Nie czuję bluesa

Piotr pożyczył mi film. Koniecznie musisz obejrzeć, jest niesamowity, zrobił na mnie ogromne wrażenie – zachwalał.

Film o Ryśku Riedlu narobił szumu, kiedy się pojawił. Chodziły nawet opowieści, że Tomasz Kot, aby wczuć się w rolę, zaczął się włóczyć z lumpami i regularnie upijać. Podobnie jak Ledger, który ponoć szprycował się lekami, które go ostatecznie zabiły, bo tak bardzo zaangażował się w swoją rolę.

Cóż, Kot zagrał dobrze, ale jakoś nie widać, żeby się w postaci pogrążył. To bardzo dobry aktor i niezła rola, ale fajerwerków nie było.

Ogólnie cały film zrobił na nas raczej przeciętne wrażenie. Spodziewaliśmy się większej petardy, a dostaliśmy film jedynie przyzwoity. Powodów może być kilka, tak uznaliśmy razem z Żoną.

Przede wszystkim, żadne z nas nigdy nie było fanem Dżemu ani Ryśka. I chyba na tym polega problem. Oczekiwaliśmy filmu fabularnego, biograficznego, owszem, ale jednak z akcją i jakimś wątkiem. Tymczasem Skazany na bluesa sprawia wrażenie paradokumentu. Opowiada wybiórczo o niektórych wydarzeniach z życia Riedla. I tyle.

Tomasz Kot - Skazany na bluesa
Co nas bardzo zaskoczyło i było denerwujące – jest strasznie dziurawy. Zaczyna się w Tychach pod koniec lat 70-tych, jest ślub, pierwsza szpryca i nagle dekada przerwy, jest rok 1990. Ani słowa o wzlocie, przechodzimy od razu do upadku. Rysiek jest już postarzały, zniszczony, ma dwójkę dzieci i męczy się na scenie. Ćpa straszliwie i coraz mniej sobie z tym radzi. Taki skok fabularny odebraliśmy oboje z Żoną bardzo źle. Na pewno warto było pokazać historię choroby, próby walki, jakie z nią podejmował. Trochę brakuje tego wszystkiego, chociaż zdaję sobie sprawę, że trzeba było dokonać jakiejś selekcji i zmieścić produkcję w jakichś sensownych ramach czasowych.

W dodatku cały film składa się jakby z pojedynczych scen. Owszem, są powiązane postaciami i chronologią, ale to nie fabuła, nie ma tu ciągów przyczynowo-skutkowych. Ot, jest to taka przeglądarka z przeźroczami dla wiernych fanów Dżemu, którzy na pewno pamiętają wszystkie te migawki z Bastkiem grającym na harmonijce i konną ucieczką Riedla.

Najlepszy w tym wszystkim był chyba wątek ojca – konsekwentnie przeprowadzony od początku do końca, sprawie i dobrze ukazana przemiana wzajemnych relacji dwóch mężczyzn, którzy nie potrafili poradzić sobie ze swoimi uczuciami.

Żona zauważyła także, że film mocno Riedla wybiela. Pokazuje go, jak ujęła, „na różowo”. Jako zgnębionego życiem wrażliwca, słabego człowieka, którzy miał wielkie serce i wielką duszę, ale świat go stłamsił. Nawet w scenie, gdzie na oczach żony piosenkarz robi z siebie szmatę, jest przedstawiony jak człowiek nieszczęśliwy, któremu trzeba współczuć, a nie jak degenerat, który sprowadził na siebie śmierć, a na swoją rodzinę i znajomych cierpienia i kłopoty.

Może mam taki zły stosunek, ale kilku moich rówieśników ze szkolnej ławy też spoczywa już w spokoju pod półtorametrową warstwą gleby. Zabiło ich to samo, co Ryśka. Własna głupota, wspomagana heroiną. Nie chcę być źle zrozumiany – używki wymyślili ludzie i są tacy, co twierdzą, że wszystko dla ludzi. Współczuję oczywiście wszystkim tym, którzy wpadli w nałóg, z którego nie mogli się wyplątać, ale zawsze jest moment pierwszej decyzji, pierwszego wkłucia, pierwszego odlotu, którego nie należało podejmować. Bo narkotyki to używki dla ludzi mądrych – takich, którzy wiedzą, gdzie przebiega granica ich siły, gdzie przebiega granica ryzyka, jakie warto podjąć.

Podsumowując – film jest skierowany do specyficznego odbiorcy. Może, gdyby to był film o Bobie Marleyu, to oglądałbym go z zapartym tchem, przypominając sobie wszystkie fakty i wydarzenia z jego życia, jakie znam.

Riedel był dla nas tylko wokalistą popularnego zespołu. Artystą, który popełnił powolne samobójstwo, wspomagany narkotykami. Może dlatego jesteśmy sceptyczni wobec idealizowanego obrazu, jaki został w tym filmie pokazany.

No i zakończenie… Kiedy na ekranie pojawił się napis o śmierci Riedla w szpitalu spojrzeliśmy na siebie i powiedzieliśmy tylko Ke?

