Runęły mury Jerycha

Tekst pierwotnie ukazał się w portalu Komiksomania

W polskim środowisku komiksowym zdaje się być żywe przekonanie, że czasy świetności regularnych serii zeszytowych mogą i powinny wrócić. I za nic mają katastrofy Mandragory i Dobrego Komiksu autorzy prostej recepty, że „komiks musi być tani i regularny”, proponujący kuriozalne internetowe akcje, które same zdychają po paru tygodniach.

Prawdą jednak jest, że miejsce na tzw. „zeszytówki” na rynku się znalazło. Nieźle radzi sobie, sądząc z rozwoju sytuacji, Kuba Martewicz ze swoim „Henrykiem Kaydanem”, przygotowuje się do nalotu nowy polski superbohater – Biały Orzeł. A jednak najgłośniejszą serią tego segmentu w ostatnich latach, bez wątpienia był „Konstrukt” Jakuba Kiyuca. „Był”, bo autor ogłosił, że seria, której pierwsze zapowiedzi pojawiły się w drugiej połowie 2010 roku, po publikacji 4 numerów przestaje być komiksem zeszytowym, kolportowanym masowo i trafia do dystrybucji elektronicznej.

Seria to głośna, a złożyło się na to kilka powodów. Na pewno próba wejścia na rynek masowy, próba, dodajmy, wejścia w rolę produktu masowego z produktem kompletnie niszowym. Do tego dość specyficzna akcja promocyjna i duży szum medialny, a także kilka innych, dużo mniej interesujących spraw, jak straszliwe opóźnienia w cyklu wydawniczym. Ostatecznie produkt okazał się nie być w najmniejszym stopniu mainstreamowy; promocja, mimo kłótni ze strony autora nie wyszła poza środowiskowe „lajkowanie” na profilu FB, reszta zaś to były już tylko detale.

O „Konstrukcie” rozmawiają Maciej Pałka – twórca komiksowy, od początku kibicujący serii i Bartek Biedrzycki – komiksowy wydawca, od początku antyfan.

Rys. Maciej Pałka

BB: Przyznam szczerze, „Konstrukt”, czego nigdy nie ukrywałem, od samego początku denerwował mnie swoim „marketingiem”. Autor rozpisywał się długo i namiętnie o produktach dodatkowych, takich jak tazosy (potem także gra planszowa i inne gadżety), a sporo czasu minęło, zanim w ogóle poszła jakaś informacja o samym komiksie.

MP: Przyznam szczerze, od samego początku, czego nigdy nie ukrywałem, irytowało mnie to, że bezpodstawnie denerwowałeś się marketingiem „Konstruktu”. Musimy bowiem zacząć od kontekstu naszej rozmowy: Ty występowałeś od samego początku jako zdecydowany krytyk (moim zdaniem hejter) inicjatywy „Konstruktu” a ja znajdowałem się po stronie entuzjastów, których można było zakwalifikować do „inżynierów rzeczywistości”. Uważam, zresztą że to nie tazosy i inżynieria przyczyniły się do porażki projektu a wręcz przeciwnie, promocji (jakiejkolwiek) było po prostu za mało.

BB: Skłamałbym, gdybym się nie zgodził. Po prostu lubię, jak produkt dodatkowy towarzyszy produktowi podstawowemu. W tym wypadku niestety było odwrotnie – komiks, o czym mieliśmy się okazję przekonać przez kolejny rok, był w tym wszystkim jakimś ogonem, niemalże skutkiem ubocznym. A promocja była, ale niestety, wbrew zapewnieniom autora, nie wyszła poza getto środowiska komiksowego. Dopiero potem, jakieś akcje uliczne itp. ale to stanowczo za mało. Kiedy chce się trafić do masowego odbiorcy z produktem, to trzeba mieć masową promocję, a nie nakłaniać nachalnie ludzi do reklamowania komiksu, którego nie widzieli na oczy, swoim znajomym na Facebooku. A do porażki projektu przyczyniło się jeszcze mnóstwo innych powodów, z których najważniejszym, według mnie był brak szacunku dla klienta. Kiedy autor zapowiedział „Konstrukt” do końca 2010 roku miały się pojawić cztery zeszyty. A potem miała być seria miesięczna. Okazało się, że to pobożna bujda, bijąca na głowę niesławne Manzoku, dotąd dzierżące palmę nierealnych i niespełnionych zapowiedzi. Mamy grudzień 2011 i ukazały się cztery numery. Z czterech zapowiedzianych na 2010 i „jeszcze sześciu” zapowiedzianych na ten rok. Ja rozumiem problemy takie czy inne, podejrzewam, że z płynnością finansową, ale klientowi, czytelnikowi w tym wypadku, szacunek się jakiś należy. Zamiast tego dostawaliśmy marketing w stylu „komiks będzie, właśnie jestem w połowie rysowania trzeciego zeszytu (dwa miesiące po terminie), za to co tam komiks, będzie gra planszowa! I figurki! To jest ważne, powiedzcie wszystkim!”. To ja przepraszam, tyle, to ja mogę czekać na Alana Moora, a nie na zupełnie nieznanego człowieka, który przekonuje mnie, że jego rysunki przypominają Teda McKeevera, co się zresztą potem okazało wierutnym kłamstwem.

