Zanik ideowości zinowej

Pierwotnie opublikowany w tygodniku Kultura Liberalna

W najnowszym numerze kwartalnika kultury komiksowej „Ziniol”, w kolejnej odsłonie ciekawego, historyczno-wspominkowego cyklu o zinach komiksowych, autor Dominik Szcześniak jakby mimochodem stawia ciekawą, aczkolwiek karkołomną tezę na temat zinów i obecnej kondycji tego segmentu rynku polskiego.

Tezę tę nadzwyczaj łatwo przegapić, bo nie jest ona w zasadzie treścią tekstu, a pojawia się w pierwszych zdaniach, służąc jako wprowadzenie prawdopodobnie mające pozytywnie nastawić czytelnika do opisanych, minionych już, zjawisk komiksowych nad Wisłą. Pozwolę sobie całość stwierdzenia zacytować na wstępie tego tekstu.

„Patrząc na obecnie panującą bezideowość, bezprogramowość i bezrefleksyjność zinów, można zatęsknić za starymi, dobrymi fanzinami epoki ksero”.

Muszę przyznać, że określenie „karkołomna” walczy o palmę pierwszeństwa z kilkoma innym określeniami. Z przykrością przyznaję, że odniosłem wrażenie, iż autor tekstu współczesnych zinów nie czytuje (czy też raczej magazynów komiksowych, które naturalną koleją rzeczy wyparły kserograficzne wytwory, kiedy nadeszła epoka taniego druku cyfrowego – niby jeden krok na ewolucyjnej drabinie technologii, ale dla odbiorcy to prawdziwy skok jakościowy). Mam wrażenie, że nie czytuje, gdyż w przeciwnym wypadku nie napisałby może tych słów – mogę się jednak mylić, bo może faktycznie lubi produkcje starsze, tak jak są ludzie, którzy przedkładają pierwszą serię „Star Trek” nad „Next Generation”.

W dzisiejszych czasach, nie tak znów odległych od zamierzchłego roku 2003, o którym wspomina Szcześniak w swoim tekście, ksero praktycznie wyszło z użycia ze względu na wspomniany druk cyfrowy. O ile w sytuacji bez alternatywy Mateusz Skutnik mógł deklarować, że „siermięga” i gorsząca jakość to środek artystyczny, dziś wydaje się, że komiks polski ma takie poszukiwania „artystyczne” za sobą. Jak zresztą całą wielką falę komiksu artystowskiego z okresu tzw. „wielkiej smuty”.

Wiadomo też powszechnie, że „czasy dobre przeminęły ekspresowym już pociągiem”, jak śpiewał Kazik Staszewski, mam jednak wrażenie, że, o ile zarzucanie obecnym magazynom komiksowym bezprogramowości można spokojnie przełknąć (chociaż należy zadać sobie pytanie, czy faktycznie każdy periodyk musi być z założenia programowy, czy też wolno mu być po prostu branżowym periodykiem), o tyle bezrefleksyjności przełknąć już nie mogłem. Pozwoliłem więc sobie poprosić o komentarz kilka osób, które z magazynami – spadkobiercami zinów – oraz z klasyczną kseroprasą mają dziś do czynienia.

* * *

1. Tomasz Pastuszka, znany w środowisku jako Asu, kojarzony jest głównie jako twórca i naczelny legendarnego w pewnych kręgach zina „Jeju”. W drugiej połowie pierwszej dekady XXI wieku to właśnie „Jeju” wyznaczało standardy edytorskie i techniczne dla nowych, nadchodzących magazynów. Po ośmiu numerach zostało zawieszone, a Pastuszka wraz z Piotrem Nowackim i Bartoszem Sztyborem stworzyli kwartalnik „Karton”, będący obecnie jedynym magazynem w formacie zeszytowym na rynku. Zapytany o tezę dotyczącą upadku współczesnych zinów, Tomek pozwolił sobie na następujący komentarz:

„Tęsknota za epoką kserowanych zinów to odpowiednik stwierdzenia »za komuny było lepiej«. Jest to refren ludzi nieumiejących dostosować się do zmian, które ciągle następują. Niekoniecznie też chce się z tym polemizować. Beton to beton. Nie jest elastyczny.

