Bler Komiks Project

Rafał Szłapa, człowiek który w zeszłym roku wydał swój autorski komiks zatytułowany „Bler” na Międzynarodowym Festiwalu w Łodzi. Dla tych którzy niestety nie mieli jeszcze okazji się z nim zapoznać, a szkoda bo powinni, jest to komiks o superbohaterze, który ma niezwykłą moc, przynajmniej teoretycznie wykorzystywaną do czynienia dobra. O człowieku, który jest w jakiś sposób sterowany, został stworzony prawdopodobnie przez tajną organizację. Mamy wiec tutaj pełnokrwistą, klasyczną superbohaterską opowieść.  Rafał, który jest jednocześnie scenarzystą i twórcą oprawy graficznej do tego komiksu zgodził się podzielić trochę uwagami i swoją historią o pracy nad tym projektem.

Materiał pierwotnie opublikowany w podcaście K-pok.

 

A będą pytania pomocnicze?

Będą. Skąd w ogóle wziął się Bler?

To jest długa historia, ale spróbuje w skrócie. Myślę, że przed premierą drugiego albumu prawdopodobnie będzie taki krótki short – skąd wziął się Bler; więc wszystkiego nie mogę ujawniać, ale spróbuję chociaż troszkę żeby było to ciekawe. Początkowo był to komiks na zlecenie, miał być do pewnego magazynu, wtedy  który miał redakcję w Krakowie, potem w Warszawie, teraz znów jest w Krakowie, czyli Przekroju i oni potrzebowali short o komiksie. Taki komiks o komiksie, czy nawiązujący do komiksu, to miało ilustrować artykuł komiksowi właśnie  poświęcony. Coś takiego zrobiłem, ale, jak się później okazało, przegrałem z Kasprzakiem, słusznie zresztą, bo on dużo lepiej rysuje. No i od tej pory gdzieś ten Bler się pałętał. On się nawet Blerem wtedy nie nazywał, nosił S na piersi, żeby było śmiesznie. Gdzieś ta historia kiełkowała, rozwijała się, potem to był cykl takich odcinków w „Arenie komiks”. Nienajlepszych już teraz z perspektywy czasu. Później postanowiłem to poskładać – okazało się, że niczego sensownego z tego, co było w „Arenie” poskładać się nie da i stanęło na tym, że trzeba tę historię właściwie w całości napisać od nowa, jako pełnometrażową. I tak to trochę trwało, pocięte przez mnóstwo innych zajęć. Dopiero jak mi się dziecko urodziło to zebrałem się w sobie i nie tylko narysowałem, ale i wydałem.

 

 Mówisz, że historia powstawała trochę na raty, a na blogu Blera i przed wydaniem wrzucałeś różne zajawki; miałeś co najmniej kilka podejść do oprawy graficznej, różne sposoby – raz był malowany, raz był rysowany; różne sposoby kolorowania, takie eksperymenty. Czemu tak?

Uporządkujmy to. Na początku był rysowany w „Arenie”. Wtedy wydało mi się, że umiem rysować realistycznie, ale okazało się, że muszę jeszcze dużo się nauczyć. Więc poszedłem tym tropem, że ludzie entuzjastycznie podchodzili do moich malowanych rzeczy. Zrobiłem zajawki i namalowałem 32 plansze tak nowego „Blera”. Większość z tych plansz jest już w albumie, tylko przerysowanych ponownie. W takiej formie malowanej to miało być wydane przez Kulturę Gniewu, ale okazało się, że oni chcieli to zrobić jako zeszyty. Te zeszyty musiałyby się ukazywać w cyklu na pewno nie rocznym, a niestety przy takim malowanym komiksie to trzeba czasu założyć… Aaaaa no na pewno dwa razy tyle co przy rysowanym.

 

 Ostatecznie ta wersja, która trafiła do albumu jest tworzona zupełnie inna techniką – tak przynajmniej wynika z materiału porównawczego, który udostępniłeś.

Tak, tak. To znaczy – miałem później epizod współpracy z magazynem kobiecym „Bluszcz” i przy tym „Bluszczu” pracowałem przy jednej historii. Musiałem wypracować sposób rysowania akceptowalny z jednej strony przez czytelników i przez zamawiających, a także przeze mnie; a z drugiej strony – żeby dało się to robić w miarę szybko. Dzięki temu właściwie ten album powstał, no bo można było rysować szybko…

 

Jak długo powstawała ta ostateczna wersja „Blera”?