Bartek Biedrzycki

Autor książek, komiksów, podcastów i papierowych modeli.

Może Ci się również spodoba

  • robert

    Dżemu nigdy nie lubiłem, a właściwie polubić nie miałem okazji. Nie załapałem się wiekowo na czas w którym „po raz pierwszy odkrywa się zespoły które mogą być super i coś dla ciebie znaczyć” a i kiedy już dorosłem do okresu słuchania muzyki, nikt nie miał okazji zainteresować mnie fenomenem tego całego zespołu jak i samego Riedla. Dlatego też piosenki Dżemu kojarzą mi się z tymi gorszymi ogniskami, które zaczęły być do kitu w momencie kiedy ktoś wyciągnął gitarę i zaczął śpiewać coś z Dżemu. Z nikim nie pogadasz bo impreza kończy się przyglądaniem osobą które patrzą w ognisko z mądrą miną i nu utwory które nigdy mnie nie poruszały. Próbowałem słuchać Dżemu z różnego okresu, słuchałem i czytałem o najsłynniejszym wokaliście ale ciągle piosenki nie miały dla mnie tego czegoś, co (chyba) przyciągało do nich innych. Tak czy inaczej Riedel zasługiwał na lepszy film – lepiej zrealizowany, lepiej opowiedziany, taki który nie pomija najciekawszego okresu jego twórczości (powtarzam za bodaj Gazetą Wyborczą, bo sam tego nie ocenię) lub który o samym jego upadku opowiada w lepszy sposób. Miałem nadzieję zobaczyć film który naprawdę będzie niezły – trochę filmów biograficznych jest które są super mimo, że osoba o której opowiadają lub jej dokonania nigdy mnie nie interesowały. A tak zobaczyłem coś szalenie nieprzekonującego i na dodatek nijak mające się do tego, co o Ryszardzie opowiadał były członek zespoły na pewnym zorganizowanym spotkaniu (tylko byłoby dobrzeżebym pamiętał jak on się nazywał). Czyli jeśli ktoś nakręci coś dobrego to z chęcią to zobaczę, bo Skazany na Bluesa do mnie nie trafia w żaden sposób.

  • Ja również nie byłem ani nie jestem fanem ani Dżemu, ani postaci Ryszarda. Masz całkowitą rację, film jest tylko (a raczej głównie) dla fanów zespołu. To oni po obejrzeniu filmu poukładają sobie wszystkie wątki.
    Ale trzeba przyznać, że jak na polski film paradokumentalno- biograficzny to „Skazany…” (po angielsku Blues Break) jest średni. Potrafimy robić lepsze filmy.

  • Ja również nie byłem ani nie jestem fanem ani Dżemu, ani postaci Ryszarda. Masz całkowitą rację, film jest tylko (a raczej głównie) dla fanów zespołu. To oni po obejrzeniu filmu poukładają sobie wszystkie wątki.
    Ale trzeba przyznać, że jak na polski film paradokumentalno- biograficzny to „Skazany…” (po angielsku Blues Break) jest średni. Potrafimy robić lepsze filmy.

  • Ja również nie byłem ani nie jestem fanem ani Dżemu, ani postaci Ryszarda. Masz całkowitą rację, film jest tylko (a raczej głównie) dla fanów zespołu. To oni po obejrzeniu filmu poukładają sobie wszystkie wątki.
    Ale trzeba przyznać, że jak na polski film paradokumentalno- biograficzny to „Skazany…” (po angielsku Blues Break) jest średni. Potrafimy robić lepsze filmy.

  • Ja się zainteresowałem Dżemem po ich koncercie w moim mieście, ściągnąłem trochę piosenek, kupiłem płytę, pooglądałem Skazanego na bluesa.

    Dla mnie Dżem to niepowtarzalny klimat, chociaż ich piosenki mogą czasem irytować i męczyć przy „entym” słuchaniu.

    Myślę, że w filmie wcale nie musieli pokazywać triumfów Ryśka, skupili się na wydarzeniach poważniejszych, dobrali do tego odpowiednie piosenki. Faktycznie, dokumentalnie to momentami wygląda, ale nie wyobrażam sobie tego filmu zrobionego jak Bodyguard, że o muzyku i z nibyakcją, w sensie.

    PS. Film ma dobre momenty i mimo że go trochę bronię, to i tak daję mu góra 5/10, jak wyżej podpisani.

  • Ja generalnie za bluesem nie przepadam i „męczący” to faktycznie dobre określenie do niektórych utworów.

    Hm, Bodyguard na pewno nie, ale mimo wszystko, chciałbym zobaczyć ten upadek na jakimś tle, w jakimś kontekście.

  • Nigdy nie czułem fascynacji Riedlem. Znajomi kochali, mnie przechodziło bokiem. Film przeciętny, ma fajne momenty i super rolę Kota, którego wcześniej znałem jedynie z komediowego „Camera Cafe”. Ale racja – film tylko dla fanów Dżemu. Nie chciało by mi się oglądać tego drugi raz.