A teraz, nawet w takiej dziedzinie jak ziny czy niskonakładowe magazyny komiksowe, liczą się prawa wolnego rynku. Trzeba budować relacje z czytelnikiem, którego niekoniecznie znamy osobiście. Z pewnością kserowanie komiksów w nakładzie 100 egzemplarzy, których odbiorcami są w większości znajomi, ma swój urok i nikt nie mówi, że nie można tak działać i dzisiaj. Mnie jednak to nie interesuje. Mamy internet, nowe możliwości druku oraz nowych, innych czytelników komiksu. Twierdzenie, że kiedyś było lepiej, to twierdzenie osoby, która sobie w tej nowej sytuacji kompletnie nie radzi.

Tym bardziej narzekaniem nie zachęci się czytelników do swojego produktu. Chyba, że celem jest sukces na miarę »Komiks Forum« – w tym przypadku też »kiedyś było lepiej«.

Osobiście jestem zadowolony z tego, jak jest i staram się dostosować do kolejnych zmian tak na rynku, jak i w życiu. Nikt nie mówi, że to łatwe, ale jeśli nie czerpiesz z tego przyjemności to zostaw to człowieku w cholerę”.

* * *

2. W podobnym tonie, odnosząc się również do zarzutu bezideowości, bezprogramowości i bezrefleksyjności wypowiada się Łukasz Mazur, redaktor „Kolorowych Zeszytów”, a także współtwórca i redaktor magazynu „Biceps”, jednego z najmłodszych przedsięwzięć na polskim rynku magazynów komiksowych, który prowadzi wspólnie z Mateuszem Trąbińskim i Jackiem Jastrzębskim.

„Kiedy pewnego razu TeO zapytał »A myślałeś o tym, żeby stworzyć jakiegoś zina?« nie sądziłem, że określenie naszego późniejszego tworu (»Biceps«) tym terminem będzie tak kłopotliwe. Wychowany na terminologii, według której owe trzy litery oznaczają po prostu coś robionego przez fanów dla fanów, zostałem szybko sprowadzony na ziemię rozszerzeniem tej definicji o »sprzedawany z plecaka na schodach pomiędzy jednym piwem a drugim«. To byłoby jeszcze do przełknięcia i dałoby się zrobić. Gorzej z tym, o czym w ostatnim numerze »Ziniola« pisze Dominik Szcześniak – ideowość, programowość, refleksyjność. Poważne terminy, które mi kojarzą się bardziej z polityką niż komiksowym zrywem kilku znajomych.

Przy wstępnych ustaleniach, jaki w zasadzie ten »Biceps« ma być, nie myśleliśmy o ideach i programach. Podstawą dla nas była (i jest nadal) dobra zabawa, jaką mamy przy tworzeniu i jaką – mamy nadzieję – mają czytelnicy podczas lektury. Chcemy wyjść nieco poza schemat periodyku, który można przekartkować, zapoznać się z komiksami, publicystyką i odłożyć na półkę – stąd też krzyżówka czy komiksowe kulinaria, które powinny przyciągnąć na nieco dłuższą chwilę, jak również inne tego typu rozwiązania i nowości, które przedstawimy światu w numerze najbliższym. Jeśli zaś chodzi o same trzewia, to chcemy, aby w naszym zinie/»zinie«/wyrobie zinopodbnym pojawiali się twórcy, których ciężko szukać w innego tego typu produkcjach – jak chociażby Jacek Skrzydlewski czy Przemek Badowski z numeru pierwszego. Sami decydujemy, kogo zaprosić do kolejnych odsłon i dajemy twórcom wolną rękę w tworzeniu (mamy jednak pewne wytyczne co do treści – np. niekoniecznie chcielibyśmy u siebie publikować »ch… w d…«), bez narzucania tematów (jak to jest w »Kolektywie«) czy formy graficznej (»Karton«).

