Pomroczny Rycerz

Byliśmy w kinie. Z Żoną. Nic nowego, to się przydarza parom małżeńskim z większym i mniejszym od naszego stażem.

Byłem chyba ostatnim polskim fanbojem Gacego, który poszedł na ten film.

Żona była filmem zachwycona. Kiedy wychodziliśmy, opowiadała mi, które sceny i które postacie najbardziej jej się podobały. Aż w końcu spojrzała na mnie podejrzliwie i powiedziała: Ale tobie też się podobał, prawda? Bo tak nic nie mówisz?

Żeby nie było wątpliwości, film mi się podobał. To bardzo dobrze zrobiony sensacyjniak. Trochę rozwlekły. Trochę za mało akcji, wybuchów i mordobicia jak na sensacyjniak. Słaba laseczka. Ale bardzo dobry, mimo wszystko.


Pod warunkiem, że Stefan Senegal walczyłby w tym filmie z terrorystą imieniem Ja Wam Dam.

Bo, jeżeli mam to rozpatrywać jako film a Batmanie, to był średni. Mocno średni.

Na dzień dobry pójdę za światłą radą pewnego człowieka z forum Gildii, który stwierdził, że zdrowo jest rozpatrywać filmową adaptację komiksu w oderwaniu od pierwowzoru. Tak też zrobię, bo w tym filmie, jak w każdym innym, doszukałbym się takiej masy błędów, że zasypałbym nimi stadion olimpijski w Pekinie i jeszcze by zostało.

Nie będę się więc czepiał Denta, Rachel i całej reszty. Czepię się tego, czego bałem się, że będę musiał.

Na dzień dobry nasmarujcie pal i rozpalcie stos. Śp. Heath Ledger nie był rewelacyjny. Zagrał niezłą rolę psychopaty, albo nawet nie psychopaty, po prostu niezrównoważonego psychicznie bandyty. Nie zagrał Jokera. Nie dla mnie. Dla mnie to nie był Joker, tylko jakiś świr wymazany kosmetykami jak idiota.

Mlaskał wstrętnie. Może mam złe pojęcie o obłędzie, ale jak coś mlaszcze, to nie jest obłąkane ani straszne. Kojarzy mi się z pewnym gościem imieniem Rysiek, który kiedyś jeździł w pierwszych drzwiach autobusu 802 do Warszawy. Też mlaskał. Był umysłowo ograniczony, a to nie to samo, co szaleństwo. Mlaskanie nie jest szalone, jest obleśne. Mlaskający Ledger nie jest obłąkany, jest obleśny.

Trick z ołówkiem był fajny, ale jak na film klasy B prosto na wideo. I jeden fajny trick nie ratuje postaci, która poza tym jest płaska. Nie wiem, co ludzie widzą w tej kreacji. Zwykły psychol, w historii kina na pęczki było lepszych postaci, niż postać Heatha Ledgera (odmawiam nazwania jej Jokerem).

Kilka słabych mrugnięć oka względem Zabójczego Żartu. Niezłe mrugnięcie oka względem Jokera Nicholsona. Słabe zakończenie postaci. Monolog o byciu skazanym nawzajem na siebie postaci Heatha Ledgera i Batmana był jak młynek modlitewny, powracał kilka razy i w finale już nużył.

A jego dwukrotna (albo trzykrotna, mogłem przegapić) opowieść o różnym pochodzeniu szram była słabym echem rozmytego originu Moore’a. Słabo podanym i słabo przygotowanym. Ani straszna, ani wciągająca. Taki ojciec mógł przerażać w opowiadaniu z antologii Grindberga, ale nie u Ledgera.

Eckhart wypadł lepiej od Ledgera. Ten konkurs na MD był silnie umotywoway. Zagrał niezłą postać, dość dobrze napisaną; przemiana, mimo, że nie kanoniczna, wypadła przyzwoicie. Oczywiście Dent nigdy by nie oszukał, zabijając kierowcę, żeby pozbyć się Maroniego, ale trudno, już mówiłem, że nie będę się czepiał różnic między filmem a komiksem. W końcu to film realistyczny. Tu czołgi skaczą po dachach, a 18wheelery obracają się wokół własnej osi (ta scena najlepiej wskazuje, czym ten film powinien być).

Bardzo dobra charakteryzacja, czerpiąca garścią z wersji Sale’a, jak dla mnie. Przemyślana. Groteskowa. Nierzeczywista. Doskonała. W przeciwieństwie do tego gówna, które zrobiono z postaci Heatha Ledgera.