MP: Zgadzam się z tym. Moim zdaniem, kończąc wątek promocji – pomysły były ciekawe: szeroko zakrojona „inżynieria rzeczywistości” czyli ekskluzywne materiały dla fanów, konkursy, poboczne wątki w postaci bloga Jerycho, wreszcie gra, która mogłaby rozbudować uniwersum Konstruktu. Niestety, wszystkie te inicjatywy szybko się wypaliły. Pobocza legły odłogiem. Jako przykładowego czytelnika, mnie nie interesują przyczyny. Nie mam zamiaru gdybać i wcielać się w rolę inspektora finansowego prześwietlającego biznes Kijuca. Jako fan, byłbym jednak zainteresowany tym, aby wydawca był szczery i kilka kwestii wyjaśnił. Zwłaszcza, że sporo ciekawych informacji „technicznych” na stronie Konstruktu można odnaleźć, nawet jeśli w międzyczasie w tajemniczy sposób zniknęły. Choćby kwestia nakładu.

BB: Ależ ja nie jestem przeciwny tym inicjatywom! Wręcz przeciwnie. Ale takie uniwersum buduje się wokół czegoś. Lucas nie miałby dziś rancza i nie sprzedawał zabawek, zastawy, pościeli i zegarków, gdyby poprzestał na nakręceniu Nowej Nadziei. Przyczyny – też nie wiem, ale domniemuję. Między innymi na podstawie tych danych o nakładzie, które zniknęły. Jeśli im wierzyć, produkt miał być naprawdę masowy – nakłady po dwadzieścia tysięcy to w tym kraju miewa „Thorgal” i „Asterix”, ale nie awangardowe serie autorskie. Sam zresztą dobrze wiesz, jak to wygląda – 250 to górny nakład samizdatu. Co sprawia, że podejrzewam, że Czarna Materia na rynek komiksowy wkroczyła raczej przypadkiem. Pomysł był dobry, ale zbytnio opierał się na wątłych przesłankach, które zamordowały inicjatywę „Tęsknię za tobą, zeszytówko”, że tu jest jakaś rzesza sentymentalnych trzydziestolatków, którzy kupią wszystko, co się kojarzy z TM-Semiciem. I „Konstrukt” był na semici nieźle stylizowany – specjalnie obniżona jakość papieru, pseudo-stare okładki itd. Ale najwyraźniej samo to, bez promocji poza środowiskiem, nie wystarczyło, by przyciągnąć jakieś masy – w każdym razie perypetie Aumbacha i Mięsnej Kobiety nie zostały drugą opowieścią o uczniach Szkoły Magii i Czarodziejstwa. Może dlatego, że po prostu nie były wystarczająco mainstreamowe, zarówno w warstwie scenariuszowej jak i graficznej?

