Przełomem będą ćmy

Wywiad z Tomkiem „Asu” Pastuszką, jednym z najbardziej płodnych i ciekawych twórców tzw. „nowej fali”, redaktorem magazynów „Jeju” i „Karton”, aktywistą, animatorem środowiskowym i bystrym komentatorem polskiej rzeczywistości.

Tomasz Pastuszka, bardziej rozpoznawalny pod pseudonimem Asu, to w polskim światku komiksowym postać znana. Twórca i redaktor naczelny zina „Jeju”, który kilka lat temu przecierał ponownie szlaki i wyznaczał trendy; współzałożyciel i redaktor magazynu „Karton”, który wytycza nowe ścieżki właśnie teraz; autor niezliczonych scenariuszy i rysunków do komiksów publikowanych we wszystkich liczących się wydawnictwach ostatnich kilku lat. Do tego bystry i ironiczny obserwator polskiej rzeczywistości w serwisie Paski.org. I, nie zapominajmy, jeden z twórców Polskiego Stowarzyszenia Komiksowego.

Przyznaj się, to nie jedna osoba, ale instytucja składająca się z wielkiego zespołu pozbawionych twarzy niewolników?

Twarz jest jedna, ale ma bardzo podkrążone oczy, które stale, coraz bardziej się zapadają do środka.

Ja nie potrafię nie robić komiksów. Taki stan chyba określamy „pasją”. Nie zaprzeczę, że nierzadko ma to destrukcyjny wpływ dla prywatnego życia i relacji rodzinnych, ale póki co, jest mi to stale wybaczane. Na taki stan rzeczy zdecydowanie może mieć wpływ fakt, że dość późno zainteresowałem się komiksem i mam dużo do nadrobienia w tej materii. Ba! Byłem jednym z tych, którzy uważali komiks za coś niepoważnego i, że się tak wyrażę, dokuczałem znajomym, którzy komiksami się zaczytywali. Teraz odkupuję swoje winy. A wiedząc jaki byłem, chcę „nawrócić” podobnych mi, dlatego pcham się do każdej akcji około-komiksowej w miarę możliwości. Cały czas jednak czuję niedosyt.

Ciekawa sprawa. Wychodzi na to, że to nie była „miłość od kołyski”? Brak będzie w tym wywiadzie klasycznego punktu „Czytałem Christę w przedszkolu” w takim razie. No dobrze, ale skoro nastąpił tak nagły i diametralny zwrot, to coś musiało go spowodować i było to chyba nie byle co, skoro od hatera nagle przeszedłeś na pozycję animatora i jednego z największych aktywistów środowiska, przynajmniej w centrum kraju?

Czytałem Christę w szkole podstawowej. Jak i Asteriksy, Donaldy i całą masę komiksów wydawanych przez TM-Semic. To za sprawą sprytnego systemu w szkolnej bibliotece, który nagradzał dzieci, które wypożyczały najwięcej książek. Kujony rzuciły się na lektury, a ja w ekspresowym tempie nabiłem rekordowy licznik czytając wszystkie komiksy w zasobach biblioteki (a całkiem sporo tego było, czemu się w sumie po czasie trochę dziwię… Komiksy? W szkole? Wow!). Po komiksach przeczytałem wszystkie tomiki poezji i bajki. Byłem mistrzem statystyk.

Najwięcej jednak komiksów przeczytałem podczas aktywnego udziału w szkolnych akcjach zbierania makulatury. Było coś takiego, jak Liga Ochrony Przyrody, do której pani od biologii zapisywała swoich uczniów pod rygorem zaliczenia przedmiotu. Z racji, że z biologii na tym etapie edukacji byłem orłem, zostałem dopuszczony do kluczy od kantorka sali biologicznej. Dokarmiałem zwierzęta w terrariach. Nauczyłem się, że świnki morskie nie trawią kiełbasy, a od gotowanego kartofla kiśnie woda w akwarium. Przy okazji rozkręciłem biznes na makulaturze. W stertach składowanych w kantorku wygrzebywałem komiksy i czasopisma kolorowe, które potem sprzedawałem w szkole. Wszystko wcześniej dokładnie czytając.

Więc nie było tak, że nie wiedziałem, co to komiks. Nawet miałem kilka w domu. „Hugo – Błękitną perłę”, Tytusa „Wkrętacz” i kilka Donaldów. Zbierałem „Donaldowy Łamacz Głowy”. Jestem fanem wszelkich łamigłówek logicznych.