Patrząc na pojawiające się od jakiegoś czasu raz po raz głosy, czym jest prawdziwy zin, a czym nie, mam wrażenie, że musi być to coś wielce ambitnego, z co najmniej trzecim dnem w każdym prezentowanym komiksie, często zrozumiałym (albo i nie) jedynie dla jego twórcy (OK, wyolbrzymiam). O formie – najlepiej topornym ksero – wspominać nie będę… U nas chodzi o czystą zabawę z tworzenia, składania, drukowania, pojawiania się na konwentach z nowymi odsłonami periodyku, czytaniu późniejszych recenzji i opinii. Zajawka jest naszym głównym celem. A jeśli to nie wystarcza, to bez żalu złożymy własnoręcznie zrobioną z ziemniaka pieczątkę »Biceps-zin« i będziemy dalej robić swoje.

Rok temu bawiliśmy się tylko w kupowanie komiksów i zbieractwo. Teraz sami stawiamy pierwsze kroki przy wydawaniu, więc ciągle się uczymy i rozwijamy. I będziemy w to brnąć póki będziemy z tego czerpali przyjemność”.

* * *

3. Ciekawą opinię na temat potrzeby programowości i ideowości w zinach dorzuca także do tej wymiany uwag Katarzyna Szaulińska, autorka komiksów mocno zaangażowanych, programowych i ideowych, poruszających chociażby takie zagadnienia społeczne jak zawodowe możliwości kobiet w średnim wieku czy kwestie związków homoseksualnych. Chociaż pojawia się w antologiach, takich jak „Bostońskie Małżeństwa”, to bardzo często korzysta też z instytucji samizdatu, sięgając po ksero jako środek poligraficzny.

„Owszem, wydaje mi się, że ziny są bezideowe i bezprogramowe, co wcale nie znaczy bezwartościowe. Odnoszę wrażenie, że zin jest tworem powstającym z inicjatywy komiksiarzy i skierowanym do innych komiksiarzy, czyli działającym w obrębie zamkniętej grupy. I to grupy cechującej się moim zdaniem niskim poziomem niezadowolenia z życia, z zastanej rzeczywistości i buntowniczości, które to cechy są nieodmiennie związane z ideowością. Jeśli nawet rzeczywistość nie jest taka jak powinna, to dla przeciętnego komiksiarza, takiego, jakim go znam, rozwiązaniem jest ucieczka w świat fantazji. I fajnie. Nie trzeba lubić zmieniania świata.

W moim przypadku komiks jest tylko środkiem przekazu, a nie medium, które musi być związane z obecnością fantazji i superbohaterów. Jest łatwy w odbiorze, oferuje przekazywanie treści w formie niewymagającej wysokiego poziomu koncentracji. Łatwo mi w nim połączyć wątki humorystyczne z poważnymi.

Ale głównym powodem, dla którego wybrałam formę własnoręcznej kserówki dla »Les-dar« i teraz »Wyprawy na punkt G« jest moja grupa targetowa. W pierwszym przypadku były to lesbijki, teraz są to wszystkie osoby zainteresowane seksem. Ciężko byłoby do nich wszystkich trafić poprzez hermetyczny fanzin, którego treść jest zazwyczaj diametralnie inna od moich komiksów. A ja nie lubię tworzyć »pod zin«, tylko rysować to co chcę, na moje »ciężkie, niewygodne, kontrowersyjne tematy«, a potem szukać najodpowiedniejszej formy kolportażu. Muszę przy tym przyznać, że sprzedaż bezpośrednia jest dla mnie bardzo przyjemnym doświadczeniem, pozwalającym na otrzymanie szybkiej informacji zwrotnej i bezpośredni kontakt z czytelnikami”.

