Orła wrona nie pokona

Prędzej skona, pierdolona.

Taki wiersz był kiedyś, ponoć, za Stanu.

Ja Stanu nie pamiętam. Kiedy został ogłoszony miałem trzy i pół roku i zwyczajnie niewiele pamiętam z niego. Jedyne co, to sąsiada, co akurat był wtedy w wojsku i przyszedł matkę odwiedzić (swoją, nie moją). Miał mundur i karabin, z takim okrągłym magazynkiem na wierzchu lufy. Ile z tego o prawda, ile z tego to moja wyobraźnia – nie dojdę i dochodzić zamiaru nie mam. I tyle ze Stanu pamiętam.

Dukaja darzę sympatią wielką, odkąd jego Irrehaare przeczytałem w Nowej Fantastyce dobre kilkanaście lat temu. Lubiłem, a odkąd w wojsku będąc przeczytałem pożyczone od Fuzzy’ego Czarne Oceany, to fanem się stałem wielkim.

Po takim wstępie wiadomo już, że będzie o nowej książce Jacka. Mówię „książce” bo to nie jest powieść, no, w każdym razie nie taka całkiem. I mogą być drobne spoilerki, ale takie bardziej detaliczne niż akcyjne.

Przede wszystkim ja się Wrońca strasznie bałem. Bałem się po Ziemkiewiczu, którego lubiłem bardzo (prawie tak bardzo, jak Dukaja), a który sprawicowił się do cna, rzucił fantastykę w diabły i zaczął ojczyznojebliwą prozę jakąś uprawiać, upolitycznioną, na prawo wykrzywioną, marszałko-bogo-ojczyźniane jakieś wynurzenia i spostrzeżenia.

Więc bałem się, że jak się Dukaj za Stan wziął, to się to może tak skończyć. I nadal boję się trochę, że kolejna jego książka nie rozegra się w alternatywnej przeszłości, ani w wyposażonym w obcą fizykę wymiarze, lecz w Najjaśniejszej, bogoojczyźnianej.

Boję się, bo Wroniec to baśń, zawiła, wielopoziomowa baśń, która przeznaczona jest chyba dla tych, co już ją znają. Sądzę, że człowieka z tematem nieobeznanego chociaż trochę z tematem może nieco zawieść. W końcu frajda polega na tym, żeby wiedzieć, kto to Bubek, kto Członek, a co to Złomot, co mu drugiej i ostatniej literki brakuje.

Tym, co mnie przeraża, jest okrucieństwo tej baśni. Bracia Grimm mogą Jackowi buty czyścić ze swoimi odpadającymi główkami i obcinanymi rączkami. Wroniec kolący matkę dziobem prosto w serce, krew tryskająca, bohaterowie na śmierć rozdziobani, żołnierze gotujący w kotłach na ulicy przechodniów, aby ich potem pożreć – intensywność zła, jakie się w tej baśni czai, jakie jest przeciwnikiem małego bohatera, jest niezwykła. Chwilami mam wrażenie, że tak nie można, że nie wolno, ja nie pozwalam, żeby baśń była tak okrutna.

Wiem, oczywiście, wie każdy, co się w Stanie wyrabiało. Że bili, że katowali, więzili. Najnajnajodporniejszy to nawet na Wrońca osobiste zaproszenie siedział w domowym areszcie w moim miasteczku dni parę, nim  go internowali. Ale wizja Dukaja naprawdę przytłacza okrucieństwem tego wszystkiego. Być może zostało ono sprowadzone do czysto fizycznego wymiaru, aby można przepuścić je przez pryzmat postrzegania dziecka – chłopiec nie musi rozumieć, czemu ojcu nie wolno pisać, czemu U-Lotki są niszczone przez kruki, dlaczego pan Jan z takim smutkiem mówi o swoim synu.

Bo przecież to, co wydarzyło się tamtej zimy nie zamykało się w stricte fizycznej przemocy – ta wręcz była najmniej ważna, jak sądzę. Co zresztą autor analizuje dość trafnie, czyniąc spostrzeżenia na temat Maszyny-Szarzyny, jej działania, jej iły napędowej.

