. Wypadł jeden klient z kolejki, mogę podjechać, zostawić rano furę.

7:40 w obcym mieście, samochód zostaje. 7:55, przystanek ZTM. 8:55 przesiadka w samym środku dupy. 9:30 wysiadam niedaleko pracy. Majątek w biletach.

Po południu telefon „Zrobiliśmy, cewka sprężarki, 250 zł”. Jadę autobusem półtorej godziny do miejscowości odległej o 20 kilometrów. Po drodze oglądam lotnisko, IKEA w Jankach i Centrum Mody w środku niczego. Majątek na bilety. Odbieram samochód, płacę, jadę do domu.

Klima działa.

Środa, biorę pół dnia urlopu i wyjeżdżam z Warszawy. W trasie postanawiam przemyć zakurzoną szybę.

Nie działają wycieraczki.

PS. Ostatecznie w piątek rano elektryk w pobliskim warsztacie wymienia mi spalony bezpiecznik i wszystko działa, podróż powrotna w niedzielę przebiega bez zakłóceń. Ja jednak zaczynam odczuwać nienawiść do swojego samochodu. On chyba to wyczuwa, bo chwilowo wszystko nadal działa bez zarzutu.

Bartek Biedrzycki

Autor książek, komiksów, podcastów i papierowych modeli.

Może Ci się również spodoba

  • Mechanik bez elektryka oraz elektryk bez mechanika tak mnie wkurzyli że  kupilem sobie interfejs do komputera pokładowego. Odpada część zabaw „a to ja nie wiem to trzeba by jechać  sprawdzić”. Choc widze lekki wkurw czasami jak wyciagam lapka (w sumie jedyne do czego go używam) i pokazuje diagnostyke. Choć z drugiej strony jeżdzę jeszcze samochodem gdzie jest więcej mechaniki niż układów scalonych. 
    I wycieraczki sam mogłem sobie wymienić. 

  • Ambrose

    Ja póki co preferuję rower i na szczęście nie mam jeszcze problemów ze złośliwością ze strony pojazdu czterokołowego. Ale czuję, że chwila, kiedy wejdę w posiadanie owego cudu techniki zbliża się nieuchronnie, a wtedy równowaga mojego prywatnego Wszechświata z pewnością zostanie naruszona.

    •  Jakkolwiek młody w foteliku rowerowym jeździ, a młoda jeździ już sama, to toreb z zakupami nie mam gdzie wrzucić. Ani nad morze na rowerach nie pojedziemy; jesteśmy więc niejako skazani na samochód.