MP: Nostalgia za Semicami, to był fajny pomysł na otwarcie, jako jedna z zagrywek promocyjnych. Przywalenie fetyszem papieru, to była mocna zagrywka. Przyznam jednak szczerze, że mnie opatrzyło się to dość szybko, bo już po drugim numerze. W kolejnych komiksach „toaletowy” papier i fotoszopowe przetarcia na okładce już mi zobojętniały, nie były dla mnie żadnym atutem. Co do nakładu, z informacji powszechnie dostępnych na stronie wydawnictwa wynika, że po debiucie w 20 tysiącach egzemplarzy, później było to 3200 – 5000. Skoro padła ostrożna liczba 3200, to ja stawiam raczej na taką wielkość. Przy dystrybucji kioskowej i empikowej to wcale nie jest duży nakład.  Z Empikami doskonale wiemy jak jest, ostatnio różni wydawcy dość głośno informowali o problemach z płatnościami tego monopolisty. Zauważ jednak, że wydawca nie skarżył się konkretnie na tego dystrybutora. Co do trzech tysięcy nakładu w kioskach – to mogłoby się obronić, gdyby nie potężne opóźnienia. Zaryzykuję stwierdzenie, że to co Czarna materia mogła sobie zbudować wysokim nakładem pierwszego odcinka – roztrwoniła brakiem terminowości i nierzetelnym kontaktem z czytelnikami i fanami. Przykładem jest choćby wspomniana wysokość nakładu: informacja wisiała na stronie, ale za każdym razem gdy Kubę Kijuca ktoś pytał o liczbę, ten zawsze migał się od odpowiedzi. Ogólnie, wypowiadanie się w osobie (jednoosobowego) wydawnictwa trąci jakąś schizofrenią a nie profesjonalizmem. Przynajmniej to się zmieniło, bo obecnie autor kontaktuje się z czytelnikami w swoim imieniu.

Niepokojące wrażenie odniosłem zwłaszcza po lekturze wywiadu dla Komiksomanii. Kuba chwalił się w nim tekstem na ziniolowej ulotce, skopiowanej w ledwie 100 egzemplarzach. To utwierdziło mnie, że promocja nie wyszła poza środowisko komiksowe i właściwie jest już pozamiatane. Kuba z jednej strony usiłował trzymać fason i roztaczał wizję w które już chyba tylko on wierzył, a z drugiej strony kokietował lub obrażał się na tak zwane komiksowo. Sorry, ale dla takiego ambitnego (pod każdym względem) projektu, zainteresowanie polskiego środowiska komiksowego to promil zapotrzebowania na target a nie docelowa grupa. Przestrzegaliśmy go zresztą o tym od początku. Promocja w innych środowiskach (fanów postapokalipsy, fantastyki, Stephena Kinga, artystów, niewidomych (sic!)) to były działania rachityczne i prowadzone bez pomysłu.

BB: Ale jak to niewidomych? Wiele się rzeczy działo, były tazosy, gry, figurki (wszystko wirtualne – a nie, przepraszam, ostatnio pojawiły się realne pluszaki). Była promocja na ulicy w Lublinie i tapety do telefonu. Ale tych niewidomych, to przegapiłem sromotnie. Kiepski ze mnie hejter, jak widać.

MP: Wcale nie taki kiepski, skoro aż poczułem się w obowiązku aby wpaść na Twoje poletko i zadbać o większą dawkę obiektywizmu przy podsumowaniu Konstruktu. Co do niewidomych, to sprawa jest o tyle zabawna co żenująca. Jak może wiesz, w pewnej chwili Kuba Kijuc starał się wyjść ze swoim produktem „na miasto”. Przejawiało się to głównie w kolejnych edycjach „dnia darmowego Konstruktu” gdy czy to na Tektura Feście, czy na LeSzKu (Lubelskie Spotkania z Komiksem) można było za darmo dostać pierwszy numer komiksu. Ten wydany w 20-tysięcznym nakładzie. Zarazem ten, który do wydawcy wrócił w horrendalnie olbrzymiej ilości. O ile rozdawanie komiksu na fandomowych konwentach było fajne i właściwe, to patronowanie „Lubelskim dniom osób niewidomych i słabowidzących” zakrawało na niesmaczny żart. Tym bardziej, że akcję tę reklamowała kuriozalna ilustracja. Zresztą, załączam zrzut ekranu.

BB: O włączaniu się w akcje uliczne wiem – nawet uważam, że to dobry pomysł był, szczególnie, że miała być promocja poza środowiskiem. No ale ta środowiskowa była… „widowiskowa”, że tak to ujmę. Skończmy się pastwić nad promocją, jak myślisz, dlaczego pierwszy numer miał tak koszmarne zwroty?

MP: Zwroty pierwszego numeru były w planie. Tego się nie czepiam. Stosunkowo wysoki nakład (jak na prasę) był częścią promocji. Konsekwencją bycia w każdym kiosku są nieuniknione zwroty. Z tym, że jak stwierdziliśmy – promocja była piętą achillesową Konstruktu.  Z drugiej strony, nie wiemy ile egzemplarzy się sprzedało. Ciężko więc nam stwierdzić czy projekt był skazany na porażkę już po zamknięciu sprzedaży pierwszego numeru, czy coś posypało się dopiero później.