Batman był taki, jak Batman we wszystkich filmach. Dziwny koleżka zakutany w jakąś idiotyczną zbroję. Warkot, który się z niego dobywał, też był dla mnie bardziej śmieszny, niż przekonywujący.

Za to miał świetne sekwencje walk. Pierwsza scena na parkingu, ze wsadzonym niewiadomopoco Scarecrowem (cały wątek można by było wyciąć, no, chyba, żeby ocalić scenę walki), miała bardzo przyjemną choreografię. Nie matrixowo-chińskie popisy z żyłką z tyłka, tylko faktyczna brutalna bijatyka. Myślę, że tak właśnie Batman by walczył, gdyby istniał. Ten jeden raz „realizm” Nolana się udał i był realistyczny.

Jak dla mnie Bale pasuje do tej postaci tak sobie. Nie mówię, że lepszy był pan doktor plastikowe sutki, ale Christian kojarzy mi się wyłącznie z mangową wersją Asamiyi, a to jest alternatywa, jak na mój gust. Był taki jakiś, nie wiem, podłużny, pociągły, jako Batman był jeszcze OK, bo w tym całym plastiku to i Englund by był dobry, ale jako Wayne był jakiś nie taki jak trzeba.

Wątek z Hong-Kongiem był kompletnie z czapy. Piękne widoki, owszem, ale pół godziny filmu po to, żeby pokazać zatokę, to strata czasu. Żeby chociaż pokazali Walled City of Kowloon, to pewnie by się to uratowało. No, ale jego już nie ma, więc widzieliśmy wieżowce nad zatoką. Jakbym nie wiedział, że to HK, to bym nie zgadł.

„Realistyczne Gotham” było kiepskie. Gotham nie jest realistyczne. Gotham nie jest jak Nowy Jork. Gotham nie jest jak Chicago (na marginesie, co za przygłup napisał na stronach Cinema City „miasteczko Gotham”; fajne miasteczko, 8 czy ile? 10 milionów ludzi? Zupełnie jak miasteczko Nowy York…).

Gotham jest groteskowe. Gotham jest mroczne. Gotham jest brudne. Gotham dzieje się na ulicy i na dachach. Na ulicy są śmieci, wraki, bandyci i szczury. Na dachach są chmury, deszcz, maszkarony i Batman. W Gotham nie ma szkła i chromu, w Gotham są stare ceglane dystrykty, betonowe doki, stalowe mosty.

Oczywiście w moim Gotham, w Gotham Granta, O’Neila, w Gotham Sprouse’a, Novicka i Breyfogle’a. Gotham Nolana to Nowy Jork z Batmanem na dachu.

Bardzo duże brawa za akcję z Jimem Gordonem. Nie napiszę, bo jest cień szansy, że ktoś filmu jeszcze nie widział, ale to była najlepiej rozegrana akcja w filmie. Obstawiałem za kierownicą Rachelę i bardzo byłem zaskoczony. Serio, duże, duże brawa. W ogóle pochwała dla Oldmana. Najlepszy Gordon w historii ekranizacji.

Świetny Caine. Gdyby jeszcze zmienić wygląd, to byłby to najprawdziwszy Pennyworth świata. Widać, że ten aktor dobrze się przygotował do roli, odrobił lekcje i jeszcze zaliczył materiał nadprogramowy. W porównaniu z nim napisana od nowa postać Foxa jest zaledwie poprawna.

No i nie byłbym sobą, gdybym nie dodał, że prawdziwy Batman nigdy nie strzelałby z karabinów maszynowych w miejscach pełnych ludzi.

To był naprawdę dobry film. Sensacyjny. Dla ludzi, którzy o Batmanie wiedzą tylko tyle, że to facet co się przebiera za nietoperza i tłucze złoczyńców. Dla laików. Fani albo się spuszczą nad tym, co nawyprawiał Ledger, albo pomyślą to, co ja. Każdy ma prawo do swojej opinii. W/g mnie, Batman Początek było, mimo idiotycznego zniszczenia postaci Ra’s al Ghula, lepszy. Jako film o Batmanie, nie ogólnie.

Arcydzieło? Czego? Czas na flamewar.

Bartek Biedrzycki

Autor książek, komiksów, podcastów i papierowych modeli.

Może Ci się również spodoba