26. słowo na niedzielę

Wczoraj, w sumie całkiem przypadkiem, obejrzałem western Eastwooda Wyjęty spod prawda Josey Wales. Leciał w ramach „weekendu westernów” na TVN 7, który jednak trochę mnie odstraszył, bo za dużo było jakichś współczesnych dziwnych produkcji z ostatnich 15 lat. Nie było tylko poprzedniego filmu najbardziej nominowanego do Oscarów nieboszczyka. (Czaję się na Dziką Bandę jeszcze tylko).

Wyjęty… jest określany mianem najlepszego westernu antywojennego. Tak naprawdę widać w nim schyłek gatunku. Są wszelkie elementy – Indianie, strzelaniny, podłość białego, walka sprawiedliwego przeciw światu. Nie znałem wcześniej tego obrazu i bardzo się cieszę, że go poznałem.

Przez moment nawet myślałem, że Josey musi zginąć, bo niepodobna nawet najsprawiedliwszemu rewolwerowcowi stanąć przeciw całemu światu. Tymczasem zakończenie było, trudno powiedzieć, że zaskakujące, ale inteligentne i ciekawie obsadzone w gatunkowych schematach.

Jakiś czas temu zupełnie przypadkiem trafiłem na Biały Kanion z Peckiem. A jeszcze wcześniej na kilka innych.

Zastanawianie się nad przyczyną upadku westernów jest jałowe. Niektórzy mówią, że dlatego, że nie było w nich aktorów afroamerykańskich, a teraz muszą być i to w towarzysztwie kobiety na kierowniczym stanowisku i upośledzonego dzieciaka.

Mówią też, że obrońcy praw zwierząt nie pozwoliliby na skakanie na konie z pierwszego piętra płonącego saloonu.

Należy też gloryfikować Rdzennych Amerykanów (i nie nazywać ich błędnie Indianami), zamiast ukazywać ich jako zrywających skalpy dzikusów.

I tak dalej. Same pierdoły. Chyba po prostu gatunek się wyczerpał.

A ja się pytam – ale dlaczego? Całe dzieciństwo karmiłem się na srebrzystym wtedy ekranie starego telewizora przygodami dzielnych sprawiedliwych i tych złych, którzy strzelali w plecy. Indian podłych, indian honornych, pocztylionów, meksykańskich chłopów, byłych żołnierzy i traperów, osadników, Mormonów i cąłej tej bandy, przekraczającej działy górskie, rzeki i kaniony i strzelających do siebie o każdej porze dnia i nocy, kochających piękne kobiety i zabijających wilki, bizony i niedźwiedzie.

Te filmy idealnie wpasowywały mi się w podbudowę z awanturniczych książek Coorwooda, Szklarskiego i całej reszty.

Kiedy oglądam westerny teraz, to widzę te same schamaty, co w kinie współczesnym – jest zły, jest dobry, jest konflikt, starcie, zwycięstwo dobra nad złem. Taka Szklana Pułapka w górach i na prerii.

Tylko jakoś nie razi mnie tam to, że jeden Josey potrafi z dwóch rewolwerów ustrzelić piętnastu chłopa, podczas gdy bezdenne magazynki współczesnych twardzieli budzą niesmak.

Uwielbiam plenery, nawet te z tylnej projekcji, przewijające się za plecami tych wszystkich samotnych wilków, a sceny wybuchów w wielkich miastach już mi się przejadły.

Po prostu chyba najbardziej lubię ten czarno-biały, dosłownie i w przenośni świat prostych wartości, gdzie wiadomo było, kto musi wygrać, kto jest bohaterem, gdzie nie było pieprzenia, kobiet na kierowniczym stanowisku i upośledzonych dzieciaków.

Chyba lubię stare, naiwne kino, prostą, ale nie prostacką rozrywkę, w której schematyczne wartości moralne nie zostały wyrzucone i wymienione na terabajty błyskotliwych i nic nie wnoszących efektów specjalnych.

Pora, zdaje się, zrobić listę tytułów i szukać ich na płytach i w innej formie. Póki jeszcze są i ktoś o nich pamięta.

Bartek Biedrzycki

Autor książek, komiksów, podcastów i papierowych modeli.

Może Ci się również spodoba

  • Rob

    Ze starymi westernami jest tak trochę jak z tradycyjnymi komiksami superbohaterskimi. Takie czarne i białe charaktery i szczypta slapsticku są już niemodne. Teraz bohaterowie muszą mieć pokomplikowaną osobowość.

