Miasto sennego koszmaru

Czy zdarza wam się, że oglądacie jakiś film na płycie albo w TV i czujecie ogromny żal, że nie widzieliście go w kinie? Mi się to przydarzyło wczoraj.

15 lat temu Jeneut zrealizował obraz pt. Miasto zaginionych dzieci. Można spierać się odrobinę z polskim tytułem, bo perdu oznacza bardziej stracony, zgubiony – ale to w zasadzie jedyna wada tego filmu.

Miasto zaginionych dzieci

Historia w tej francuskiej produkcji jest na pozór dość prosta, ociera się o fantastykę (zresztą dzięki recenzji w starym numerze NF odnalazłem ten film) – o to pewnego dnia genialny naukowiec tworzy człowieka superinteligentnego. Ma on jedną wadę – będąc nadmiernie inteligentny, nie śni, przez co zbyt szybko się starzeje. Zaczyna więc porywać dzieci z pobliskiego miasta, aby kraść ich sny.

W tym procederze pomaga mu sześciu braci-klonów, granych przez rewelacyjnego Pinona (znanego nam chociażby z Amelii), będących kopiami wielkiego uczonego. W skład demonicznego zespołu wchodzi także żywy mózg w akwarium oraz karlica. Całe laboratorium zaś znajduje się daleko na morzu, na starej platformie otoczonej polem minowym.

Dzieci dla bandy porywają Cyklopi – rodzaj religijno-technicystycznej sekty; polują oni na uliczników i sieroty. W pościg za porywaczami rusza jednak przybrany brat jednego z chłopców – ociężały umysłowo osiłek One, grany świetnie przez Rona Perlmana. W tej groteskowej akcji ratunkowej pomaga mu Miette, sierota-złodziejka, spotkana na jednej z ciemnych ulic, uciekająca przez tyranią prowadzących sierociniec (i bandycką szajkę) sióstr syjamskich.

Połączenie małej bystrej dziewczynki z opóźnionym dorosłym to popularna figura w kinie. Przychodzi na myśl oczywiście w pierwszej kolejności Matylda, dziecko marginesu społecznego i Leon – sprawiający wrażenie autystyka morderca. Miette, fizycznie podobna do Matyldy, ma chyba w sobie więcej z charaktery Jelizy-Rose z powieści (i świetnego filmu Gilliama) Kraina traw.

Perlman, facet, który ma na koncie wiele świetnych kreacji (ale mnie nieodmiennie kojarzy się z papą Kulikowem z zimowego, oblężonego Stalingradu, szczerzącym swoje metalowe zęby do Zajcewa), gra tu trochę tym archetypem. Opóźniony ( sądząc z jego opowieści – być może w wyniku nie całkiem naturalnego wypadku) siłacz, dawny marynarz – wyglądem stylizowany jest odrobinę na Popeye’a; przypomina także tępaków z Burtona i Cyba Segury i Ortiza.

Uliczna złodziejka, tłumacząc przed kumplami z szajki swoje zaangażowanie w jego sprawy mówi nawet,  że One nie jest do końca dorosły. To ona pełni tu rolę przewodnika i to ona jest kluczem do całej sytuacji – w jej śnie rozgrywa się ostateczna bitwa z rewelacyjnie sportretowanym przez Emilforka superinteligentnym Krankiem.

Miasto zaginionych dzieci

Miasto… dostało w 1996 roku Cezara za scenografię i dziwię się, że otrzymało tylko tę jedną nagrodę (nominowane było do kilku innych). Cała rzeczywistość sprawia wrażenie koszmarnego snu. Pośród popadających w ruinę brudnych, często zalanych wodą zaułków kryją się istoty i instalacje wyjęte żywcem ze steampunkowego horroru. Ciemne, niedosycone barwy, nastrojowe światło i doskonałe zdjęcia prezentują widzowi świat dopracowany do ostatniego elementu. Turpistyczne, organiczne detale architektury mieszają się z ludzkim potokiem – galerią obszarpanych wyrzutków spoza społecznego marginesu, postaci ułomnych, groteskowych, tragicznych, często odrzucających zarówno swoje człowieczeństwo jak i zdrowe zmysły na rzecz krainy ułudy, niektórych dosłownie pochodzących wprost z cyrkowego Gabinetu Osobliwości.

