Wojna niemiecko-niemiecka

Pierwotnie opublikowany w tygodniku Kultura Liberalna

Są takie chwile w moim aktualnym życiu, że odrzuca mnie od wszelkich wydarzeń współczesnych, a w szczególności odrzuca mnie od polskiej sceny politycznej. Jednym z powodów jest lansowane przez główne partie i podtrzymywane przez większość głównonurtowych mediów założenie, jakoby miała miejsce wojna polsko-polska. Jakoby jedni walczyli z drugimi w imię podstarzałych, skrzywionych bądź szyderczo uśmiechniętych liderów.

Na szczęście wojna ta istnieje jedynie w zaburzonych umysłach głównych spindoctorów polskiego bagna. Na szczęście, bo wiele razy w historii podobne sytuacje miejsce miewały. O jednej z nich opowiada komiks „Berlin” Jasona Lutesa, którego pierwszy tom już tutaj prezentowałem. A nadarzyła się okazja, aby znów do niego wrócić, bo nakładem wydawnictwa kultura gniewu ukazał się na wiosnę tom drugi.

Jest kilka pozycji, na których kontynuację czekam niecierpliwie. Jak chociażby „Klezmerzy” czy z bardziej rozrywkowych „Largo Winch”, „Berlin” też się do tego grona zaliczał. Po pierwszym tomie byłem oczarowany klimatem konającej Republiki Weimarskiej, przypominającym mi nieco „Czarny obelisk” Remarque’a. Wciągnął mnie świat, bohaterowie i konflikt – wojna niemiecko-niemiecka między brunatnymi i czerwonymi, między tępą brutalnością prymitywów, a cwaną brutalnością biedoty.

Tom drugi rozwija znane już wątki. Mam jednak wrażenie, że akcja opowieści dramatycznie zwalnia. Lutes, po przedstawieniu krwawego stłumienia demonstracji pierwszomajowej, zagłębia się mocniej w ukazanie różnic między dolnymi warstwami, próbującymi wybrać między bolszewikami, a narodowymi socjalistami, dorzucając dla kontrastu tych, którzy nie chcą wybierać, a warstwami wyższymi, które nie mają czasu sobie zaprzątać głowy takimi bzdurami, jak agonia państwa, i oddają się wyuzdanym zabawom na narkotyczno-erotycznych orgiach.

Niestety, chociaż atmosfera jest nadal napięta i od wiszącego w powietrzu konfliktu, którego nieuchronne i tragiczne w skutkach rozwiązanie czytelnik zna od samego początku, to jednak lektura staje się mniej płynna. Autor pozwala sobie na dłuższe sekwencje, przetykane dialogami o polityce i przemyśleniami dziennikarza – jednego z głównych bohaterów. Zaczyna też, co stwierdzić muszę z przykrością, tracić pozór bezstronnego obserwatora i wyraźnie faworyzować jedną ze stron konfliktu. O ile bowiem brunatni ukazywani są jako prości, tępi troglodyci, z gębą pełną fałszywej retoryki, o tyle czerwoni, chociaż i wśród nich wielu jest skurwysynów, ciążą raczej ku wizerunkowi „biednych, przez los skrzywdzonych”, który to wizerunek podstępnie wymusza litość i sympatię czytelnika.

Ten rys wpisuje się, jak mniemam, w szerszy nurt umysłowy popularny na umownym „Zachodzie”. O ile bowiem można się spierać, czy hitleryzm, czy stalinizm był bardziej spektakularny, o tyle co do wielkości negatywnych „zasług” trudno mieć wątpliwości. A jednak nostalgia komunistyczna i odwołujące się do lewacko-anarchistychnych korzeni prądy alterglobalistyczne mają się dobrze.

Sympatie Lutesa potwierdza także niezrozumiały dla mnie zabieg usunięcia swastyk z opowieści, przy jednoczesnym zachowaniu symboli komunistycznych – zupełnie, jakby autor wzdragał się tylko na te pierwsze. Te dwie kwestie – zbyt ciężka, zbyt duszna i przytłaczająca narracja, która miejscami irytuje, oraz niepotrzebne cechowanie poglądów sprawiły, że drugi tom „Berlina” nie zrobił na mnie już tak dobrego wrażenia. Wciąż, jednak, jest to monumentalne, pełne rozmachu dzieło i mam nadzieję, że kolejny tom epopei jednak zatrze nieco gorsze wrażenie. Lutes będzie jednak musiał się postarać bardziej – samym ostatecznym wynikiem rozgrywek czerwonych z brunatnymi mnie nie zaskoczy. Potrzeba znowu jakiejś bożej iskry w tym dziele.

 

Jason Luter, Berlin: Miasto dymu, wyd. kultura gniewu 2011

Bartek Biedrzycki

Autor książek, komiksów, podcastów i papierowych modeli.

Może Ci się również spodoba