  • JAPONfan

    A w „siedmiu wspaniałych” nie ma skomplikowanych osobowosci? Albo w „Butch kassidy i sundance Kid” z Kristoffersonem i Dylanem? Mi się wydaje że problemem westernów było to ze były niespieszne. Porownajacie „3:10 do jumy” orginał z remakiem. Tam strzelanina to była gdzies w tle. I przez to miała swoja siłe. A teraz „w amerykanskich filmach ciagle cos sie dzieje”. Nawet w tym z Duvallem i Kostnerem jest nieustanny galop. Nawet jesli nie fabularny to monterski. Nie wiem czy pamietac jak kiedys w filmach postacie były w planie amerykanskim a kamera przechodziła od jednej sooby do drugiej. A teraz ciach ciach inne ujecie inna kamera, zmiana ujecia itd.

  • No właśnie, o to chodzi. Westerny miały po dwie godziny, dwie i pół. A teraz film jak ma 90 minut to maks.

    W Wyjętym… trzy razy myślałem, że to finałowa konfrontacja. I faktycznie, taka powolność, ekspozycja, widz się namyśli, nadenerwuje, naekscytuje. A potem trach, trach, trach, Yull albo Kirk walą kilka strzałów i znów te cholerne krzaki tylko się toczą.

    No, to mi się podobało. Ale ja nie jestem targetem niczego. Jakiś nieprzystosowany jestem do współczesnej popkultury trochę.

    Ktoś wie, czy jakaś firma planuje fajną kolekcję westernów na płytach? Czy to już i tak się nie sprzeda, więc mam kraść z sieci?

  • JAPONfan

    Sa, tylko niestety chodza po 100 za 3-4 filmy tematyczne. Czyli dolarowa trylogia 129 zeta. Peckinpah 159. Cosmatos czyli tylko Tombstone westernowy 99. A Rambo z tego zestawu chodzi po 9,99 z roznych dodatków.

  • au

    to nie wyczerpanie gatunku, tylko znudzenie stylistyką. jak sam zauważyłeś, treść jest ta sama- tylko nie w prerii a na szczycie wiezowca.
    kiedyś zrobiono taki film, który dział sie w górniczym miasteczku i był tam tez dobry szeryf i źli handlarze narkotykw… zaraz, cos nie tak? górnicze miasteczko było nie w arizonie, tylko na Io, jednym z księzyców Tytana… niestety, film zebrał jakieś pomyje od krytyków, którzy podsumowali go z niesmakiem jako „western w kosmosie”- zniechęcenie do westernu było tak duże, że takie skojarzenie wydawało się natychmiast dyskwalifikować film. chociaz był to jeden z najbardziej realistycznych filmów hard SF, gdzie podróż międzyplanetarna trwała miesiące, a bronią nie były lasery tylko przestarzałe strzelby. w tym czasie triumfy święcił inny „western w kosmosie”, gdzie kolesie machali świetlnymi mieczami- wszyscy zachwyceni.
    nie uważam, żeby temat się wyczerpał. kiedy wieszczono koniec klasycznego westernu przyszedł Leone ze świeżym podejściem reanimujac gatunek na kolejne 20 lat, które przynioły western „rewizjonistyczny”, a kiedy już wydawało się, że western umarł na dobre, Eastwood nakręcił Unforgiven, który jest jednym z najlepszych westernów ever. paradoksalnie, opowiadający o schyłku legendy rewolwerowców, o tym, ze była tylko legendą… w finale zadając kłam temu wszystkiemu! twist ending jakiego pozazdrościłby Shalamayan!
    myslę że western jeszcze wróci. wróci bardziej dojrzały, bardziej prawdziwy, bardziej brutalny.
    zresztą juz jest Deadwood.

  • JAPONfan

    Ten film to ten z Connerym? Bo pamietm byl tez taki wester SF ktory dzial sie na jakiejs pustynnej planecie. Miasteczko jak z XIX wieku w Tombstone, tylko ze sa neony, bankomaty i zmutowane skorpiony wielkosci konia. I strzelaja sie laserami.
    A Leone ozywil gatunek w dosc prosty sposob. Zamienil legende/historie nie zwiazana z dzikim zachodem, etosem kobwoja, m’am, plucia tytoniem itd. na taka ktora sie dzieje w takich a nie innych okolicznosciach przyrody.

  • Właśnie uświadomiłem sobie, że oni tacy byli czarno-biali jak Punisher. Wszyscy ci dobrzy strzelali człowiekowi w głowę, spluwali i jechali dalej jakby nigdy nic.