BB: Nie wiem, co ty wiesz, ale ja słyszałem, przepraszam, czytałem na blogu autora (choć pewnie już to usunął), że nakład pierwszego numeru był fragmentem założenia artystycznego. Trudno mi jednak ocenić, czy to była wypowiedź, Ostateczność, alternatywna rzeczywistość, czy jakieś akta sfałszowane przez Jerycho. Tak samo, jak nie wiem, o co chodzi w ogóle w tej historii. Starałem się i przeczytałem ją dwa razy. Zauważyłem dwie linie fabularne, dwóch na tyle mało zróżnicowanych bohaterów, że mi się pomylili, dwoje innych (czworo, przepraszam), masę nic nie wnoszących i bełkotliwych retrospekcji i tyle… Nie widzę w tej fabule żadnego punktu zaczepienia. Cholera, nic w niej nie widzę, a nie odmówisz mi pewnej biegłości w konstruowaniu bełkotliwych, nic nie znaczących fabuł!

MP: Konstrukt czytałem najpierw na bieżąco, w miarę kupowania a później jako całość. Ślęczałem nad tymi zeszytami i wertowałem je bite dwa wieczory. Do skutku. W efekcie wiem, że najbardziej podoba mi się drugi zeszyt. Mogłem też zweryfikować swoją opinię, którą wydałem w entuzjastycznej recenzji po lekturze numeru premierowego.

Zresztą, przytoczę konkretny fragment z komentarzem po roku:
„PLUSY:

– Stylizacja na komiksowy relikt i wspomniana zagrywka na nostalgii. (po roku ten punkt przesunął się na neutralne ZERO)

– Mistrzowska narracja. Budowanie napięcia i zawieszanie akcji są na medal. Ogólna kompozycja jest wzorowa. Pod tym względem Konstrukt jest chyba najlepszym komiksem jaki czytałem w tym roku. (po roku nadal utrzymuję to stwierdzenie, dodam jednak że kompozycja sama w sobie nie czyni dobrego komiksu)

– Świetne kolory, również stylizowane na robotę sprzed ery cyfrowej separacji. Jest płasko, czasem z oczojebnym rastrem – fachowa robota. (po roku nadal bardzo lubię kolory Kuby Kijuca. Fajne malarskie wyczucie)

– Brudna brutalna kreska. Widać moc w łapie. Jednakże z pewnymi zastrzeżeniami, o których niżej:

(po roku – i tu jest pies pogrzebany!)

MINUSY:

– CHAOS! O ile kompozycja (czyli „ramy” komiksu) jest świetna, to już „mięcho” którym owe ramy są wypełnione było miejscami równie świeże jak słynne (jadące rupem) lubelskie JeszBurgery. Rysunki są w większości nieznośnie nieczytelne. O ile w wielu scenach zastosowany chaos robi wspaniały mętlik to czasem brakuje oddechu. Nieprzypadkowo komiksy Vertigo w większości rysowane są neutralną kreską. Nawet komiksy mające bardziej artystyczną warstwę graficzną zachowują jednak główną zasadę – KOMUNIKATYWNOŚĆ! Owszem, autor może twierdzić, że „to było w planie” ale dowodem przeczącym takim ewentualnym tłumaczeniom jest sam komiks. Czarno (z kolorem) na białym – widać nieprzemyślane wykonanie. Otóż, w kilku scenach gdzie rysunkowy rozgardiasz był ZBĘDNY, artysta nie odpuścił i zabrakło mu dyscypliny. Widać to zwłaszcza w scenach z Erykiem i na ostatnich trzech planszach, które aż proszą się o więcej kontaktu z czytelnikiem. (po roku – widać to również w całych zeszytach 2,5 i 3. Są bardzo słabo narysowane. W wielu miejscach narracja jest nieczytelna tylko dlatego, że rysownik sobie nie poradził)

– Rysunki mi się podobają, ale w tym całym szaleństwie w momencie realizacji zabrakło namysłu „co chcę osiągnąć”? (po roku – jestem nadal daleki do odkrycia odpowiedzi na to pytanie. Co gorsza, przestało mi na niej zależeć)

