59. To nie jest miasto dla starych ludzi

Wracając ze spotkania z Rutu Modan we wtorek wsiadłem w jedno metro za późno. Dzięki temu znalazłem się na Dworcu Południowym (piwo temu, kto zna genezę nazwy), czyli na zajezdni ZTM Wilanowska o 23.02, czy równo 2 minuty po odjeździe 710.

I tak miałem cholerne szczęście, bo kiedyś był to ostatni autobus do warszawkowej sypialni, jaką staje się powoli Konstancin. Teraz jednak, w czasach prosperity, ostatni autobus odjeżdża o 0.00 (ba, w weekendy są nawet trzy kursy nocnego!).

Co jednak można robić na zajezdni Wilanowska przez godzinę, w temperaturze ok. 3 stopni, przy dość silnym wietrze? Wiedziony ułańską fantazją wymieniłem serię SMSów z Żoną i ruszyłem na piechotę w kierunku Wilanowa, abym tam, wzorem lat licealnych, złapać stopa.

Nie porwałem się na nic wielkiego, bo to raptem ok. 6 kilometrów, a ja zawsze lubiłem chodzić po mieście.

Ale to miasto smutne jest jak, nie przymierzając, pizda. Nie dość, że trasa biegła pod oknami mojej pracy, to połowa przebiegała przez tzw. azyl dla pieszych, czyli korytarz zabłoconego (na szczęście błoto zamarzło) asfaltu, wygrodzonego drucianymi siatkami i plastikową taśmą w samym środku kataklizmu, jakim jest remont i poszerzenie Al. Wilanowskiej.

Tuż za skrzyżowaniem z Doliną Służewiecką minął mnie autobus, w który mogłem wsiąść i dojechać do Wilanowa, ale nie przyszło mi do głowy sprawdzić, czy przypadkiem na tym przystanku nie staje coś, coś zjeżdża z Doliny i go przegapiłem. Ruszyłem więc mężnie dalej w zimnym nocnym powietrzu, z zerową obecnością ludzi i sporadycznym jednym samochodem co ok. 4 minuty, gnającym ciemną, rozkopaną Wilanowską.

Dotarłem tak do skrzyżowania z Sobieskiego, które jest w trakcie stawania się i miałem wreszcie możność obejrzenia go dokładnie z bliska. Robi wrażenie. Wspaniały jest też przepust kanału wodnego pod ulicą i niesamowita, dwupasmowa nowa ulica, której 200 metrów wpada prosto w gołe pole tuż za Miasteczkiem Wilanów i urywa się niczym upiorna zagubiona autostrada.

Przeszedłem się też traktem spacerowo-rowerowym po drugiej stronie rzeczonego kanału (od tej strony nie ma chodnika przy arterii; bo po co).

Ostatecznie po 45 minutach od wyruszenia stałem i łapałem stopa na przystanku „na zakręcie” w Wilanowie – najgorszy wietrzny wygwizdów w całej stolicy. Oczywiście nikt przy zdrowych zmysłach się nikomu o tej porze nie zatrzyma, więc o 0:9 wsiadłem do ostatniego autobusu 710.

Z jednej strony to była taka nostalgiczna wyprawa, ale z drugiej – chyba jestem już za stary, za leniwy, zbyt rozpuszczony byciem kierowcą, aby sobie pozwalać na dłuższe nocne zimowe spacery.

Dlaczego nie wziąłem samochodu? To dłuższa (i mająca ironiczne zakończenie) historia.

Bartek Biedrzycki

Autor książek, komiksów, podcastów i papierowych modeli.

Może Ci się również spodoba

  • Czyżby miało to związek z brakiem koncesji na piwo w Tarabuku? ;D

  • No właśnie owszem, ale odwrotnie. Decyzja w skutkach smutna spowodowana była niewiedzą o tym jakże smutnym fakcie.

    W życiu więcej do kawiarni nie pójdę.