63. słowo na niedzielę

Słowo miało się pojawić już w poprzednią niedzielę, ale, prawdę mówiąc, zwyczajnie się zagapiłem i nie ustawiłem terminarza. I nie poszło.

I dobrze, bo było tam tylko trochę pieprzenia o jakichś strasznych bzdurach, które wywaliłem.

Rok 2010 zaczął się dla mnie wyjątkowo, bo pierwszy raz nie pamiętam od kiedy zaczął się dla mnie we śnie, w gorączce i we własnym łóżku, a jeszcze tego samego dnia rano radosna pani doktor zaordynowała mi najstraszniejszy spray do gardła na świecie i antybiotyki (których zresztą nie wykupiłem, bo od ponad 31 lata nie przyjmowałem antybiotyków, więc nie widzę powodu, żeby nagle zacząć).

To były dość udane święta, muszę to przyznać szczerze. Nie jestem w tym oryginalny, ale nie przepadam za świętami. Ma to swoje podłoże nie bazujące w gimnazjalnej kontestacji, o której pisał Makowiec na najrzadziej aktualizowanym blogu świata (nie tylko dlatego, że nie chodziłem do gimnazjum). W tym roku jednak dałem radę, mój mały chrześniak okazał się nagle mieć kilka centymetrów więcej ode mnie i znać się na rzeczy. Chociaż zaskoczenie na jego twarzy na widok oryginalnego układu plansz w Wędrowcu z tundry było bezcenne. No i nie znał Zasady 34. Ale i tak okazało się, że teraz, gdy jest w wieku, w jakim ja byłem podając go do oblania wodą, jest chyba w porządku.

Była też wizyta teściów, ale przebiegła, jak zwykle, spokojnie, pod znakiem obżarstwa i odpoczynku od dziecka. Który ciągnął się dłużej, bo gdy teście odjechali, to została jeszcze szwagierka, która odciążyła nas trochę od swojej siostrzenicy.

Składkowy święty przyniósł mi wreszcie normalny tablet (z działającą kontrolą nacisku) co niestety odbije się pewnie gdzieś po sieci. Na marginesie, chyba niechcący spieprzyliśmy Zu święta, bo nie sądzę, żeby po tegorocznych akcjach wierzyła jeszcze w pierdoły o Mikołaju. A jak się w niego nie wierzy w wieku niespełna 2.5 roku, to się już raczej nie zacznie.

A potem nagle okazało się, że ledwo mówię, szumy w uszach, gorączka, pękający łeb i skończyło się tym, o czym było na wstępie.

Z tego nieopublikowanego ostatecznie słowa dorzucę tylko jeden kamyczek do ogródka – przez cały ten czas (tj. okres międzyświąteczny), byłem na urlopie „pod telefonem, odbieraj maile i nie wyjeżdżaj z miasta”. Między kolejnym piwem a udem kurczaka pilotowałem start wielkiego teleturnieju na Ukrainie. Ale nie czuję sukcesu. Bardzo żałuję.

Za to cieszy mnie inny projekt zawodowy, którego niektórzy na twitterze już się boją, a o którym za jakiś czas.

Życzę nam wszystkim, abyśmy spotkali się znów za rok. W tym samym miejscu, lub w jakimś innym, najlepiej tym, do którego dążymy.

Bartek Biedrzycki

Autor książek, komiksów, podcastów i papierowych modeli.

Może Ci się również spodoba