W dwóch rzutach powstawała. Pierwsze 20 stron to tak się międliło przez rok, w 2009. W zeszłym roku zawiozłem demo chłopakom na Komiksową Warszawę. No i Kultura się zastanawiała, a ja dołożyłem do tego następne 26 stron, które zrobiłem w trzy miesiące.

 

Pamiętam, widziałem to demo, to niesamowita rzecz – przyszedł autor, z jednym właściwie gotowym egzemplarzem, po to, żeby pokazać. Ostatecznie Kultura go jednak nie wzięła, więc kto wydal Blera? Na blogu był tajemniczy wydawca z Sycylii…

Tak, z Sycylii i Monty Pytona trochę. Luigi Vercotti był menadżerem Skoku przez kanał La Manche i uznałem, że idealnie pasuje do samodzielnego wydawania w Polsce albumu komiksowego. To też jest taki absurdalny sport, absurdalny wyczyn, który pewnie się nie uda, ale jakiś szum medialny wokół niego może powstać. Natomiast wracając tak poważnie do Kultury – Kultura chciała wydać, tylko Kultura nie miała terminu. A ja w ogóle funkcjonuję z terminem; termin jest takim batem, który potrafi sprawić cuda. Dzięki temu mogę narysować w krótkim czasie komiks, myślę w przyzwoity sposób. Więc Kultura tego terminu mi dać nie mogła w zeszłym roku, a ja bałem się,  że jeżeli coś takiego nie nastąpi, to minie kolejne 10 lat, że to się znów rozbebła; nie ukrywajmy – ja muszę zarabiać na życie i nie zarabiam komiksami.

Żeby więc znaleźć ten czas niezbędny na narysowanie komiksu to trzeba, powiedzmy, jakoś sobie ten czas ustalić, wykroić, wiedzieć do kiedy, wiedzieć w którym momencie jest granica. No i okazało się, że jeżeli Kultura mi tego nie daje to ja muszę sobie sam narzucić jakiś taki rygor. Tak też zrobiłem. To był w ogóle pomysł mojej żony – mówi: weź, wydaj to sobie sam. No i tak zrobiłem, nie żałuję, fajnie jest. Ludzie generalnie, którzy czytali, w większości są zadowoleni. Zdaję sobie sprawę, że można by wytykać różne rzeczy tej historii, ale spełnia pewne założenia, które dla niej poczyniłem. Bardzo jestem z tego rad.

 

Wszystko poszło dobrze, ale to spore ryzyko. Sprzedałeś nerkę, wziąłeś hipotekę na dom? Bo jednak wydałeś „Blera” w dosyć dużym nakładzie. Tych, którzy mniej się orientują w tym wszystkim może to śmieszyć. Nakład 1000 egzemplarzy w przypadku wydania komiksu w Polsce to jest nakład już dosyć spory. Generalnie większość oscyluje między 200 a 500. Na ile duże jest ryzyko takiej inwestycji?

Na pewno jest to ryzyko. Ja nie liczyłem, że sprzedam od razu cały tysiąc w pierwsze trzy miesiące od premiery i że zarobię bóg wie ile. Okazało się, że różnica między  500 a 1000 nie jest  aż tak duża finansowo, ponieważ cena egzemplarza spada im więcej  jest komiksów. Wiec może lepiej zrobić więcej – a nuż jednak jakaś ilość osób do tego komiksu dotrze? Być może teraz zrobiłbym mniej, zobaczymy na jesień, kiedy będzie drugi „Bler”. Natomiast okazuje się, że w dzisiejszych czasach zwykłego człowieka tak jak ja stać na samodzielne wydanie komiksu. Kiedyś pewnie byłoby to zupełnie abstrakcyjne, teraz okazuje się, że te ceny drukarni na tyle stały się przyjazne takim małym producentom, że można takie ryzyko podjąć bez właśnie ryzyka, że nerki, żona, dom i wszystko.

 

Czyli – nie było tak źle. Od premiery pierwszego „Blera” minęło trochę ponad pół roku, no, sporo ponad pół roku bo on wyszedł w październiku,   a mamy już połowę maja. Jak wygląda teraz ta inwestycja? Czy „Bler” się sprzedał, czy „Bler” się zwrócił przynajmniej?