Instalacje i urządzenia w zamyśle mające być osiągnięciami nauki przywodzą na myśl w najlepszym wypadku okrutne instalacje z pracowni dra Frankensteina – ciało złączone z miedzią, elektrody opasujące głowę niczym pióropusze inkaskich kapłanów dokonujących rytualnego mordu, przemyśle schematy przestępcze – wszystko to składa się na ciężką, duszą wizję, nawiązującą do najlepszej tradycji kina europejskiego i przypominającą Psa andaluzyjskiego, Delicatessen czy Existenz.

Czas realizacji ocalił film przez zbędnym nadmiarem efektów komputerowych, więc obraz żyje emocjami makieciarzy, operatorów i scenografów, przemawia do widza, zamiast lśnić sterylną doskonałością cyfrowych fantomów.

Miasto zaginionych dzieci to obraz przejmujący na każdym poziomie –  zarówno alegoryczna wędrówka dwójki prymitywistycznych, mających „uproszczony” ogląd świata bohaterów, dla których istnieje subiektywne dobro i zło, a reszta się nie liczy; doskonałe, metaforyczne zakończenie, w którym odnajduje się szalony naukowiec, twórca całej koszmarnej menażerii groteskowych ludzkich istot; rewelacyjna oprawa graficzna, która wciąga widza jak wir, mami go plastycznością opowieści, otumania zmysły rozbuchaną, obłąkaną wizją.

Ten film, plasujący się gdzieś pomiędzy klasyczną, naznaczoną strachem przed nauką fantastyką a nowoczesnym steampunkiem i horrorem, to idealna opowieść o zagubieniu człowieka w obcym, wrogim świecie i poszukiwaniu tego, co w życiu najważniejsze. Doskonale napisane i zagrane kreacje aktorskie, przeprowadzone prawie bez wyjątku przez aktorów w najlepszym razie charakterystycznych, także ze względu na wyolbrzymioną groteskowość fizyczną, pozwalają zżyć się z bohaterami i emocjonować się do samego końca ich losami.

No i oczywiście jak w każdej dobrej i mądrej baśni koszmar musi się skończyć, a Miette, One i jego mały braciszek budzą się do świata, który już tylko pozornie jest taki sam.

Polecam bardzo gorąco – w zalewie słabego kina fantastycznego rodem z Krzemowej Doliny ten starszy, ale bynajmniej nie archaiczny francuski obraz przywraca wiarę w to, że można kręcić dobre filmy, przekraczające ciasne ramy gatunku.

Miasto zaginionych dzieciMiasto zaginionych dzieci

reżyseria Jean-Pierre Jeunet , Marc Caro
scenariusz Marc Caro , Jean-Pierre Jeunet
zdjęcia Michel Amathieu
muzyka Angelo Badalamenti

czas trwania: 112 minut

Francja, 1995

Bartek Biedrzycki

Autor książek, komiksów, podcastów i papierowych modeli.

Może Ci się również spodoba

  • makowiec

    O! Widziałem połowę tego na alekino! jakiś czas temu i za nic nie mogłem przypomnieć sobie tytułu. Dzięki (:

  • au

    ciekawym zbiegiem okoliczności akurat ostatniej nocy odświeżyłem sobie Wroga u bram.

  • No, to jeszcze czwarty Obcy – tam jest i Perlman i Pinon.

  • JAPONfan

    I chyba gdyby nie to ze to „wymuszony” obcy to byłby calkiem dobry. Ja go lubię własnie ze Perlmana i za klimat troche podobny do „Miasta…” (ten zielony filtr).

  • au

    za czwartego obcego Holywood jeszcze zapłaci. przyjdzie ten dzień. nie będzie litości.