Przemoc tekstu, jego miejscami bolesna dosłowność, gubi się w baśniowej stylistyce, w umownych nazwach, w przekręconych słowach, a przede wszystkim w niezwykłych ilustracjach Jabłońskiego. Mnie gdzieś tam przypomniały się książki z dzieciństwa, z czasów, gdy królem ilustratorów był Jan Marcin Szancer. Jabłoński stworzył wizję bardzo współczesną, ale czerpiącą stylistycznie z tej spuścizny, wizję plastyczną, barwną, spójną z tekstem, który ilustruje. Te ilustracje, w pierwszej chwili zaskakujące i dziwne w książce, żyją jakby w innej warstwie, tuż obok tekstu – chwilami uzupełniają go, ale też, przez swoją dosłowność, pozbawione umowności wyobraźni czytelnika, jakby sterowały naszym widzeniem świata przedstawionego – na nich jest więcej, więcej prawdziwego, niebaśniowego świata, na nich przemycane są okruchy rzeczywistości niebaśniowej.

Nie wiem do końca, dla kogo ta książka. Dla pokolenia tych, co wszystko to wiedzą? Chyba jednak nie – nie sięgniemy z sentymentu, bo jaki sentyment można mieć do wojny domowej? Dla młodych? Co z niej pojmą? Co z tego, co wiedzą, jest tylko folklorem, takim, jak nostalgia za PRL?

Mnie ta książka wytrąciła z równowagi. Ale przyznam się szczerze, dlatego, że boję się, że mi się Dukaj zprawicuje. I zacznie pisać bełkotliwe polityczne wynurzenia jak Ziemkiewicz. Jacku (pozwalam sobie po imieniu, bośmy prawie rówieśnicy), proszę, pisz dalej, ale „o światach, których nie ma”. Pisz dużo o nich. Historii prawdziwej w twoim wykonaniu się boję.

Chociaż to tylko świadczy o sile tych słów.

Wroniec
Autor: Jacek Dukaj
Autor okładki i ilustracji: Jakub Jabłoński
Liczba stron: 248
Oprawa: twarda
Cena: 39,90 zł

Wydawca: Wydawnictwo Literackie

Bartek Biedrzycki

Autor książek, komiksów, podcastów i papierowych modeli.

Może Ci się również spodoba

  • Dla mnie gwiazdą tej książki jest właśnie Jabłoński. Tekst, choć bardzo plastyczny i nastrojowy, aż tak do mnie nie trafił. Głównie dlatego, że nie rozumiem formy. Ona nie jest do mnie adresowana, a obawiam się wręcz, że nie jest adresowana do nikogo. Dukaj to pisarz, który nie zważa na czytelnika i chyba tutaj osiągnął apogeum.

  • Mirzka

    Z „Wrońcem” czekam do ferii i trochę się go boję. Mam wrażenie, że świat w nim wykreowany będzie dla mnie równie (a może nawet bardziej) fantastyczny, co te stworzone na potrzeby „Innych pieśni”, czy „Perfekcyjnej niedoskonałości”. Łatwiej przychodzi mi ogarnięcie zawiłości arystotelesowskiej fizyki niż komunizmu w Polsce, chociaż przecież czytało się i oglądało całkiem sporo.

    A to, że Dukaj nie zważa na czytelnika, to akurat dobrze, wokół mamy na pęczki pisarzy, którzy nadskakują i podlizują się potencjalnym odbiorcom, byleby tylko zarobić niezłą kasę. Mam do niego duży kredyt zaufania i jeszcze nigdy nie było tak, żebym odłożyła którąkolwiek z jego książek, myśląc ‚ co za banał’. Nawet jeśli nie była dla mnie.

  • Banał nie. Tylko właśnie, chyba pierwsza jego książka „nie dla mnie”.

    Dukaj mnie denerwuje chwilami, zakończenie Lodu mnie strasznie wnerwiło. Zakończenia Innych Pieśni zwyczajnie ie zrozumiałem. (Pewnie przeczytam a jakiś czas znowu i znowu nie zrozumiem).

    Natomiast tu nie pojąłem zamysłu książki – może ona faktycznie jest dla młodzieży w ramach tej całej akcji.