– Komiks jest pełen irytujących błędów ortograficznych i interpunkcyjnych. Takiego powrotu do tradycji TM-semic jednak sobie nie życzę. (po roku – to zostało już wyprostowane w drugim zeszycie. Argument ląduje więc w strefie neutralnego ZERA)

Po pierwszym odcinku ciężko mi powiedzieć więcej o fabule. Jak na razie mam wrażenie, że autor (będący fanem LOST) niestety nie odrobił lekcji, którą można wyciągnąć z jego konstrukcji. Seriale, które próbowały powtórzyć sukces LOST a stawiały na pierwszym planie TAJEMINCĘ (Flash Forward, Persons Unknown) już zdechły. Dlaczego? Bo siłą napędową nie może być tylko sama nawet najbardziej pokręcona mitologia. Podstawą są bohaterowie: tacy jak Sawyer, Kate czy doktorek. Bohaterowie, którym kibicujemy. A jak na razie w Konstrukcie tym co mnie najmniej obchodzi są losy bohaterów właśnie. I tu jest pies pogrzebany”. (po roku – a więc znalazłem truchło drugiego psiaka i wszystko wskazuje na to, że spokojnie można by odnaleźć cały psi cmentarz <Smętaż dla zwieżaków?> Z przykrością muszę powiedzieć – a nie mówiłem?)

 

Jak widać akcenty nieco się przesunęły. Dawałem Konstruktowi spory kredyt zaufania ale obecnie ciężko mi powiedzieć że to dobry komiks, bronią się w nim tylko kompozycja i kolory. Czy ktoś kupuje komiksy dla kolorów? Co mi po dobrej kompozycji skoro historia jest dość marna a bohaterowie wtórni i nudni?

BB: Nie wiem jak to jest, że się utarło, że my z tym „Konstruktem” po dwóch stronach barykady. Ja się zgadzam z większością zarzutów! Jedyne, co neguję, to to „mistrzowskie budowanie napięcia”. Dla mnie to jest siekanka bez ładu, pijacka orgia montażysty z tępymi nożycami, który ostatecznie całą szpulę porąbał toporem. To nie są żadne cliffhangery, tylko zwyczajnie urwana akcja, co nie służy absolutnie niczemu, prócz zmęczenia czytelnika.

Rysunki są nieczytelne zbyt często – nie mam nic do kreski (chociaż obiecywany i wspomniany MCKeever chyba by piany dostał, jakby usłyszał to porównanie), widać, że autor potrafi, jak chce, ale zbyt często kadry to przypadkowe kreski nie wyrażające nic, a stylizacja na „trudno mi powiedzieć” co męczy – ta kreska jest taka brzydka pewnie z jakiegoś powodu, ale ja go nie widzę. Tu oczywiście jest to rzecz gustu – mam na myśli kreskę – ale brak przekazu w tych rysunkach to osobna sprawa i za to się należą kopy.

Kolory to też rzecz gustu, X-Men z lat 80. miało lepsze, ale te być możepasują do całości. Do „klimatu” i jakiejś koncepcji, której istnienie należy podejrzewać,

Dalej, „kopiuj-wklej” słynne. Ja się nie powinienem odzywać, bo w czasach, jak jeszcze sam próbowałem się oszukiwać, że umiem rysować, też to trenowałem, ale to dowodzi albo skrajnego lenistwa, albo braku warsztatu. A tu zdarza się po parę razy na zeszyt. Nie podejrzewam braku warsztatu, bo Kijuc goma, raczej brak szacunku dla odbiorcy – jak wspomniana przeze mnie sytuacja, kiedy kilkumiesięczne opóźnienie kolejnego zeszytu zostało czytelnikom podane w newsie z wyjaśnieniem wręcz nakłaniającym do radości z tego opóźnienia.

A o bohaterach wspominałem – Aumbach i Horowitz mylili mi się tak długo, ż przestałem w ogóle się tym przejmować. Czemu Mięsna Kobieta nagle zaczęła przypominać kobietę? A kogo to w sumie obchodzi (wygląda na to, że ani autora, ani czytelnika).

Kilka osób w trakcie przedłużającej się promocji nieistniejącego jeszcze wtedy produktu sugerowało, że cały ten „Konstrukt” to będzie jakieś artystyczne pitu-pitu, happening, a nie żaden komiks. Autor w wyjaśnieniach po opublikowaniu (z chyba 10-miesięcznym poślizgiem) 3. numeru sam nawet próbuje ubierać wszystko w artystowskie szatki – wspomniany cytat o nakładzie i podobne dywagacje o tym, jak to się środowisko dało strollować artyście. Że to niby taki polski żart.

