5555: Odyseja muzyczna

Tekstu można także wysłuchać w podcascie K-pok.

Filmy ilustracyjne do muzyki nie są niczym specjalnie nowym ani zaskakującym. Albumy koncepcyjne również. A jednak nawet w tym segmencie zdarzają się dzieła, które zwracają na siebie uwagę. Jednym z nich, bez wątpienia, jest pełnometrażowa animacja fabularna „Interstella 5555: the 5story of the 5ecret 5tar 5ystem”.

インターステラ5555 (Intāsutera Fō Faibu) to pełnometrażowe anime, zilustrowane muzyką z albumu „Discovery” francuskiego duetu Daft Punk. Grupa ta zaistniała mocno we francuskim odłamie nurtu funk na początku lat 90. Ubiegłego wieku. Mimo, że pierwsze próby jej twórców nie spotkały się z pozytywnym odbiorem krytyki (nazwa zespołu pochodzi z pogardliwej wypowiedzi jednego z krytyków muzycznych pod adresem wczesnych dokonań muzyków), szybko jednak wdarli się na listy i zyskali dużą popularność wśród słuchaczy, a następnie odrobili straty wśród krytyki.

Album „Discovery” powstał w ostatnich latach XX. wieku, a jego premiera miała miejsce w 2001 roku. Brzmienia utworów ciążyły bardziej niż poprzednie dokonania grupy w kierunku synthopopu, odchodząc od dotychczasowej linii muzyczne ugruntowanej poprzednim „Homework” i zaskakując fanów. Dwa lata później wypuszczony został film „Interstella 5555” który jest animowaną ilustracją albumu.

Do pracy nad produkcją francuski duet w osobach de Homem-Christo i Bangaltera zaprosił legendę japońskiego animę, Leijiego matsumoto, twórcę takich dzieł jak „Space battleship Yamato”, „Galaxy Express 999” czy „Space Pirate Captain Harlock”, żeby wymienić tylko te najbardziej znane widzom zachodnim. Muzycy zgłosili się do niego z gotowym scenariuszem, którym miał być ilustrowany utworami z „Discovery”. Jak sami przyznali wielokrotnie w wywiadach, zarówno oś fabularna, jak i niektóre rozwiązania inspirowane były ich własnymi fascynacjami filmowymi z lat młodości, wśród których dzieła Matsumoto odegrały niemałą rolę.

Główną osią fabularna jest porwanie grupy muzyków z obcej planety przez kierowaną przez złowieszczego lorda organizację z Ziemi. Muzycy zostają poddani praniu mózgu, kasowaniu pamięci i daleko idącej stylizacji i modyfikacji, pozwalającej zaprezentować ich odbiorcom na Ziemi, gdzie z miejsca stają się gwiazdą. Ukoronowaniem tej błyskawicznej kariery jest złota płyta, w walce o którą pokonują nawet francuski duet Daft Punk – autorzy nie mogli odmówić sobie tego przesympatycznego, branżowego cameo we własnym filmie. Jednocześnie na ratunek porwanym rusza ich krajan, kosmonauta i komandos stacjonujący na orbicie ich własnej planety.

Pod względem scenariuszowym „Interstella 5555” najbliższy jest duchem właśnie japońskiemu kinu s-f z okresu lat 70. ubiegłego stulecia. Oprócz wymienionych produkcji Leijiego na myśl przychodzą niemal automatycznie filmy ze Studia Nue Haruki Takachiho, takie jak „Fighter Warrior Daimos” (znany polskim widzom z serialu emitowanego przez Polonię 1 w pierwszej połowie lat 90. czy serie mangowe takie jak „Area 88”, a kombinezon Shepa wszystkim trzydziestoparolatkom po prostu musi skojarzyć się ze strojami bohaterów serialu „Załoga G”. Chociaż widać też nawiązania współcześniejsze, jak chociażby do sekwencji budowy cyborga ze słynnego cyberpunkowego arcydzieła „Ghost in the shell” w scenie adaptacji członków zespołu do ziemskich warunków.

Pod względem oprawy graficznej francusko-japońska produkcja również odwołuje się do wzorców i stylistyki z przywołanego okresu. Film narysowany jest delikatną, kunsztowną kreską kojarzącą się z nurtem shojo i dokonaniami Takachiho, Matsumoto ale i późniejszymi, takimi jak prace grupy Clamp. Mimo pozornej prostoty, właściwej japońskim animacjom ubiegłego wieku, tworzonym dzięki katorżniczej pracy tradycyjnych animatorów, dzięki wykorzystaniu gamy stylów i tricków właściwych japońskiej kinematografii animowanej udało się twórcom uzyskać niezwykle plastyczny, pociągający i satysfaktonujący w warstwie wizualnej produkt, stający odważnie w szranki z klasyką filmu animowanego ze wszystkich zakątków globu. I chociaż przyjęta stylistyka nie każdemu odbiorcy może pasować, bez wątpienia należy tę animację uznać za jedno z ciekawszych dokonań i swoisty hołd dla „starej szkoły” wyrażony współcześnie.