Nie zmienia to wszystko faktu, że za fana komiksu się nie uważałem. W liceum już jak znajomego zobaczyłem z Produktem w rękach, wyśmiałem go. Ale pytałeś o zwrot. Kilka było czynników i jeden zdecydowany punkt zwrotny.

Po pierwsze zawsze lubiłem rysować. W szkole podstawowej byłem człowiekiem fabryką prac plastycznych dla całych klas. W ciągu godziny lekcyjnej wykonywałem takich 6 do 10. Płacono mi produktami spożywczymi, bądź w gotówce.

Po drugie – pisałem książki. Żadnej nigdy do końca nie napisałem, ale stworzyłem wiele fantastycznych historii. Z niektórych po face-liftingu korzystam i dziś. Po trzecie zacząłem rysować komiks. Jeden komiks na spółkę z kolegą z ławki, Tomkiem Kapuścińskim. Wpierw kadr po kadrze, na przemian. Następnie strona po stronie. Stworzyliśmy chyba kilkaset stron na kartkach w kratkę, gdzie nauczyciele ginęli w przeróżny sposób zabijani przez nas. Niektórzy się odradzali tylko po to abyśmy mogli zabić ich raz jeszcze. Komiks ten tworzyliśmy cienkopisami. Czarnym i czerwonym.

Wtem! Wyrzucony zostałem ze szkoły. W czwartej klasie. I to jest ten przełom. Kac moralny, jaki miałem patrząc na kłopoty jakie narobiłem moim rodzicom pchnął mnie w świat książek, kina i teatru. Zmieniłem się niemalże z dnia na dzień. Nadal rysowałem komiks. Tym razem byłem z tym sam. Tak zaczął się „Hadrian Gadająca Skarpeta Detektyw”. A ja szykowałem się na studia.

No właśnie, co świetnie prowadzi nas do kolejnego pytania z worka „wciąż to samo co zawsze”, czyli do Hadriana – Gadającej Skarpety Detektywa. Jest to chyba najstarsza dostępna powszechnie z twoich produkcji, przyznam się zresztą, że dla mnie pierwsze zetknięcie z Asu i jego komiksem w ogóle. Wiem już teraz, skąd wzięła się postać Polonisty…

Hadrian był postacią dość, hm, niecodzienną? Był też chyba zapowiedzią całej plejady „dzieci”, które stworzyłeś. Łączy je kilka rzeczy – większość jest śmieszna, ale niekoniecznie komiczna – raczej to postacie śmieszne ze względu na swoją widoczną bądź ukrytą ułomność. Mimo tego, że przecież powołałeś do życia wielu klasycznych superbohaterów, jak chociażby Glon.

Skąd pomysły na takie właśnie postacie i czy mam rację, mówiąc o tym rysie tragizmu? Którego ze swoich bohaterów darzysz największą sympatią?

Ja zazwyczaj nie lubię moich bohaterów. Zawsze muszę się powstrzymywać, aby któregoś nie zabić. Nie zawsze mi się udaje. Co do tych ułomności, to nie zwracałem na to uwagi, ale faktem jest, że nie rysuję nigdy postaci, do której nie miałbym gotowego w głowie życiorysu. Nawet jeśli jest to zwykły pasek. Jeśli nie wcześniej to w trakcie szkicowania układają mi się w głowie koleje losu danej postaci. Ja to wszystko wiem, ale czytelnik prawie nigdy. Dla mnie ułatwia to tworzenie, bo dobrze skonstruowanego bohatera zwyczajnie wpuszczam w pewną scenę i nawet nie muszę wymyślać nic więcej, bo akcja się dzieje sama. Postać reaguje, a ja się skupiam na odpowiedniej narracji tego co widzę w głowie.

Przełomem będą „Ćmy”, które publikuję w „Kartonie”, a których masa plansz wala mi się po pokoju. Tam często pokazuję, skąd się biorą blizny bohaterów. Mam spisaną całą fabułę. Do każdej postaci mam życiorys. Zderzam ich w różnych miejscach i czasie, pokazując reakcje jednocześnie stopniowo dawkując informacje z przeszłości. Uwielbiam pracę nad tym komiksem, bo dość często wynik zaskakuje mnie samego. Ale to raczej w dialogach i mniejszych scenkach, bo kluczowe momenty, już dawno są spisany, czy narysowane.

