Dukając z księgi historii

dukaj_lodLód Dukaja przeczytałem już kilka miesięcy temu, ale musiał się odleżeć i uspokoić męt, jaki ta cegła wprowadziła w moim umyśle. Jakbym, dosłownie, dostał cegłą przez łeb.

Bardzo lubię prozę Dukaja. Odkąd pamiętam. Pierwszy raz spodobał mi się bodajże, jak w Fantastyce poszło Irrehaare. Potem było kilka krótkich rzeczy i przerwa, aż na przepustce z woja kumpel pożyczył mi Czarne Oceany. I wsiąkłem. Nadrobiłem zaległości, zaraz potem były Inne Pieśni (do dziś nie rozumiem zakończenia). Potem znów nadrabiałem zaległości. I uznałem, że cokolwiek Jacek napisze, to musi to być warte przeczytania.

Lód to lektura ciężka, nie tylko dosłownie, chociaż te ponad tysiąc stron w twardej oprawie cholernie ciężko nosi się w kieszeni kurtki. To przede wszystkim ogrom świata przedstawionego, monstrualna ilość wykreowanych ludzi, zjawisk, rzeczy i całej reszty tego roztańczonego pyłu. Tak ogromna, że lektura Lodu zajęła mi kilka tygodni. No i cóż?

Jestem pod wrażeniem. Do pewnego momentu byłem zauroczony, wręcz zatopiony w świecie przedstawionym. Sam pomysł, całkiem z kosmosu, a przecież podany tak, że zawieszenie niewiary jest niemal minimalne. Tytaniczna praca nad stylizacją językową (Tetmajer ze swoim Na skalnym Podhalu może szlifować buty Jackowi) zrobiła na mnie, było nie było, specjaliście od języka, piorunujące wrażenie. Do tego znów, jak w Obcych pieśniach, autor napisał od zera nową fizykę i w zasadzie przepisał do niej cały  świat.

Przejażdżka z zamarzniętej sutereny w carskiej Warszawie na daleki wschód, podróż, miasta Zimy, ludzie, wydarzenia, wszystko to było jak niesamowita opowieść rodem z Baśni 1001 nocy. Gdybym chciał tu wyliczać, to bym zaraz poległ, bo w sumie nie wiem nawet od czego zacząć. Powieść sensacyjna, awanturnicze przygody, rozprawa moralno-politologiczna, historiozofia i patriotyczna megalomania – to niektóre tylko składniki tej układanki.

Niestety, podobnie jak we wspomnianej poprzedniej powieści Dukaja jestem trochę, hm, nie powiem, że niezadowolony; czyję niedosyt związany z zakończeniem.  Rozwiązanie wątków było po całej tej Zimowej epopei dość prozaiczne. Takie bardzo w duchu londonowskie czy wręcz curwoodowskie. Sama sprawa ojca też nie została wyjaśniona. Dobrze, że chociaż Jelena się znalazła. Nie wiem, czy to ja, czy autor – ja nie rozumiem, czy on konstruuje zakończenia bez rozwiązania akcji. W każdym razie miałem jakiś zgryz.

Niezależnie od tego Lód przywrócił mi wiarę w to, że Polak potrafi. Tak, jak młody Gierosławski stanął przeciw całemu światu, tak Dukaj podjął rzuconą przez samego siebie rękawicę i udowodnił, że można stworzyć dzieło monstrualne, a jednocześnie wielkie nie tylko objętościowo.

Polecam ze względu na pomysł, na zamotaną intrygę i siatkę wątków, na krwistą, barwną galerię postaci (ależ jak można było zabić Czyngisa Szczekielnikowa!), niezwykły, przemyślany w każdym detalu świat przedstawiony.

Jacku, cóż, chylę czoła. Ogrom Lodu można porównać tylko do Władcy Pierścieni. To bogoojczyźniany, do bólu polski epos, nowa legenda lechickiego rodu – nie pierwsza i chyba nie ostatnia spod pióra Dukaja.

Czytać, kupować, wielbić.

Ja w tym czasie nadrabiam nieliczne braki i powtarzam już przeczytane powieści.

I tylko na drugą tercję progresu nie mogę się doczekać…

Bartek Biedrzycki

Autor książek, komiksów, podcastów i papierowych modeli.

Może Ci się również spodoba

  • makowiec

    „ależ jak można było zabić Czyngisa Szczekielnikowa!”

    Dzięki wielkie.

  • Racz wybaczyć.