Ze względu na kontaminację wątków fabularnych i warstwy graficznej filmu przez kulturę zachodnią, filtrowaną tłem popkulturowym tłem i pochodzeniem muzyków z Daft Punk, udało się uzyskać hybrydę otwartą na odbiorcę zachodniego, rozhermetyzować trudne obecnie i czasem nieprzystępne dzieła japońskiego oldschoolu, czyniąc je bardziej atrakcyjnymi dla odbiorcy współczesnego, wychowanego na teledyskach Vivy i MTV.

Sam film trudno scharakteryzować jednym słowem. Można by pokusić się o określenie „musical”, lecz nie ma on tak znów wiele wspólnego z najpopularniejszymi dokonaniami tego nurtu jak „Grease” czy „Hair”, chociaż odwołuje się do podobnych wartości – przyjaźni, miłości, poświęcenia, walki z systemem opresyjnym. Sięga także do najbardziej klasycznych motywów kina science-fiction, jak obce kultury z innych planet, podróże międzygwiezdne, plany dominacji nad światem czy ikoniczna, archetypiczna postać bohaterskiego kosmonauty, samotnego wojownika o wartości najwyższe oraz motyw najwyższego poświecenia dla ocalenia innych.

Pod tym względem trzeba z całym szacunkiem stwierdzić, że w obszarze tworzenia nowej jakości ze starych wątków Francuzi dorównują Varleyowi, niezaprzeczalnemu mistrzowi nowatorskiego pisania o sprawach wyeksploatowanych, czy braciom Wachowskim – niedoścignionemu wzorowi w tworzeniu nowej jakości z i istniejących amalgamatów popkulturowych.

Forma filmy nie ogranicza się jednak do zaprezentowania fabuły przerywanej piosenkami. Film sam w sobie jest jednym wielkim wielokrotnym teledyskiem. W zasadzie prócz momentu, w którym Ocatve, klawiszowiec grupy Crescendolls śpiewa największy przebój obu planet „One more time” oraz chwili, gdy kosmonauta Shep śpiewa jeden z przebojów grupy śniąc na jawie o pięknej gitarzystce – w filmie nie pada ani jedno słowo. Pozbawiony dialogów niczym pierwsze, nieme produkcje, „Interstella 5555” prowadzi widza wyłącznie obrazem, na wzór najlepszych dokonań niemego komiksu nić fabularna rozwija się przed oczami odbiorcy, ilustrowana nieprzerwanie kolejnymi utworami z płyty „Discovery” nadającymi poszczególnym scenom klimat napięcia, grozy, radości czy patosu.

Film ten, pod wieloma względami jest filmem niezwykłym. W żadnym wypadku, podobnie jak przywołany „Matrix”, nie może być uznany za nowatorski jeśli rozłożymy go na poszczególne czynniki czy segmenty, jednak jako całość prezentuje się wybornie. Jest mostem, przerzuconym między klasycznym kinem s-f, a telewizyjnym teledyskiem, między musicalem, a kinem akcji, między hardcore’ową szkołą japońskiej animacji, a zupełnie odmienną europejską wrażliwością, między tradycyjną w duchu fabułą, a współczesnymi trickami kinematograficznymi, mającymi przyciągnąć widza dodatkową atrakcyjną wartością dzieła.

Z pewnością jest to film, który może zrazić co siebie bardziej tradycyjnego odbiorcę, ale trudno nawet wyliczyć potencjalny target, dla którego mógłby być interesujący ten niezwykły, godzinny, fabularny teledysk-anime, odwołujący się do tego, co w życiu jest wartością największą, bo najprostszą, a w dodatku zilustrowany świetną, chociaż z gruntu popularną muzyką.

Z pewnością o jego sile świadczyć może doskonałe przyjęcie przez widzów jak i przez światową krytykę. Każdy, kto lubi japońskie anime, kino fantastyczne, filmy akcji i muzykę prostą, lecz dobrą – musi „Interstella 5555” obejrzeć.

 

Bartek Biedrzycki

Autor książek, komiksów, podcastów i papierowych modeli.

Może Ci się również spodoba