A jaką postać najbardziej lubię? Zdecydowanie był to Cwany Pajac z „Hadriana Gadającej skarpety”. Urzekał mnie swoją prostolinijnością i głupotą. Była to postać, której nawet zazdrościłem tego jak patrzył na świat. Dlatego musiałem go zabić.

Najbardziej lubię zabijać postacie, które gromadzą wokół siebie wiele pozytywnych emocji. Wtedy efekt śmierci jest wyraźniejszy. Wzbudza więcej emocji. Bardzo lubię grę na emocjach. Cwany Pajac potem wrócił, bo nie potrafiłem kontynuować tego komiksu bez niego. Stanowił równowagę dla chamstwa Hadriana. A wspomnianego Glona bardzo nie lubię. Służył mi tylko jako trening przed „Ćmami”. Niech teraz spada. Niechętnie wracam do porzuconych postaci, tak jak nie utrzymuję kontaktu z żadną z moich byłych dziewczyn.

„Ćmy” to twoja nowa seria w odcinkach. W odróżnieniu od właśnie Glona, którego też można za taką uznać publikowana jest regularnie, w magazynie „Karton”. Piotrek Nowacki, naczelny Kartonu, opowiadał trochę w niedawnym wywiadzie na Kolorowych Zeszytach o twoim, swoim i Bartka Sztybora zaangażowaniu w tę inicjatywę. Jak to wyglądało z twojej strony? Dla „Kartonu” zawiesiłeś wydawanie „Jeju”, zina, który w niektórych kręgach był już legendarny i który ukształtował na dobre polskie środowisko magazynów komiksowych, takich chociażby jak „Kolektyw”, który uważać można za bezpośredniego spadkobiercę. Porzuciłeś „Jeju” bez żalu? Czym różni się praca nad okazyjnym, undergroundowym zinem od pracy nad regularnym magazynem z ambicjami na odbiorcę masowego?

„Jeju” odwiesiłem na bok. Bez żalu. Wrócę do niego, jeśli znajdę jakiś ciekawy pomysł na nowy kształt. I jak znajdę trochę czasu. „Karton” wygrał właśnie pomysłem. Piotrek przedstawił mi świetny plan z zebraniem ludzi tworzących w cartoonowej stylistyce i strasznie się tym zajarałem. Nieocenione jest też, że w przypadku „Kartonu” mamy genialny zespół. Każdy nowy pomysł omawiamy we trzech. Jest też klarowny podział obowiązków.

Ja jestem tylko techniczny. Wszystko, czego nauczyłem się przy pełnej błędów pracy nad „Jeju” staram się przekuć w sukces „Kartonu”.

Piotrek jest dosłownym ojcem w redakcji. Ma niesamowity talent do przekonywania ludzi i namawiania do współpracy. Zebranie takiej ekipy, jaka obecnie jest to wyłącznie jego zasługa.

A Bartek to nasze redakcyjne sumienie i źródło zdrowego rozsądku. Jak nikt inny potrafi przewidzieć ryzyko jakiegoś pomysłu, bądź przerobić średnie pomysły na genialne. To, że Karton jest profesjonalny to jego zasługa. Bartek zdecydowanie stawia na jakość we wszystkim co robi. W redakcji jest moim przeciwieństwem, ja chcę wszystko „szybko i dużo”. Bartek mniej, a dopracowane. Pojawia się Piotrek z salomonowym rozwiązaniem i jest idealnie. Daje się zauważyć nie tylko w „Kartonie”. Jeśli stworzymy we trzech jakiś komiks, będzie on też idealny. Zdecydowanie.

A wracając do „Jeju”. Jeśli wyznaczyło ono trendy, to chciałbym, aby teraz wyznaczał je „Karton”. To zwyczajny krok do przodu.

Jeśli stworzycie, no właśnie… Realizujesz się w krótkiej formie, co prawda bogatej – konkursy Muzeum Powstania Warszawskiego, seria w „Kartonie”, Paski.org, masa szortów w antologiach i okazjonalnych albumach takich jak „Komiksowe Becikowe”. Ale to wszystko są nadal szorty.

