Młodzi rozgoryczeni

Piękni dwudziestoletniZabrałem się w końcu, tym razem ostatecznie, do Pięknych, dwudziestoletnich Hłaski. Jakoś nigdy nie mogłem ugryźć tej książki – zaczynałem ją parę razy i nie mogłem przebrnąć przez początek. W końcu się udało.

Muszę przyznać szczerze, że nie przemówiła do mnie.

Po pierwsze, jest jakiś próg znieczulenia. Można przeczytać tylko jakąś konkretną ilość książek o obozie Oświęcim-Brzezinka, zanim bestialstwo SS wyjdzie ci bokiem i przestanie robić wrażenie. Można przeczytać jakąś konkretną ilość książek o łagrach, zanim dehumanizacja strażników i więźniów zobojętnieje. Jakąś konkretną ilość opracowań o totalizmach, zanim absurdalność i koszmar sytuacji stanie się tylko niemiłą ułudą.

Pisał też o tym Hłaskower w swojej książce – że w pewnym momencie przestajesz zwracać na to uwagę; przestajesz po prostu wierzyć. I tak samo miałem ja, karmiący się od młodych latach literaturą tego typu. Upadek i totalne skurwienie wszelkiej wartości w okresie powojennej dekady, dehumanizacja kultury i życia codziennego, zanik jakichkolwiek wartości, wieczny strach przed niepewnym jutrem – wszystkie te, zasadniczo wstrząsające elementy są dla mnie w tej smutnej, para-autobiograficznej książce, przez samego twórcę nazwanej prawdziwym zmyśleniem zupełnie obojętne. Przeczytałem ją o 20 lat za późno, aby miała jakąś siłę i przebiła się przez znane wcześniej historie o ubekach katujących żołnierzy Ognia, o kanibalizmie uciekinierów z łagrów i obozów, nawet przez wentyl bezpieczeństwa, jakim były niewybredne żarty o listonoszu, co ma takie ciężkie buty.

Jedyne, co w tej książce miało jeszcze jakąś autentyczność, to uczucia samego głównego bohatera. I też nie wszystkie, bo tym, co wychodzi na pierwszy plan jest raczej ich kompletny rozkład. Hłasko to człowiek, w którym świat zabił wszelkie wartości. Nie potrafi odnieść się precyzyjnie do tego, co opisuje. Jedyne, co jest dla niego stałą, to pogarda. Przyziemna, silna, pełna energii pogarda dla otaczającego go totalitarnego świata, dla trybów w tym mechanizmie, dla kolegów-skurwysynów, którzy tępili go jak psa. Pogarda, bo nie nienawiść już nawet – podobną dehumanizację, podobnie „królewski gest” zarzuca chociażby sekretarzowi Gomułce.

Dziwna to książka, rodzaj obrachunku, dość gorzkiego i smutnego, z kłodami rzuconymi pod nogi. Dziwne jest, że człowiek w sumie młodu (starszy raptem o te kilka lat niż ja teraz) potrafił być tak wypalony, tak emocjonalnie i wartościowo zniszczony. Z dość barwnego bumelanta, złodziejaszka, polskiego Villona, stał się zamkniętym na świat, milczącym wyrzutem sumienia. Skończył się uczuciowo tak, jak skończyła się w opinii kolegów po fachu jego literatura.

Przykre zostaje wrażenie po tej lekturze, ale, jak pisałem na początku, nie jest ono już silne i mocy sprawczej żadnej nie ma. Ot, kolejny zniszczony człowiek. Czy należy przejąć się losem mściwego w sumie frustrata, który bezrefleksyjnie uciekł na Zachód, bo nie chciał poddać się systemowi represji? Systemowi, który przez jego własną ucieczkę dopadł go i moralnie zniszczył, pogrążył, zamknął w zaklętym kręgu traumy.

Obraz ten jest bardzo zamazany, szczególnie, że Hłasko miota się od bachicznych niemalże rozważań nad urokami garowania i symulowania psychozy, do szczerej, zawziętej złości i rozżalenia. Nie potrafi sam określić, czy te radosne kryminalne podrygi i to życie moralnego i emocjonalnego wagabundy były jednak kolorowe, czy też była to klęska.

Sama książka zresztą jest trudna w odbiorze. Najlepszy był chyba ostatni rozdział, o izraelskich perypetiach – przypominał dobrze skonstruowaną powieść awanturniczą, na skrzyżowaniu między Tonym HalikiemCizią Zyke – barwne życie niebieskiego ptaka rodem z Kerouaca.

Nie wiem, jak odebrałbym tę książkę, gdyby był dorosły w 1966 roku i przeczytał ją wtedy – pewnie byłaby dla mnie wstrząsającym świadectwem upływającego świata. Teraz jest tylko starzejącym się świadectwem świata, którym w tym regionie jest coraz bardziej miniony. Świadectwem osobistego bólu i pragnienia odwetu, pogardy, braku szacunku nawet dla siebie, braku celu istnienia.

I chociaż przykre jest patrzeć na upadek człowieka – nie robi on już wrażenia. Może za dużo przeczytałem o tym książek, może zbyt młodo.

Bartek Biedrzycki

Autor książek, komiksów, podcastów i papierowych modeli.

Może Ci się również spodoba