* * *

4. Z podobnej pozycji co Szaulińska, patrzy na zagadnienie autor ukrywający się pod pseudonimem Ojciec Rene. Ten niezwykle płodny komiksiarz, który pojawił się na rynku zaledwie 2–3 lata temu, może być uznany za polskiego króla samizdatu – nie ma praktycznie kwartału, aby światła dziennego nie ujrzał kolejny zeszyt spod jego ręki, a są to wszystko historie obrazoburcze, bezkompromisowo skandaliczne. W opinii wielu osób jest to jednak wyjątkowo celna satyra, chociaż bliższa komedii raczej chodnikowej niż salonowej. Tak oto mówi o rzekomej bezprzymiotowości zinów:

„Moim zdaniem ziny spełniały, wciąż spełniają i będą spełniać ważną rolę. Nie zgadzam się z tezą, że są bezprogramowe, bezideowe i bezrefleksyjne. Ich zadaniem jest m.in. promowanie nowych, mało znanych twórców (»Album Odrzuconych«, »Nansze«, »GTP«, »Hardkorporacja«, walka z homofobią (»Nansze«, Komiksy Ojca Rene), gloryfikowanie kobiecości i poszukiwanie sensu życia (»Nansze«) lub też po prostu dobra zabawa (genialny »Karton«, »Kolektyw« etc.).

Nie jestem specjalistą od »starych, dobrych zinów epoki ksero«, generalnie pierwszym zinem, z jakim się zetknąłem, było »Nansze« tworzone przez siostry Edytę Mei i Martę Nieznayu. To one zaproponowały mi »współpracę«, to w ich zinie ukazywały się moje prace i to ich zin zachęcił mnie do publikowania własnych.

Ignoranci nie mieliby problemu z zarzuceniem moim zinom owej bezideowości i bezrefleksyjności. Nie twierdzę, że moje wydawnictwa są czymś wyjątkowym czy też czymś naprawdę wartościowym – moim pierwszorzędnym celem jest dobra zabawa, realizowanie samego siebie, krytykowanie i wyśmiewanie, ewentualnie po prostu pokazywanie zjawisk społecznych i zachowań ludzkich w przejaskrawiony sposób. Te ziny są odpowiedzią na rzeczywistość – dużo osób może w nich znaleźć coś dla siebie. Chciałbym móc powiedzieć, że nie tylko bawią, ale i zmuszają do pewnej refleksji. Ale to już zależy od tego, kto je czyta i w jakim celu, czy chce zobaczyć coś więcej, czy skupia się jedynie na »kur… « i »wackach«”.

* * *

Z przytoczonych wypowiedzi widać więc, że twórcy współczesnych zinów nie tylko odrzucają technologiczne średniowiecze i nie tęsknią za rozmazanym, niewyraźnym kopiowaniem na ksero (sam Szcześniak zresztą nie zawsze zdaje się był przekonany o wyższości ksero, skoro zdecydował się po czterdziestu numerach powielaczowego zina na przejście do pierwszego obiegu i profesjonalny druk magazynu pod skrzydłami wydawnictwa timof i cisi wspólnicy), ale także nie zarzucają sobie bynajmniej upadku ideowego i programowego pism, które prowadzą i do których tworzą.

Od siebie, w oparciu o czteroletnią pracę w redakcji magazynu „Kolektyw”, który do „Ziniola” prowadzonego przez Szcześniaka jest (przynajmniej od strony technicznej) bardzo podobny, mogę także dorzucić brak zgody na tezę o bezrefleksyjności i bezideowości. Wprawdzie w pierwszym wstępniaku do opublikowanego wiosną 2007 premierowego numeru napisałem, że „kiedy zebraliśmy się razem w netKOLEKTYWie, nie mieliśmy zamiaru ani »wytyczać nowych szlaków«, ani »ruszać z posad bryłę świata«” i nadal się z tym zgodzę, lecz dodałem także, że „chcieliśmy za to robić jak najlepsze, coraz lepsze komiksy”. Czym, jeśli nie piękną ideą jest tworzyć coś, co daje satysfakcję czytelnikowi? Czy nie jest etosem ciężka praca nad poprawieniem swojego produktu, czy refleksji nie wymaga przyjęcie krytyki i poprawa błędów? Być może nie o to chodzi i być może po prostu robienie dobrych komiksów nie jest sztuką. Czy jednak rzeczywiście komiks musi na siłę udawać inne dziedziny sztuki, musi mieć programy, grupy, idee i całą resztę?

O tym, jak zawsze, decydują czytelnicy. Zwykle portfelem.

Bartek Biedrzycki

Autor książek, komiksów, podcastów i papierowych modeli.

Może Ci się również spodoba