Ostateczny krach Sympozjum Komiksologii

O tym, że kondycja rynku komiksowego w Polsce należy do słabych nie ma potrzeby nikogo informować. Rynek niemalże rachityczny, zjawisko słabo rozpoznane poza środowiskiem fanowskim, niska obecność w mediach głównego nurtu – te fakty sprawiają, że komiks w Polsce nadal uznawany jest za rozrywkę gorszą nawet od amerykańskich produkcyjniaków klasy C.

Być może ten stan rzeczy mogłaby zmienić profesjonalna komiksowa krytyka, a także rzetelne opracowanie naukowe zagadnienia. I o ile na tym pierwszym polu nie jest jeszcze najgorzej – wiele periodyków głównego nurtu ma swoje działy i stałych recenzentów, komiks obecny bywa także w innych mediach, a internetowe portale branżowe i blogi są kuźnią (różnej co prawda jakości) talentów, w której hartują się przyszli profesjonalni krytycy, o tyle na polu opracowań naukowych dotyczących komiksu jest u nas bardzo kiepsko.

Są, oczywiście, chwalebne wyjątki, lecz jest ich mało. Profesor Szyłak, autor wielu książek, chociażby świetnej, wznowionej niedawno „Komiks: Świat przerysowany”, czy dr Adam Rusek, od lat zajmujący się benedyktyńską pracą nad historią wydawnictw komiksowych w Polsce to nazwiska, które zna większość fanów oraz wiele osób spoza komiksowego światka.

Cenną i ciekawą inicjatywą byłyby także, bez wątpienia, odbywające się corocznie Sympozja Komiksologiczne, organizowane przez Krzysztofa Skrzypczyka. Byłyby, gdyż przy opracowywaniu referatów bierze udział wielu inteligentnych ludzi, znających się na temacie. Trudno jednak potraktować poważnie tę pseudokonferencję, która udaje działalność naukową, w dodatku nazywając ją nieistniejącym słowem.

„Komiksologia”, którą uprawia pomysłodawca nie ma niestety wiele wspólnego z nauką. Pomijając już kuriozalność faktu, że słowo takie nie istnieje i nauka o komiksach nigdy ani w Polsce, ani za granicą nie była nim określana, wydaje się wątpliwym jakość starań i opracowań.

Pierwszym faktem dającym do myślenia jest rezygnacja ze współpracy z Sympozjum Komiksologicznym organizatorów największego w Europie Środkowej festiwalu komiksowego, jakim jest Międzynarodowy Festiwal Komiksu i Gier odbywający się od dwudziestu lat w Łodzi.

Być może przyczyną takiego stanu rzeczy jest niemałe poruszenie i oburzenie środowisk twórczych i fanowskich w związku z zeszłorocznym tematem Sympozjum, który miał za zadanie jasno udowodnić, że współczesny komiks polski to szmira najgorszej konduity, a twórcy to banda wulgarnych troglodytów. Pan Skrzypczyk musi czuć ogromny uraz do środowiska, gdyż w tym roku proponuje ponowne podejście do tematu – posługując się pseudo-naukowym bełkotem, jedynie w znikomym stopniu przypominającym język polski, sugeruje stworzenie referatów „niewasalnych” wobec „megalo-narcyzmu”. Pomijając problem ze zrozumieniem tych gwałcących polszczyznę wypowiedzi, należy domniemywać, że „komiksolog” nawołuje do porzucenia ciemnej strony, chwalącej dokonania polskiego komiksu.

Należy tak samo domniemywać, że aby zaspokoić wymogi tegorocznego Sympozjum Komiksologicznego trzeba by wykazać niezbicie, że twórcy zarówno tzw. Nowej Fali, jak i „produktywni” – obecnie najlepsi i najbardziej cenieni przez środowisko autorzy polscy, są li i jedynie bandą epatujących okrucieństwem, głupotą i najtańszą wulgarnością prymitywów. Że tacy ludzie jak Kalinowski, Śledziński, Skutnik, Sztybor czy wielu innych – cenieni nie tylko w Polsce, gdzie nagradzani są najważniejszymi nagrodami – nie spełniają wysokich wymagań pana Skrzypczyka. Można zresztą wysnuć taki wniosek na podstawie zeszłorocznego Sympozjum, którego celem było udowodnienie, że współczesny polski komiks żyje jedynie kiczem i tandetą.

Drugą grupą, którą piętnować należy, a do której zalicza się skromny niżej podpisany jest polska pseudo-krytyka oraz polskie pseudo-dziennikarstwo, które zaślepione krwią i spermą wulgarnych, wynaturzonych produkcji, takich jak baśniowa, wpadająca w etniczne tonu „Łauma” czy biograficzno-historyczne „Na szybko spisane” chwalą pod niebiosa te wykwity ropne troglodytycznego, skretyniałego półświatka pijano-naćpanych dzikusów, zapominając o świetnych, wartościowych komiksach lat minionych, takich jak kolorowe zeszyty o przygodach dzielnego kapitana Żbika, czy bogoojczyźniane perypetie bohaterskiego podwójnego agenta, Hansa Klossa a także inne dzieła twórców z pokolenia pomysłodawcy Sympozjum.

Zarówno zdziczała brać twórcza, jak i do szczętu zepsuta, uprawiająca apologię tandety i apoteozę beztalencia grupa pseudo-dziennikarska zasługują na nagłe i definitywne potępienie, do czego nawołuje program tegorocznego, jubileuszowego – dziesiątego już – sympozjum.

„Komiks a komiksologia. Ku rozpoznaniu i charakterystyce wzajemnych relacji między gatunkiem a jego teorią” – być może należałoby zacząć od wyjaśnienia ogłupiałej publiczności, że „komiksologia” nie istnieje. A to, co próbuje promować twórca Sympozjum z nauką wspólny ma jedynie język, niezrozumiały dla laika, z innych wszakże powodów, niż prawdziwa nauka. Szkoda także, że o teorii komiksu w Polsce można mówić mało – ale można, natomiast Sympozjum takim mówieniem nie jest, mimo starań wielu inteligentnych, otwartych na dyskusję ludzi, w tym prawdziwych naukowców, znających temat komiksu.

Każdy ma prawo w czasach wolności słowa swoje żale, frustracje i złe napięcia wylewać publicznie. Tylko czemu w tej pseudonaukowej, bełkotliwej i poniżającej farsie, mającej na celu obrażanie najlepszych polskich twórców, wyrównywanie niejasnych, prywatnych porachunków i ordynarne okłamywanie laików co do stanu polskiego środowiska pod płaszczykiem samą swoją nazwą gwałcącej język pseudo-naukowości bierze udział Uniwersytet Łódzki – ośrodek, zdawałoby się, inteligencki i naukowy?

Na to pytanie być może odpowie we właściwym dla siebie, megalo-erystycznym, niewasalnym i antyapologetycznym stylu przyszłoroczne Sympozjum.

Bartek Biedrzycki

Autor książek, komiksów, podcastów i papierowych modeli.

Może Ci się również spodoba