Ghibli – Rodzinka Yamadów

Wyszły trzypaki z Ghibli. Z pięć albo lepiej, nie jestem pewien, na razie mam dwa.

Uwaga pierwsza: nie wybierać wersji z lektorem. Lektor za głośno, tło za cicho, muzyki nie słychać. Źle bardzo.

Yamadów znam od lat, w zasadzie wpadli mi w ręce w czasach, kiedy dostępność anime w Polsce była jeszcze znikoma (ale nie były to już kalifornijskie fansuby robione na Amidze), czyli zaraz po premierze. Przyznaję bez bicia, była to jakaś piracka kopia.

No i zachwycił mnie ten film. Więc bez wahania ten trzypak, który go zawierał, poszedł na pierwszy ogień w markecie.

Ja w ogóle mam duże poważanie dla wszystkiego, co firmowane jest przez Ghibli, bo to zwykle doskonałe, nastrojowe i mądre filmy, skierowane do szerokiego spektrum odbiorców. Nie mogę się doczekać chwili, kiedy razem z małą Zu pierwszy raz wspólnie 0obejrzymy Totoro albo Nausicę, albo Kiki.

Yamadowie to trochę mniej baśniowy, a bardziej obyczajowy rys Studia; kojarzą mi się z takimi produkcjami jak Only Yesterday czy Whisper of the heart. Na pozór zwykła opowieść o zwykłej rodzinie, pozbawiona nawet jakiejś wyraźnej linii fabularnej. Ot, ciąg luźno powiązanych epizodów z życia ojca-urzędasa z klasy średniej (tej średniejszej niż wyższej), matki-kury domowej, zamotanej jak linka do bielizny i ledwo ogarniającej ten rozgardiasz, starszego Noboru-nastolatka, z właściwymi temu wiekowi problemami oraz Nonoko – najmłodszej, ale chyba najrozsądniejszej postaci w rodzinie.

No, i jest jeszcze Shige, babcia z tendencjami do kłopotliwych wypowiedzi.

Yamadowie są tacy jak my, tylko troszkę bardziej nieporadni, troszkę bardziej śmieszni, troszkę bardziej rozczulający. Oglądając ich kolejne perypetie, spuentowane nastrojowymi, melancholijnymi haiku, miałem wrażenie, że czasem widzę siebie przeszłego, czasem teraźniejszego. Pewne epizody chyba należą dopiero do przyszłości, w której moja córka podrośnie, przynajmniej do wieku Nonoko.

To film, mimo że czasem smutny, czasem nawet przykry, ale przesycony pewnym ciepłem – jak każda dobra, kochająca się rodzina. Nawet, jeżeli czasem żona i dzieci nie chcą sobie z tobą zrobić zdjęcia na pierwszym śniegu, to na pewno kiedyś wyjdą wszyscy w największą ulewę, aby przynieść ci parasol na stację.

Film zwraca tez uwagę od strony graficznej. Postacie są niebezpiecznie blisko uproszczenia prawie do poziomu super-deformed, ale w konwencji takiej właśnie obyczajowej, familijnej komedii przyjęta konwencja sprawdza się świetnie. Dodatkowo, cała animacja wygląda jak mocno zaawansowany storyboard – postacie niczym wyrysowane ołówkiem szkice, pretekstowe tła, kolory, wyglądające na robocze. To wszystko dodaje obrazowi pewnej baśniowości, pewnej umowności, z bohaterów, mimo konwencji – bardzo charakterystycznych, czyni pewnego rodzaju everymanów, a skromne środki nadają wyrazu akcji i treści. Bardzo ciekawy i dobrze wykonany zabieg.

Gdyby miał polecić komuś pierwszy film z Ghibli, to wybór Yamadów byłby może nie oczywisty, ale wielce prawdopodobny. Bo to film także dla laika, któremu być może ani mała dziewczynka latająca na miotle, ani wielka gadająca wilczyca, ani pilot-wieprzek niekoniecznie muszą się spodobać.

Polecam. Polecam zresztą całą produkcję Ghibli. Bo wszystkie ich filmy, nawet et, w których gwałtowne wydarzenia ciskają bohaterami jak huragan, mają w sobie taką cichą, przemyconą mądrość. I stawiają treść nad, bynajmniej nie zaniedbaną, formą.

Bartek Biedrzycki

Autor książek, komiksów, podcastów i papierowych modeli.

Może Ci się również spodoba