Tak, jak widać pewne ciśnienie w polskiej masie autorskiej „na papier”, tak samo wielu twórców chowa w szufladzie hołubione pomysły do „dłuższej fabuły”. Chcesz iść w kierunku albumu? Czy raczej, jeśli już, będzie to monografia? Czy też zupełnie nic z tych rzeczy?

Jest taka historia, którą roboczo nazwałem „Skraj świata”, którą już mam zaplanowaną na album od kilku lat. Jest to też album, którego najwięcej stron mam narysowanych, jednocześnie w ogóle go prawie nie zaczynając. Problem polega na tym, że ja zawsze chciałem narysować album komiksowy i zawsze chciałem aby było to coś niesamowitego. Każdą planszę rysowałem na max moich możliwości, co było błędem dla początkującego rysownika. Cały czas się uczę i gdy rysowałem na maxa, każda kolejna plansza była co raz lepsza. W rozpiętości 10 stron potrafiły zajść takie ewolucje, że zastanowić się można było, czy to nadal jest ten sam komiks. Więc zaczynałem od początku.

Ostatnio przy przeprowadzce policzyłem, że mam 14 wersji początku tego komiksu, z czego jedna sięga 42 stron. Większość powędrowała do kosza, kilka zostawiłem dla sentymentu i dlatego, że spodobała mi się ich kompozycja. Teraz od prawie dwóch lat projekt leży w zamrażarce, bo w międzyczasie dojrzał inny pomysł. A także dojrzałem ja. Mam już 74 strony z „Ćmami”. Dziś będzie już 75 wieczorem.

Rysuję „po swojemu” i nie silę się na maxa. Wiem, że nie jestem plastykiem. Skupiam się na historii, mimice i dialogach. Mimika jest bardzo ważna. Twarz ludzka jest ważnym nośnikiem informacji dlatego zawsze przykuwa nasz wzrok. W przestrzeni publicznej nasza percepcja intuicyjnie wpierw analizuje twarze ludzi w otoczeniu. Dobrą mimiką postaci nie tylko mogę uzupełnić dialogi, czy wręcz pozbyć się zbędnego tekstu, ale także odwrócić uwagę, od tego, że dłonie wyglądają jak ameby, albo nie ma w kadrze tła.

Innym powodem nie powstawania do tej pory dłuższej fabuły jest ciągła potrzeba informacji zwrotnej. Ja pragnę opinii. Najlepiej jak najszybciej. Rysując krótką formę, najlepiej pasek, już tego samego dnia mogę mieć opinię czytelnika. W tej chwili dojrzałem do albumu także i pod tym względem. Prawie całkowicie przestałem czytać, co w internecie piszą na temat moich komiksów. Tym sposobem zyskałem także dodatkowe kilka godzin czasu na rysowanie, czy pisanie. Ale także lepsze samopoczucie, mam też więcej pomysłów.

Piszesz scenariusze, rysujesz, wydajesz magazyny. Jesteś też aktywnym działaczem środowiskowym – ostatnio brałeś udział w „pokojowej demonstracji” Czytelnicy Komiksów Przeciw VAT.

Jest jednak jeszcze jedna rzecz, o której trzeba wspomnieć. Od lat organizujesz warsztaty dla dzieciaków. Przybliż może trochę – ja to wygląda? Jak się organizuje takie zajęcia, dla kogo, co robicie?

Zaczęło się od tego, że sam kiedyś poszedłem na warsztaty komiksowe, które prowadzili Tomek Leśniak i Rafał Skarżycki na warszawskiej Ochocie w klubie Surma. Tam też poznałem Maćka Banasia i tam padł też pomysł założenia „Jeju”. A przede wszystkim tam poznałem też Zuzię, moją lepszą połówkę! Tomek i Rafał okazali się skarbnicą nieocenionej wiedzy na temat komiksu i kultury. Tam nauczyłem się, żeby komiks traktować jako język, a nie jako obrazki z dymkiem. Gdy chłopaki zrezygnowali z prowadzenia zajęcia automatycznie namaścili mnie i Maćka Banasia, z którym prowadziliśmy dalej zajęcia przez ponad dwa lata.