    Co do „nowej fali”, to nie wiem nic. Najnowszy film, jaki mógłbym uznać za western to Maverick (Bonerback Mount to nie western).

    Deadwood dobry jest? Próbować?

  • au

    podobno dobry, sam jeszcze nie wciągnąłem. w tym wiesz, dziki zachód jest tak dziki, że nawet szeryfa nie ma.

    Japon, nie zrozumiałem za bardzo tego zdania o Leone. obawiam się, ze Ty tez nie.

  • JAPONfan

    W sensie ze wzial cos co nie jest powiazane z cala otoczka „dzikozachodnia” i ubrał ja tylko w westernowy sztafaż.

  • au

    wiesz, gówno prawda, bo Once upon a time in west miał być w założeniu pastiszem klasycznych westernów i praktycznie składa się z cytatów. a wyszedł z tego taki westernowy koncentrat, suma-wszystkich-westernów. a pozostałe filmy? kto mówi, ze te motywy nie są powiazane z „dzikozachodnią otoczką”? istotą westernu jest pojęcie ‚frontier’, pogranicze, konkretnie pogranicze cywilizacji, dlatego dziki zachód jest dziki, i dlatego się go zdobywa. o tym są wszystkie westerny. i wszędzie tam, gdzie samotne miasteczko otaczają groźne pustkowia tam klisza unosi swój paskudny łeb, wszędzie gdzie samotny sprawiedliwy staje naprzeciw bezbożnemu złu tam przeleci przez kadr suchy krzak. czy to w feudalnej japonii, czy na kresach Rzeczypospolitej, w odległej kosmicznej kolonii czy na Ziemiach Odzyskanych. a nawet po zagładzie cywilizacji (zwłaszcza po zagładzie cywilizacji, ze względu na niski koszt rekwizytów i scenografii)- te same powracające motywy jak najbardziej westernowe.
    i tu musisz rozróżnić, że sporo produktów formalnie będących westernami, bo dziejących się między Missisipi a Colorado w latach 1880tych, naprawdę westernami nie jest, bo nie jest westernem Domek na prerii ani Doktor Queen. to są seriale rodzinne, i nie ma w nich walki, śmierci, wojny, nienawiści i zemsty, a osadnicy już się osiedlili i jeśli się przed czymś muszą bronić to nie przed Indianami a przed spadkiem oglądalności.

  • lubie westerny – pelne sa kwiatkow typu indianie poubierani w lakierowane, lsniace skory itp itd.

  • JAPONfan

    Suma wszystkcih westernów. Ale w ilu westernach role złego gra aktor znany w rol tych dobrych? Ilu głownych bohaterów jest milczkami? To sa cechy Leone ( i Kurosawy). Shane, Puszkiwacze czy Czlowiek z laramie, gładko ogoleni honorowi i gadajacy wielkimi tekstami.

  • Mam taką nieśmiałą propozycję. Jako, że odwiedzę najbliższe WSK, a już wtedy dostępna będzie moja powieść, to czy istnieje możliwość dołączenia się do wspólnego stolika na giełdzie? Podobno stoisko kosztuje 600 złotych ( o matulu!) Przywiozłabym góra trzydzieści egzemplarzy. Oczywiście dorzucę się do składki.
    Całusy.

  • Oj, Sylwio!

    Boję się, że będzie z tym trudno. Nie chodzi bynajmniej o kasę, ale DP dzieli już stoisko z dwoma innymi wydawcami, a obiecałem jeszcze dwójce kolegów po fachu, że na swój metr lady przyjmę także ich produkcje, więc po prostu fizycznie może nie być miejsca.

    Zapraszam z tym majdanem na WSK, na pewno coś się urodzi.

    A ceny stoisk, tak, ceny są rozrywkowe :D

  • au

    akurat Henry’ego Fondę pamięta się bardziej z tej roli niż którejkolwiek innej.
    ilu głównych bohaterów jest milczkami? od tamtej pory- cały mrukliwy tłum!
    późniejsi twórcy czerpią z tego filmu garsciami, jego wpływu na kulturę popularną nie sposób przecenić.

    ostatecznie co innego robi Tarantino, jak nie swoje własne składanki cytatów z ulubionych filmów.

  • 3v11

    O!
    Cóż za przypadek.
    Też oglądałem Joseya Walesa. Na początku przeczytałem którką recenzja i myśle „co za nuda, jakiś farmer, wojna w Ameryce blah”. W ogóle nie było nigdzie napisane że Joseya gra Clint ani tym bardziej że jest to western.
    Więc zacząłem oglądać film dopiero gdzieś w jego połowie, nie za bardzo kumając go.
    Eastwooda wręcz uwielbiam za jego „badassowe” role honorywch milczących i ten film na szczęście także go tak prezentował.

