Żonie się bardzo spodobał

Poszliśmy w niedzielę na Strażników. Dopiero teraz, bo nie jestem dziwką Watchemenów, ani nawet dziwką Moore’a i nie miałem jakiegoś ciśnienia. Prawdę mówiąc (czym zaskoczyłem kiedyś pewnego kolegę komiksiarza), dopiero w zeszłym roku przeczytałem komiks (nawet chyba dwóch czy trzech tym zaskoczyłem), podobał mi się, ale nie zaplamiłem sufitu ani nawet własnej koszuli. Świetny komiks i tyle.

watchmen-minutemen

Nie miałem w zasadzie żadnych oczekiwań co do ekranizacji, prócz tego, aby to był przyzwoity film. Nie wierna adaptacja, nie dobra adaptacja, nie dokładna adaptacja, nie adaptacja spełniająca moje najskrytsze pragnienia, która zasługuje na wydanie DVD na 12 płytach w pudełku z marmuru. Po prostu przyzwoity film. I dostałem przyzwoity film.

Mało jest rzeczy, do których mógłbym i chciałbym się przyczepić. Aktorsko bez ról oskarowych, ale taki Rorschach mnie pozytywnie zaskoczył – to dość skomplikowana i trudna postać, a tu wyszedł przekonująco. Bardzo dobrze zagrany Komediant – niezwykle trudna i tragiczna postać i w tej kreacji udało się to przekazać. W zasadzie jedynie Ozymandziasz o gębie Tomka Lisa jakoś mnie śmieszył trochę. I stara Jupiter, o gębie Kasi Figury (ta druga w dodatku miała słaba charakteryzację – wyglądała jak 30-tka zrobiona na 40-tkę, nie jak 60-tka).

Nie zabolało mnie to, że parę wątków zniknęło, bo nie widzę, jak można je było przełożyć na film, żeby widza nie będącego dziwką Strażników nie zakatować. Nie zgadzam się nawet z zarzutem, że nie wiadomo o co chodzi w ostatniej scenie w redakcji.

I nawet lekka zmiana w zakończeniu wyszła filmowi na dobre – bądźmy poważni, kto pod koniec pierwszej dekady XXI wieku na serio potraktuje motyw, że Veidt wyhodował wielkiego kosmitę-telepatę, którego spuścił na miasto? Przecież to absurdalnie głupie – akcja z błękitnym golcem jest dużo współcześniejsza i przystająca powagą do całości.

Żona dzielnie jest gotowa za to odeprzeć zarzuty o niezrozumiałości fabuły. Mimo, że o pierwowzorze wiedziała jedynie, że to komiks dekonstruujący mit superbohatera, nie miała kłopotu z połapaniem się w filmie. Zgodnie z jej słowami, kiedy coś zaczynało ją zastanawiać, prędzej czy później było dobrze wyjaśnione. Zapodziała się tylko w przypadku dwóch Nocnych Puchaczy – gdzieś mignął jej oryginalny, a potem był już ten nowy. Jeden jedyny mikro-zgrzycik.

Ogólnie oboje uznaliśmy, że to bardzo przyzwoity film – dla niej mało superbohaterski, co ułatwiło strawienie długiego i dość skomplikowanego scenara, dla mnie bardzo wierny oryginalnej historii, co pozwoliło dodatkowo cieszyć się ożywieniem legendy. Nie rozumiem głosów ludzi, którzy nie załapali o co chodzi, a tym bardziej nie rozumiem głosów ludzi, którzy uznali, że adaptacja była kiepska. Ale polskiemu komiksiarzowi nie dogodzisz – prędzej Moore by pozwolił zostawić swoje nazwisko w czołówce, niż półświatek by pochwalił.

Wielka szkoda, że film ten będzie takim spektakularnym flopem – puste kina, słaba sprzedaż. Aż dziwne, bo naprawdę wart jest zobaczenia.

veidt_lis

Zwróciliście tylko uwagę na jedną niedokładność? Filmowy błękitny pindol był chyba ze dwa razy dłuższy od komiksowego!

Bartek Biedrzycki

Autor książek, komiksów, podcastów i papierowych modeli.

Może Ci się również spodoba