Koszty druku już zaczynają się powoli zwracać, więc jestem bardzo zadowolony bo zostało mi jeszcze bardzo dużo komiksów, a jestem na zero. Tak jak mówię, nie robi się tego, żeby zarabiać. W Polsce w ogóle nie wiem czy ktoś zarabia. No, może Egmont, który funkcjonuje na zasadzie normalnej firmy, ale te wszystkie mniejsze wydawnictwa to trudno powiedzieć, żeby to było główne zajęcie dochodowe. To zawsze jest hobby, tak samo jest w moim wypadku. Fajnie, jak jakaś kasa dodatkowa na piwo czy na loda dla córki będzie.

 

Mimo tego, że z tego nie ma dochodu, poświęcasz czas. Teraz przygotowujesz się do tego, żeby znów na MFK w kolejnym październiku wydać drugi album „Blera” i to jest, uważam, fajne tempo, bo znane są przypadki, w których pierwszy album wyszedł i mijają lata (w przypadku niektórych mija 5 lat na przykład) i drugiego albumu wciąż nie ma. Rok to i tak jest dużo, czy to wystarczy, żeby ludzi, którzy kupili pierwszego Blera utrzymać?

Jesteśmy świeżo po takim dniu, gdzie przyszło na stoisko parę osób, przynieśli „Blery” zakupione w Łodzi. Uderzające było to, że oni założyli, że będę; to miłe. W programie się pojawiłem. Myślę, że przez rok nie zapomną. Jednak to jest przyzwoite tempo. Rzeczywiście gdyby się coś zdarzyło, mam jeszcze parę miesięcy, ale też jeszcze mam dużo rysowania, więc gdyby coś nie wyszło to może być samobójstwo dla tego tytułu. Tym bardziej, że mam jeszcze dużo ciekawego do powiedzenia w ramach tego komiksu i szczerze mówiąc ten drugi album to jest coś. Wszyscy, którzy narzekali, że pierwszy to jest wprowadzenie, historia niedokończona, czegoś im wyraźnie brakuje, że coś by tam jeszcze chcieli, myślę, że tym razem to dostaną, bo w drugim właśnie będzie to coś, do czego wprowadzał pierwszy.

 

Uprzedziłeś pytanie. Atmosfera przed wydaniem pierwszego albumu była dosyć podgrzana, „Bler” był mocno oczekiwany, nawet ktoś pokusił się o stwierdzenie, że jest taki legendarny, zapowiadany od dawna komiks Rafała. Czyli co, tempo troszeczkę przyspiesza w drugim numerze, w drugim albumie? Coś możesz zdradzić, co się dzieje z głównym bohaterem dla tych, którzy czytali pierwszy?

Taką ulotkę dzisiaj rozrzucałem, tu jest taki tekst. Ja przeczytam ten tekst – „ Był już kiedyś w historii człowiek, który miał ocalić swój naród od nędzy, sprawić że nikt nie zazna głodu, bezrobotni dostaną pracę, chorzy będą leczeni, a na wszystkich spłynie spokój i dostatek. Miał uczynić swój kraj potężnym i zasobnym bez względu na cenę”. Poniżej jest jeszcze hasło, że piekło jest dobrymi chęciami wybrukowane.

I myślę, że, nie wiem czy tu jest jakiś spoiler do drugiego, ale dużo o tym drugim mówi w jakiś sposób, bo ja nie chciałem robić komiksu o superbohaterze. Wiem, że wiele osób tak przyjęło. Dzisiaj ktoś mnie pytał o moce – jakie moce się pojawią, jacy pojawią się wrogowie? To nie jest postać zmierzająca w tę stronę.

 

Ale przecież Bler jest postacią, która faktycznie ma taki superbohaterski origin. Jest tajna organizacja, jest laboratorium. Facet, tutaj troszeczkę zdradzę tym, którzy nie czytali pierwszego albumu, wzięty z wypadku, z brakami w pamięci. Wszystko było budowane pod super herosa i kilka jego działań, akcji, które mieliśmy okazję oglądać też gdzieś bardzo mocno ugruntowują ten jego wizerunek takiego… jednak kogoś, kto ma jakiś cel i kto umie więcej i potrafi więcej, może więcej niż przeciętny zjadacz chleba.

To była historia człowieka, który ma gówniane życie, może coś więcej jeszcze się pojawi na ten temat w dwójce, jakieś dopowiedzenie. Miał życie na tyle nieciekawe i nijakie, że przyjął pewną narzuconą mu rolę. Tylko, że to narzucenie też ma charakter jakiegoś kieratu. Im bardziej w las, tym ten kierat będzie bardziej widoczny. Chciałem zrobić komiks o superbohaterstwie.