    A co do rozważań – westerny upadły (IMHO) z powodu braku chętnych do oglądania – obecnie mało kto chce oglądnąć film bez efektów czy szybkiej akcji lub mądrych/pustych frazesów.
    Westerny mimo że dosyć proste, to jednak miały w sobie tą pewnego rodzaju magię. Samotny rewolwerowiec, walczący przeciwko wszystkim niesprawiedliwym, broniący uciśnionych, a przedewszystkim próbujący radzić sobie z sobą samym (i zazwyczaj z trudną przeszłością)
    Uf. Rozpisałem się.

  • JAPONfan

    Eee te o ktorych piszesz to sa te stare westerny. „nosiła czerwoną wstązke” czy Ten z waynem i deanem Martinem (ten o samotnym szeryfie broniacym posterunku). OD Leone zaczął sie styl że przyjeżdza koles który prawie nic nie mowi, ma tajemnicze ślady na plecach i żyje według zasady „zeby zrobic omlet trzeba rozbic jajka”.
    Ja Fonde pamietam bardziej z 12 gniewnych ludzi. Ale popatrz jakiego faceta grał w „jak zdobywano dziki zachod”.

  • Pamiętam jak oglądałem westerny na czarno-białym telewizorze, jakoś w okolicach 1 klasy szkoły podstawowej, i wtedy mnie to kręciło. Teraz bardziej wolę filmy Kurosawy, Tarantino i jak Ty to nazwałeś ‚terabajty efektów’ w stylu Władca Pierdzieli i Matrix.
    Nie wiem dlaczego tak się uczepiłeś czarno-białych bohaterów, życie nie jest czarno-białe. Kilka filmów w tej tonacji- w porządku, ale ile można oglądać przerysowane, cukierkowe postacie w stylu 100% Złego Joe i 100% Dobrego Farmera. Za każdym razem w tym samym miasteczku, na tej samej pustyni, te same wątki fabularne przerabiane do bólu i śmierci klinicznej filmu.
    Może kiedyś ten gatunek powróci, może powstanie taki westernowy Thorgal, Hellsing, czy inny Sapkowski.

  • Mniej więcej tak samo jak tłuczone ze sztampy współczesne sensacyjniaki, które różnią się głównie odtwórcami, a każdy dobry ma podręcznikowy procent zła w sobie i odwrotnie.

    Westerny przynajmniej mniej jawnie obrażały moje poczucie smaku i inteligencję.

  • 3v11

    Dokładnie jak pisze godai.
    Mało powstaje ambitnych filmów. Komedie romantyczne, filmy sensacyjne, nawet fantasy kręci się wokół tego samego motywu (to ostatnie szczególnie od kiedy powstał LotR: Movie).
    I w 95% widać od razu kto jest tym dobrym a kto tym złym i oczywiście dobry wygrywa ostatecznie mimo damartycznego zwrotu akcji pod koniec filmu.

  • JAPONfan

    Znowu obgadujecie filmy sportowe? Rambo, Karate Kid, whatever. Czy moze filmy taneczne?

  • JAPONfan

    Rocky tfu.

  • Z filmów ambitnych był „ostatnio” np. Stardust. Najlepsze jest to że mimo totalnej posuchy coraz więcej rodaków kupuje bilety. Jakim cudem kupsztongowate Lejdis zdobyło taką oglądalność? Albo ten bond? Idąc za ciosem można by wypuścić Boba Budowniczego w Egipcie 3, pewnie pobił by rekord oglądalności.

    Dlatego bardziej wolę ksionszki… ;*

  • au

    pamiętam jak w jaimż 1990 roku w Bill Cosby Show, ojciec z synem kłócili się co lepsze, a właściwie co gorsze: czarnobiały western czy wspóczesny film sensacyjny. „bohater strzelił ze swojego Colta 49 razy i ani razu nie ładował” – „a w tym twoim filmie, bohater wrzucił do tajnej bazy wroga bombę atomowa, rozwalił wszystko a potem wyciągnął stamtąd blondynkę. żywą i z nieskazitelną fryzurą”- tak to mniej więcej szło.
    zgodnie z teorią, ze 90 % wszystkiego to chłam.
    ale kiedyś to był przynajmniej chłam retro i w dobrym stylu.
    czekam na powrót westernów. ale nie takich jak „sexy pistols” czy inny „wild wild west”.