Cały czas jednak chodzę w różne miejsca i uczę komiksu, za każdym razem coś poprawiając i dopracowując program takich zajęć. Mam już wypracowane schematy dostosowane do długotrwałych cykli, czy jednorazowego wypadu do jakiejś szkoły lekcję. Osobiście mnie cieszy, że najczęściej trafiam z komiksem na lekcje języka polskiego a nie plastykę. Nigdy też nigdzie nie musiałem oferować takich warsztatów. Zadowoleni nauczyciele, czy uczniowie podają informacje o takiej możliwości dalej. Jakiś czas temu prowadziłem zajęcia dodatkowe po godzinach lekcyjnych w ramach kółka plastycznego. Przed rozpoczęciem zajęć nauczycielka ostrzegła mnie, że to gimnazjum i dzieciaki są rozwydrzone i niechętne do współpracy. A ja nigdy nie miałem lepszej grupy, która z zajęć na zajęcia rozrosła się do masy dzieciaków nie mieszczących się w sali, którą nam przygotowano. Tu przypomnę, że były to zajęcia dodatkowe, po godzinach lekcyjnych. Ja mówiłem głównie o błędach, których mają unikać. Z każdym uczestnikiem zawsze spędzam jakiś czas indywidualnie omawiając jego komiks. Dość często powstają piękne komiksy i wystarczy tylko mała wskazówka, aby odsunąć się od brzegu kartki, czy zmienić kolejność dymków. Uwielbiam pracę z dzieciakami. Niestety zawsze okazuje się, że jest za mało czasu przeznaczonego na takie warsztaty.

Podoba mi się zaproponowany ostatnio przez Olgę Wróbel projekt, aby (kto tylko może ma czas i chęci) brał pod opiekę jedną szkołę i przeprowadzał tam jakiś projekt komiksowy. Ja już upatrzyłem sobie jedno liceum w Radomiu. W miarę możliwości i obrotności można zdobyć nawet pieniądze od gminy na doposażenie biblioteki w komiksy. Można zaproponować kółko komiksowe i prowadzić warsztaty, czy też zapraszać autorów na spotkania do szkół.

Tylko wstać z krzesła i to robić, a nie marudzić w internecie i obrzucać się błotem na forach, kto to jest zbawcą komiksu.

Olga ma moim zdaniem genialny pomysł. Ja i ona, to już będą dwie szkoły, w których coś się ruszy w temacie komiksu. Jeśli ktoś uważa, że to mało, niech przypomni sobie ile osób uczęszcza do takiej szkoły i przypomni sobie jakie są nakłady komiksów. Oczywiście nie wszyscy staną się czytelnikami komiksów. Ale coś się ruszy. Najlepiej nawiązać kontakt ze szkołą do której się samemu uczęszczało i opracować plan zgodny z własnymi możliwościami i kontaktami. Dla mnie super sprawa!

Jeśli szkoła nie będzie chciała współpracować z anonimowym jasiem, warto pamiętać, że możemy taką współpracę zgłosić w imieniu Stowarzyszenia (chodzi o Polskie Stowarzyszenie Komiksowego
przyp. autora). Nie damy rady ogarnąć wszystkich szkół, dlatego lepiej skupić się i dokładnie coś takiego przeprowadzić w kilku.

Więcej szczegółów ma Olga Wróbel. Ja tylko powielam pomysł.

Przeglądając tak dotychczas naszą rozmowę mam okropne wrażenie, że zaledwie dotknęliśmy kilku tematów, a pod nimi czai się wielka góra lodowa. Zdaję sobie jednak sprawę, że formuła publikacji w internecie wymusza pewną objętość, więc tylko jedno ostatnie pytanie: zgodziłbyś się kiedyś, może na Festiwalu w Łodzi, w spokojnej atmosferze i przy stole zastawionym stertami komiksów i innymi dobrociami na książkę, taki wywiad-rzekę?

Nie. Taka forma byłaby chyba wyrazem mojej megalomanii. A ja dopiero jestem na początku mojej przygody z komiksem i jeszcze mało mam osiągnięć. Ale postaram się zasłużyć kiedyś na takie podsumowanie. Przypomnij mi to pytanie za 50 lat. Jak się uda to umrę zaraz po takim wywiadzie i będzie to bestseller!

Tymczasem też żałuję, że ta nasza rozmowa dobiegła do końca. Ale wszystko, czego tu brakuje, mogę dopowiedzieć przy piwku w Kawangardzie. (śmiech)

Bartek Biedrzycki

Autor książek, komiksów, podcastów i papierowych modeli.

Może Ci się również spodoba