 

No właśnie, czy tutaj nie ma tak trochę nawiązania do tego co Barry Windsor-Smith zrobił w „Broni X” z Loganem? Facet, który żył życiem zupełnie miałkim, bez znaczenia. Tak naprawdę bił się i upijał na zmianę. I nagle został, w zasadzie wbrew swojej woli, włączony do wojskowego eksperymentu, miał stać się super tajną bronią. Nie zepsuję żadnej niespodzianki jeżeli powiem, że Logan ostatecznie pozabijał swoich oprawców i uciekł, żeby zrobić to po swojemu. Czy możemy spodziewać się, ze to nawiązanie pójdzie w „Blerze” dalej?

Bler nie zabije swoich oprawców. Na Loganie ciąży w pewien sposób cała tradycja związana z tą postacią, cały ten ciężar bagażu, który Logan nosi od lat 60-tych i tak naprawdę fajne to było, że był zwykłym facetem, który się bił i tak dalej, ale cały czas wiemy, że to jest Logan i że mało tego, to że ona zarzyna złych naukowców to i tak wiemy, że on później przywdzieje swoje żółte ubranko  i będzie po stronie dobra i tak dalej. Czyli można coś opowiedzieć o genezie bohatera, można jakieś fikołki powyprawiać, ale pewne rzeczy są do końca  dalej dopowiedziane. To tak jak z Lordem Vaderem – można powiedzieć, że padnie na kolana i powie „No dobra, przechodzę na ciemna stronę”. Natomiast wiemy, że nie da się już niczego więcej zrobić dalej. Z Blerem jest inaczej, tak jakby… no, nie będę zbyt dużo spoilerował.

 

Jest jeszcze jedna różnica między Loganem i Blerem. Logan był Kanadyjczykiem, Bler jest bohaterem polskim. Nie użyję określenia ”na wskroś polskim”, dlatego, że tak naprawdę akcja dzieje się w Polsce, on ma polskie nazwisko i to wszystko jest takie bardzo rodzime, natomiast to nie jest Kapitan Polska, nie ma ewidentnych śladów bogoojczyźnianego pałowania.

Bler jest też do pewnego stopnia na polskim rynku komiksowym taką postacią unikatową. Bardzo modne są teraz komiksy o polskich superbohaterach, ale to są raczej komiksy pastiszowe, parodiowe. Rzeczy typu wydany ostatnio „Człowiek bez szyi” albo „Kops” bądź bardziej klasyczne typu „Ursynowska specgrupa od rozwałki” to byli superbohaterowie, ale cokolwiek o nich powiedzieć, oni nie byli na poważnie. Natomiast „Blerowi” udała się ta bardzo trudna sztuka. Komiks, który w zasadzie, w dobie kiedy tylko parodia się broni, jest komiksem na poważnie, a mimo tego nie popada w patos, nie popada w jakąś rutynę, nie jest śmieszny mimochodem.

Zacznę od innej strony. Amerykanie, dlaczego u nich takie rzeczy przechodzą na poważnie? Bo u nich to jest tak, jakby się przyjrzeć temu społeczeństwu, tak stąd patrząc oczywiście, bo nie mam perspektywy, nie mieszkałem w Stanach,  nawet w życiu tam nie byłem więc mogę swoje domysły opierać na filmach, na tym co dociera do nas przez media – to jest mimo wszystko naród pełen wiary w swoje możliwości i te wszystkie ich przysłowia, ze może ktoś zacząć szorować buty, a skończyć  jako miliarder. I może to nie jest prawdziwe ale to też jest jakieś ich podejście do świata, dlatego łatwiej im poważnie traktować faceta, który nagle zaczął strzelać promieniami z dupy przysłowiowej, bo to się wpisuje w takie myślenie o świecie, że każdy może stać się kimś niezwykłym. U nas jest inaczej, my jesteśmy takim trochę przaśnym narodem co się lubi pośmiać i tak dalej. A poza tym realia skłaniają do wiary w cokolwiek. Już kiedyś mówiłem o tym, że sam osobiście spotkałem się z sytuacją w której ma się rację po swojej stronie, a mimo to żaden sąd ani prokuratura nie pomoże. Taka wizytówka naszego kraju, że mimo wszelkich okoliczności sprzyjających czemuś i tak może nam nie wyjść. Więc tutaj wszyscy żyją w niepewności, nie tylko wydawcy komiksowi i rysownicy, ale przypuszczam każdy, tak naprawdę.