Podsumowując: brak spójnej fabuły; brak bohaterów, którzy kogokolwiek obchodzą – mięsna kobieta, która okazuje się czymś w rodzaju Gagi w sukience z jatki, Stix, który jest niewiadomo czym i nie wiadomo czemu jest taki straszny, coś z farby (to chyba też bohater), jakiś naukowiec bez krztyny polotu i pan Smiley – przepraszam, co to ma być; do tego wyjątkowo wymagające rysunki (wymagające bezkrytycznego oddania ze strony czytelnika. Maciej, do diabła, sam posługujesz się wyjątkowo wymagającą i awangardową kreską, do której latami się najeżałem, ale ona potrafi przekazać opowieść, narrację, oddać treść – kreska Kijuca, fioletowo-żółte zakola rastra nie potrafią); grająca na wydumanych sentymentach stylizacja (bo wątpię, żeby ktoś kupił komiks tylko dlatego, że wygląda jak szmata wegetująca 20 lat w pudle na strychu – ale może są i tacy, znając nasz groteskowy rynek i członków fandomu licytujących się w ilości posiadanych zafoliowanych egzemplarzy); a wszystko to w aurze hiper-nadęcia i niemal obrażenia na ludzi, którzy śmieli się nie zakochać w produkcie. Tak, jadę tu personalnie, dostało mi się kilka ciężkich szyder za to, że krytykowałem. Ale autor nie miał nawet tyle odwagi, żeby na drukowanej wersji umieścić nieautoryzowany cytat z mojej wypowiedzi, który był obecny w wersji elektronicznej numeru 2.5.

Nie wiem, mnie ten produkt zmęczył. Tak po ludzku. Zwyczajnie kolejny komiks autorski, który był bełkotliwy i źle narysowany – nic nowego. Prócz tego, że przez X miesięcy wszyscy karmieni byli tym, że to objawienie, normalnie „Tęsknię za tobą, zeszytówko” dream come true i padnij na kolana. To przypomina mi starszą o kilka lat i mniej bolesną historię chłopaka imieniem Wojtek, o ksywce Ferus. Zapowiadał on przez wiele tygodni nowy komiks internetowy, subtelny humor, ironiczne spojrzenie, ciekawa tematyka, awangardowe żarty, w ogóle bohema hipster niemal itd. A potem wyskoczył z potworkiem o licealistach, rysowanym długopisem i z subtelnością na poziomie szambowozu. Tyle, że Ferus reklamował się na niszowym forum fanatyków komiksu internetowego i na jednej, przez boga wyklętej topliście w Internecie.

A autor „Konstruktu” kazał uklęknąć całemu środowisku aktywnemu w Internecie.

MP: Po przeciwnej barykady byliśmy, bo swoim furiackim atakiem bombardowałeś ten projekt jeszcze przed premierą. Moim zdaniem zaś, tak gdzieś do marca 2011 gdy wszystkie opóźnienia można było jeszcze usprawiedliwić, Konstrukt zasługiwał na kredyt zaufania. Kwestia przyzwoitości.

W każdym razie, zaczęliśmy od stanowisk spolaryzowanych, a teraz nasze opinie się spotykają. Myślę, że w miarę rzetelnie podsumowaliśmy pierwszy rok wydawnictwa Czarna Materia.

Przyznaję, że troszkę będę tęsknił za tą zeszytówką. Tym bardziej, że mimo swoich ewidentnych wad starała się mi oferować coś więcej niż „Biały Orzeł”, „Henryk Kaydan”, „Człowiek Bez Szyi” czy nawet najbardziej profesjonalny „Wiedźmin”. Kwestia gustu. Pozostali Inżynierowie Rzeczywistości zauroczeni komiksem Kuby Kijuca mogą śledzić na bieżąco postępy prac na jego autorskim blogu. Ja wysiadam. To nie jest już moja bajka. Następnym razem zastanowię się dłużej zanim zacznę się na coś nakręcać.

BB: A ja się tu pogrzeję w moim nimbie proroka.

 

Bartek Biedrzycki

Autor książek, komiksów, podcastów i papierowych modeli.

Może Ci się również spodoba