Miasto złamanych serc

Swoją przygodę z Gilbertem Hernandezem zacząłem od mocno psychodelicznego Chance in hell, które wprawdzie zawiodło mnie trochę zbyt udziwnionym zakończeniem, ale zaciekawiło na tyle, aby sięgać dalej po tego autora.

Po wydanym przez Vertigo Sloth miałem mieszane uczucia – pomysł był ciekawy, komiks sam w sobie dobry, ale brakowało jeszcze tej ostatniej iskry bożej, tego nienazwanego czegoś, po czym plunąłbym gęstą flegmą krwi z zachwytu.

I w końcu udało mi się przypadkiem nabyć Heartbreak Soup, które wchodzi w skład tworzonej od lat przez braci Hernandez serii Love & Rockets.

I wręcz chlusnąłem rzeczoną oczekiwaną krwią.

HS to zbiór obyczajowych nowel komiksowych, rozgrywających się na przestrzeni wielu lat w Palomar – małym, prowincjonalnym mieście gdzieś w Meksyku. Zaczyna się od kilkustronicowego „wprowadzenia postaci”, których narodziny obserwujemy z perspektywy miejscowej akuszerki, która została później łaziebną, aby ostatecznie awansować na szeryfa Palomar. Wszystko to postacie z charakterem, z jakąś przyrodzoną czy nabytą skazą na tymże.

Hernandez doskonale portretuje prowincję – zarówno w warstwie narracyjnej, oddając nastroje i atmosferę slumsu, jak i w warstwie graficznej, gdzie jego kreska poruszająca się w stylistyce uproszczonego realizmu świetnie oddaje klimat bezbarwnego, pozbawionego zdawałoby się atrakcji świata. Jego bohaterowie to „bliska krwiobiegu” mieszanina typów ludzkich, przedstawione bez poprawek i upiększeń, nie oszałamiająca zdolnościami, figurą, cyckami i strojem – w swoim niemal prymitywizmie bardzo dosadna i przemawiająca.

Nowelki dotyczą różnych zagadnień, ale wszystkie nieodmiennie łączą się ze społecznym umocowaniem bohaterów i akcji – ich perypetie nie zawsze się proste i nie zawsze pochodzą z tego świata – ukazujące się kumplom duchy zmarłych chłopaków na pewno nie są czymś, co spotyka się na co dzień, nawet na meksykańskiej prowincji, ale sądzę, że także one wpisują się w mentalność bardzo przecież wierzącego w moce pozaludzkie narodu.

Hernandez dotyka w swoim zbiorze takich kwestii jak brak pracy, brak perspektyw, dorastanie w warunkach częściowej izolacji, bieda i wiele innych spraw. To są doskonałe portrety ludzi, świetne analizy pewnych modelowych sytuacji, przedstawione po mistrzowsku w egzotycznym sztafażu środkowoamerykańskiego zadupia, gdzie wyprawa w góry może skończyć się spotkaniem z pumą, a upadek ze szczytu sukcesu może prowadzić wprost w urojenia snute na pokrytej śmieciami plaży.

Świetnym zabiegiem jest też rozłożenie akcji poszczególnych historii na wiele lat – dzięki temu obserwujemy ewolucję i dojrzewanie bohaterów. Niektórych z nich poznajemy, gdy są jeszcze dziećmi i na naszych oczach wykuwa się ich los.

Heartbreak Soup to z pewnością zbiór, od którego warto zacząć swoją znajomość z Hernandezem. Jest tu akcja, morderstwa, przemoc, seks, chwila zadumy, chwila refleksji i trafne psychologiczne portrety. Słowem wszystko, co powinno być w każdym najlepszym komiksie – prawdziwe mieszanka piorunująca.

Bartek Biedrzycki

Autor książek, komiksów, podcastów i papierowych modeli.

Może Ci się również spodoba

  • wujekmaciej

    fajny tekst.

    u Hernandeza/ów najbardziej pociągał mnie ten magiczny realizm. dojrzałe obserwacje społeczne połączone z żywymi dialogami. slang przez którego przebrnięcie zajmuje trochę czasu. szkoda, że w późniejszych tomach mistyka i fantastyka odchodzą niemal całkowicie w zapomnienie.

    Pozdrawiam i czekam na kolejny artykuł.