Nie ma też pastiszu za bardzo, bo chciałem prawdziwego człowieka, na ile potrafię prawdziwego człowieka napisać i narysować w dziwnej sytuacji na którą w jakiś sposób się godzi. Raz, że nie ma wyboru, a dwa, że nie ma do czego wracać tak naprawdę. Natomiast się okaże, że ta sytuacja też nie jest tak do końca komfortowa, żeby w niej zbyt długo tkwić.

 

A jednak w taki pokrętny sposób Bler wpisuje się w polską tradycję związaną też z komiksem. Nie wiem czy pamiętasz, co bardzo często było publikowane na ostatnich stronach komiksów o Żbiku? Pamiętasz krótkie komiksy o ludziach, którzy zostali odznaczeni medalem „Za ofiarność i odwagę”? O dzielnym marynarzu, który uratował dzieci z płonącego domu, o kobiecie która uratowała człowieka spod pociągu, i tak dalej, i tak dalej. Oczywiście możemy się śmiać teraz z Kapitana Żbika, że to komuna, propaganda. No, ale Bler wpisuje się tak troszeczkę. Taki zwykły człowiek, który nagle został superbohaterem, bądź, no powiedzmy – bohaterem, kimś jednak więcej, zupełnie na poważnie, w Polsce. I ludzie to kupili.

No tak myślę. Same sytuacje, ja nie tworzyłem żadnych takich strasznie wydumanych rzeczy typu czegoś co nie mogłoby się wydarzyć.

 

No właśnie, Bler raczej ratuje dzieci z płonącego domu niż ocala drukarnię przed atakiem szalonego naukowca, prawda?

Nie ma superwrogów i nie będzie w tym komiksie superwroga z supermocami. Wrogiem jest trochę społeczeństwo, co się pokazało już pod koniec tego pierwszego albumu, bo mogą cię tak kochać, że cię rozdrapią na strzępy; na pewno wrogiem będzie tak zwany wymiar sprawiedliwości, który nijak nie będzie mógł się zgodzić na działalność takiej osoby, no bo jak to jest możliwe, że jakiś facet  naparza bandziorów jak przecież trzeba ich od razu uniewinnić i wypuścić. To będą na pewno wrogowie i takie polskie realia.

Natomiast opisując sytuacje w pierwszym tomie wybrałem sytuacje, o których czytałem w gazetach. To, że jakiś facet zatłukł swoje dziecko –  swego czasu media bardzo się tym jarały, takich sytuacji było wiele. Ja nawiązałem do tej konkretnej tylko zmieniłem imię chłopca. I stąd też tytułowa „Lepsza wersja życia”, bo tam są trzy takie sytuacje w których Bler interweniuje. Napad na bank, to też napad na bank w Krakowie, słynny. Tylko, że w naszej wersji, gorszej, ci bandyci zabili kasjerki i faceta, dostali wyroki, chyba siedzą nawet. Facet zabił dziecko, a staruszka pewnie by spłonęła. „Lepsza wersja życia” stąd właśnie, że pojawiła się  taka anomalia jaką jest Bler i po amerykańsku ich z tego wyciąga.

 

Pierwszy album długo wyczekiwany, mocno nakręcony hype, recenzje w większości bardzo pozytywne – nie tylko w środowisku. Jak oceniasz, na ile udało Ci się z Blerem wyjść poza ten zaklęty krąg, 500 osób przyjeżdżających do Warszawy i do Łodzi, komiksiarzy miziających się pytkami po szyjkach i kupujący nawzajem swoje komiksy, które sami wydali?

Nie, to ja się nie będę miział, jeszcze mi się nie udało wyjść. Jest jakieś zainteresowanie tym, ale pewnie lepiej zadziała, jako całość, ale to dopiero za półtora roku. Wtedy ktoś sceptycznie nastawiony do komiksu będzie mógł wziąć, przeczytać całość i powie. Mam nadzieje dobrze. Tak na razie dla osób niekomiksowych jest urwana opowieść, oni chętnie by wiedzieli, co dalej. Może z tego względu jeszcze trudno im wpadać w entuzjazm. Ale prasa jest dobra, ludzie są zadowoleni, lata życia nie są wywalone na marne.

