Kiedy Niemcy byli kotami. O słynnym komiksie „Maus” Arta Spiegelmana

Pierwotnie opublikowany w tygodniku Kultura Liberalna

Próba napisania recenzji komiksu „Maus” Arta Spiegelmana nawet wytrawnego recenzenta musi przyprawić o pewien dreszcz. I nie chodzi wcale o to, że trudno o tym komiksie cokolwiek napisać; lub że trudno napisać źle; bądź też, że nie da się recenzji przyoblec w pseudointelektualny autoerudycyjny bełkot, pełen siedmiosylabowych wyrazów pochodzenia obcego. Problem z recenzowaniem komiksu „Maus” jest taki, że jest to dzieło znane i uznane, a co za tym idzie, na przestrzeni ostatnich dwóch dekad napisano o nim w zasadzie wszystko, co było można. Gdybym jednak miał podjąć się zrecenzowania tegoż komiksu z racji nadarzającej się świetnej okazji, jaką jest ponowne wydanie polskie, którym uraczył nas POST (co ważne, jest to wydanie zbiorcze, więc za jednym zamachem dostajemy całość tej świetnej historii), to są pewne rzeczy, o których w swoim tekście po prostu musiałbym powiedzieć.

Z pewnością mógłbym zacząć od anegdotycznej wręcz sławy „Mausa”, o którego istnieniu wiedzą nawet komiksowi laicy, tacy jak jeden z moich przyjaciół, który przywołał kiedyś w rozmowie „ten komiks, kiedy Niemcy byli kotami”. Bez wątpienia dokonałbym szybkiej, lecz błyskotliwej analizy ciekawego formalnie i nowatorskiego (szczególnie dla osób obytych z komiksem w stopniu zerowym) zabiegu zamiany postaci na antropomorfizowane zwierzęta, których gatunek zależny był od narodowości. W tym kontekście bez wątpienia czułbym silną chęć przywołania innych dzieł posługujących się podobnymi zabiegami oraz wspomniał polskie doświadczenia na tym polu, wraz ze słynną „małpą w harcerskim mundurze” i być może bardziej aktualnymi antropomorfami.

Nie byłbym także w porządku, gdybym chociaż nie napomknął o kontrowersjach towarzyszących przedstawieniu Polaków jako świń, które pojawiały się jeszcze przed polską premierą, a także wróciły po tejże. Należałoby także, oczywiście, przytoczyć tu wyjaśnienia samego Spiegelmana, aby nie wyjść na małostkowego Polaczka, lecz raczej bystrze wcisnąć się w szufladkę oświeconego kosmopolity.

Załatwiwszy kwestię oprawy graficznej dzieła – nie omieszkawszy uprzednio uraczyć czytelnika garścią komunałów o pozornej prostocie, dodającej głębi i siły wyrazu – mógłbym przejść do rzekomej analizy oraz wątpliwej pod względem merytorycznym oceny treści samego komiksu. Bez wątpienia w tej sekcji recenzji znalazłyby się przykłady innych przedstawień Holokaustu, ich siły, wiarygodności i zgodności z prawdą historyczną. Gdybym poczuł w sobie chęć walki historiozoficznej, bez wątpienia mógłbym, startując z pozycji kontestacji przedstawionych w utworze polskich szmalcowników, odwołać się do bardziej aktualnych kontrowersji narosłych w tej kwestii z okazji niedawnej premiery literackiej. Byłaby to także doskonała okazja, aby wykazać się listą lektur dotyczących nie tylko kwestii Zagłady (koniecznie pisanej nieco pretensjonalną, wielką literą), daleko wykraczającą poza szkolny kanon obowiązkowy.

Ostatecznie, po intelektualnym wyżyciu się mógłbym przejść do kwestii technicznych i niezbyt długim akapitem pochwalić doskonałe wydanie w twardej oprawie, na dobrym papierze i z obwolutą, dziwiąc się w udawanej naiwności, że komiks może tak bardzo przypominać książkę. O ile nie uznałbym tego za deprecjonujące dzieło. Czym innym jest bowiem usilne zrównywanie z literaturą, jako rzekomo bardziej wartościowym medium, czym innym zaś porównania stricte techniczne. Mógłbym nawet nieco karkołomnie przywołać słynną w środowisku wymianę zdań Szymona Holcmana z Karolem Konwerskim odnośnie przyłożenia literackich narzędzi do oceny komiksu jako dzieła literackiego, a także jego klasyfikacji jako takiej. Szczególnie, że nazwiska takie jak Jacques Derrida robią duże wrażenie na czytelnikach poradników w stylu „Jak opanować literaturoznawstwo w weekend”.

W całym tekście – oczywiście! – nie pozwoliłbym sobie ani razu na użycie fatalnie kojarzącego się słowa „komiks”, zastępując je sprytnie wytrychem „powieść graficzna”, bądź wręcz, schlebiając ksenofilskim gustom biurowej klasy średniej, używać określenia „graphic novel”, aby przypadkiem laik nie zorientował się, że „Maus” należy do tego samego medium, co, nie przymierzając, jakiś „Jeż Jerzy”.

W ostatnim, podsumowującym akapicie pozwoliłbym sobie prawdopodobnie na czerstwy żarcik, trącący banałem cytat z uwielbianego przez bezmyślną masę popkulturowego pisarzyny, bądź – chcąc wykazać się jeszcze większym polotem – starał się spiąć swobodną klamrą owo podsumowanie ze sprytnie zamaskowanym w tytule cytatem. Oczywiście, wszystko to jedynie, gdybym na serio chciał napisać dętą i – co za tym idzie – głupią recenzję, po której i tak nikt po komiks Spiegelmana nie sięgnie.

Napiszę więc tylko jedno: ludzie kochani! ten komiks, tak, ten z tymi Myszami, Świniami i Kotami, ten o Auschwitz, no… to on Pulitzera dostał!

Sami obadajcie czemu.

Bartek Biedrzycki

Autor książek, komiksów, podcastów i papierowych modeli.

Może Ci się również spodoba