 

Nie wiem czy zdradziłeś się czy nie, ale wynika z tego, że „Bler” będzie trylogią, bo skoro mówisz za półtora roku… Czy nie boisz się takiej sytuacji, że pierwszy tom bardzo dobrze przyjęty, a drugi jeżeli będzie kontynuował tę linię i nie będzie starał się zaskakiwać czytelników…

Właśnie będzie pełen zaskoczeń ten drugi album.

 

Będzie pełen zaskoczeń? Czyli ta „Lepsza wersja życia” swoja drogą, ale jednak będą zmiany?

Tak. Drugi tom ma tytuł „Zapomnij o przeszłości”. Ja się zastanawiałem, że trzeba było go zatytułować „Zapomnij”. Przecież zawsze się zapomina o czymś co było, trudno zapomnieć o czymś co będzie. Ale jak ostatnio raz jeszcze poprawiałem scenariusz to wiem, że to jest bardzo trafny tytuł i jak najbardziej pasuje i nie będzie kontynuował tej linii. Tak jak wiele osób słusznie zauważyło ten pierwszy to był origin – jak bohater powstaje. A że powstał, no to wiadomo, już go nie będą robić drugi raz i stanie tak naprawdę znów oko w oko z sytuacją w jakiej się znalazł. Przy tym stanie też z sobą oko w oko, bo to też jest postać ewoluująca i on się zmienia. Pamiętamy, to był zwykły facet rozwożący książki po księgarniach, natomiast teraz już jest superbohaterem i to superbohaterstwo też go zmieniło; jego wszechmoc, jego naprawianie świata, ale z drugiej strony nie da się naprawiać świata tylko głaskaniem ludzi. Więc wiąże się to z mnóstwem różnych wyrzeczeń; czasami również naprawia się świat przy pomocy zbrodni, np. Batman tak robi i wielu amerykańskich bohaterów. Co może nie jest jakoś specjalnie podkreślane ale to są w gruncie rzeczy zbrodniarze, którzy mordują – wprawdzie złych, ale wciąż mordują ludzi. No i pytanie, czy ta granica w pewnym momencie gdzieś się nie może zatrzeć? Jezu opowiedziałem za dużo o tym drugim „Blerze”.

 

Jednym słowem dajesz czytelnikowi komiks superbohaterski, ale z takimi elementami obyczajowymi. No więc wiemy już kim jest Bler, zwykły superbohater. To może jeszcze na koniec dwie rzeczy. Kim jest Rafał, zwykły facet, który ma na tyle zryty baniak, żeby w Polsce próbować robić komiksy i jeszcze przy tym nie utopić, ale jeszcze do tego facet, który para się… czym… no właśnie?

Ostatnio mieliśmy w Krakowie spotkanie komiksowe. Miała to być impreza mała, ale zrobiło się z tego spotkanie. Też była rozmowa o „Blerze” i mówię, że żeby wydawać w Polsce komiksy to trzeba być frajerem i Artur Wabik z wydawnictwa Atropos to podłapał i w jakiś sposób przyznał mi rację. Ale potem wyszło tak naprawdę, że żeby robić komiksy to trzeba się zajmować czymś innym. Ja też się zajmuje czymś innym, zarabiam w reklamie, ilustracjach, w różnych rzeczach, okolicznościowych komiksach, okładkach, nawet projekty do gier komputerowych robiłem. Także tutaj zarobek, a „Bler” to żeby nie zwariować. To jest ten moment powietrza w dusznym świecie reklamy, dzięki któremu jestem w stanie dalej funkcjonować.

 

Robiłeś też projekty komiksowe komercyjne. Robiłeś słynny komiks o papieżu, pracowałeś przy „Słynnych polskich olimpijczykach”. Czy w ogóle istnieje rynek dla komercyjnego komiksu w Polsce i czy to jest rynek, który można traktować poważnie?

Nie. To znaczy komiks jest wykorzystywany. Pojęcie o komiksie u nas często jest takie, że wielu tych gości na hasło komiks, to akurat jest chwalebne, widzą np. komiksy Wróblewskiego. I to jest model, jeżeli zrobisz  drugiego Wróblewskiego to jest OK. Niestety scenariusze do tego są pisane na kolanie  często, 15 minut przed wysłaniem do autora. Komiks pełni rolę służebną. Zróbmy komiks bo musimy np. rozreklamować mydło, płatki, czy coś. Generalnie nikt się nie interesuje czy to będzie mądre, bo przecież to jest komiks – to mądre być nie musi.

 

Jakie są reakcje na to w środowisku? Kiedy ostatnio Bartek Sztybor, który był uważany za jednego z najpłodniejszych i najciekawszych warszawskich scenarzystów zaczął brać udział w projektach komercyjnych to podniosło się – niedużo, ale jednak – kilka głosów krytycznych. Ktoś powiedział – „sprzedał się” –  i mógł to być żart, ale to jednak padło. Środowisko patrzy jakoś inaczej, jest wyraźnie wyczuwalne negatywne nastawienie np. do komiksów historycznych, które uważane są za propagandowe.

Wracając do Bartka, to on to fajnie zrobił to, co zrobił. Czasem pozwolą Ci dać trochę od siebie i myślę, że Bartek trochę od siebie dał i to rzeczywiście wyglądało fajnie. Gorzej jak Ci ograniczą wszelkie możliwości i jeszcze narysują na kartce szkic i tak ma być; i jeszcze pokażą tego Wróblewskiego – tak ma być.

 

Dobrze jak tego Wróblewskiego, a nie na przykład „Włatców  móch”.

No tak. Tak też bywa. W każdym razie, o czym było pytanie?

 

O nastawienie środowiska do pracy przy komercji.

Nie, no nikt mnie nie linczuje. Dużo rysowników jak Piorunowski, Truściński, Tomaszewski – wszyscy ci ludzie pracują w reklamie; pewnie wielu z młodego pokolenia – chociażby Adler, cała grupa osób. Z czegoś musimy żyć, prawda? Ja traktuję to jak ćwiczenia fizyczne. Gdzieś kiedyś czytałem, ze Prince wstaje o 9 rano i brzdąka na gitarze do 12. To taki odpowiednik robienia pompek w więzieniu. W każdym razie gdzieś te ćwiczenia muszą być, gdybym zajmował się czymś innym nie miałbym na to czasu, nie rysowałbym i pewnie robiłbym to, co robię dużo gorzej. A mam szansę poszerzać swoje możliwości cały czas rysując. A że robię do reklamy? Nie ma w tym nic złego. I jeżeli robię to przyzwoicie, a wydaje mi się tak to wygląda, nie ma w tym nic złego. Natomiast często moich rzeczy nigdzie nie widać na świecie. Ja narysowałem przez ostatnie 7 lat z 10000 rysunków storybordowych jak nic, pewnie nawet trochę więcej już w tej chwili. Świat tego nie widział generalnie. Nie jest to nic z czym można by się afiszować. Nie dlatego, że one są marne jakościowo tylko jak to zaprezentować? Raz, że klient nie chce, nie można wszystkiego pokazać bo to są ich pomysły; dwa, że jest to na ich użytek wewnętrzny i ląduje i tak prędzej czy później w koszu. Dopiero po latach można gdzieś tam się pochwalić, i to też poszczególnymi kadrami, nie można całej historii pokazać. Tak, że tak wygląda ta praca. Trochę inaczej jest jak uda się zrobić jakiś rysunek do publikacji czy na bilboard  i tak dalej. Ale o ile Bartek Sztybor mógł coś wymyślić, jakąś swoją inwencję sprzedać, o tyle rysownik jest chyba bardziej ograniczony. Czasem mu pozwolą, czasem nie.

 

No właśnie. Proszę Państwa, Rafał Szłapa, ojciec Blera, którego jeżeli jeszcze nie czytaliście, powinniście się z nim zapoznać. Jest do dostania pierwszy album, drugi już za pół roku w Łodzi będzie także do dostania. Jeszcze coś na koniec, żeby odbiorców zachęcić, zniechęcić, obrazić albo cokolwiek innego?

Myślę, że warto się z tą historią zapoznać, niesie jeszcze wiele niespodzianek i zaskoczeń. Mam nadzieje, że nie obrażą się na mnie fani komiksu superbohaterskiego po tej drugiej części, fani komiksu innego być może się zdziwią. Dokładam starań i maksimum swojego czasu, żeby dać światu produkt przyzwoity. Tak, żeby nikt się nie musiał wstydzić, że to czyta; żebym ja się nie musiał wstydzić, że to narysowałem. I mam nadzieję, że tak to się będzie układać.

Bartek Biedrzycki

Autor książek, komiksów, podcastów i papierowych modeli.

Może Ci się również spodoba