Szmatman i syf

Nie piszę tu za bardzo o Batmanie, bo od tego mamy z JAPONem podcast B180.

Ale czasem trzeba. A ostatnio kupiłem znowu sporo komiksów z Gackiem. Sporo dobrych, sporo bardzo dobrych, ale niestety kupiłem też potworka pod tytułem Batman and son, w Polsce wydanego w wersji wykastrowanej przez Egmont. Być może to obcięcie połowy wyszło mu na dobre, bo pierwsza historia jeszcze jakoś, ledwo ale jednak, trzyma się kupy.

Będą masywne spojlery, ale nie mam wyrzutów sumienia, bo nie poleciłbym tego albumu do przeczytania nikomu. Serio, jest to chyba najgorszy gniot, jaki w ostatnich latach miałem w rękach, prawdopodobnie najgorszy komiks z Batmanem, jaki od wielu, wielu lat przeczytałem. Zastanawiam się, czy nie najgorszy komiks z Batmanem w ogóle, a przeczytałem ich potworną ilość.

Granta Morissona chyba mocno pogrzało, chociaż kiedyś faktycznie potrafił pisać niezłe scenariusze. Album składa się z dwóch różnej długości, bardzo luźno ze sobą związanych historii, przedzielonych opowiadaniem o Jokerze. Nie wiem, czy to opowiadanie, to nie najlepszy element tego komiksu. Czy to nie jedyny dobry element tego komiksu.

Pierwsza część to telenowela dla kretynów. Nagle pojawia się Talia, oznajmiając Bruce’owi, że mają synka, więc Wayne niewiele myśląc zabiera dzieciaka do Jaskini, pozwala mu zmaltretować Alfreda i prawie zabić Tima, a następnie przy pomocy batrakiety batkosmicznej (ale nie zespolonej, damianowo-batmanowej), udają się na wyspę Gibraltar (dobrze słyszeliście, na wyspę), aby Talia mogła porozmawiać z Batmanem, bo przecież przy ich poprzednim spotkaniu nie mogła tego zrobić, więc musiała spotkać się z Bruce’m, żeby podrzucić mu Damiana, żeby Damian mógł sprowokować Batmana do spotkania z Talią.

Przy okazji udaje jej się prawie zabić dzieciaka, wystawiając go na atak brytyjskich torped. No i byłbym zapomniał, przy obu spotkaniach obecne są hordy ninja-man-batów z Ligi Zabójców napojonej wywarem Kirka Langstroma.

Jesteśmy zbytnimi prostakami, aby dostrzec maestrię rozumowania i logiki zawartą w scenariuszu, a także wirtuozerię tej akcji.

Grant snuje swoją opowieść dla skretyniałych w sposób mało misterny. Powiedziałbym, że nawet mało ją snuje, bo są w niej spore dziury. Pomijam wręcz fakt, że całość ma wypisane na starcie wielkimi literami „jestem małym kawałkiem wyrwanym z jakiejś całości”, przez co nie bardzo wiadomo o co chodzi więcej niż kilka razy.

Trzy razy odkładałem ten komiks, zanim dobrnąłem do końca tego koszmaru. Tymczasem czekała na mnie jeszcze druga opowieść. Oto, nagle, okazuje się, że Batman ma swoje prywatne małe archiwum X, coś jak czarna teczka Tymińskiego, a w nim wzmiankę o trzech duchach, z których jeden najwyraźniej pojawił się w jednym kadrze na początku opowieści (no, OK, w dwóch), a drugi, wyglądający jak skrzyżowanie Batmana z Bane’m, po czym Wayne rozpoznaje, co i w jakich ilościach człek ten zażywa, właśnie spuszcza mu łomot. Batman więc pokonuje go i w tym momencie opowieść się urywa, bo zamiast zakończenia mamy jakiś dziwaczny Elseworlds, w którym Damian, starszy o kilkadziesiąt lat, nosi strój nietoperza i odnajduje ostatniego ducha z tajemnej czarnej teczki ojca. Długo nie mogłem pojąć, co się stało.

Dodatkowym smaczkiem jest fakt, że to był akurat zeszyt #666, więc jest obowiązkowy satanistyczny symbol dla dzieci czyli pentagram a także, tadam, wydarzenie roku, łysy Damian zabija syna Szatana ubranego w strój nietoperza.

Jeżeli ktoś wytłumaczy mi, dlaczego Antychryst miałby ubierać się w pelerynę z uszami i dlatego był takim leszczem, że dał się zabić trzema strzałami z piąchy, to będę wdzięczny.

Albo, lepiej, niech ktoś powie, kto wmówił temu ocipiałemu scenarzyście, że komiksy czytają tylko ludzie z IQ poniżej 30.

Chyba się zestarzałem. Albo jestem już za inteligentny na czytanie komiksów, bo ten album to potok bredni. Wygląda tak, jakby Grant pożarł swoją kolekcję Batmanów z dawniejszych lat, a potem zwymiotował ją, z dużą czkawką, w napadzie pląsawicy Huntingtona, przez co kawałki tego wyrzygu rozrzucone są bez ładu i składu gdzie popadnie. Zapomnijcie o Banie, zapomnijcie o Ra’s al Ghulu, zapomnijcie o Jokerze. To są maluteńkie milusie pikusie w porównaniu z największym adwersarzem Batmana wszechczasów, panem jaśnie oszalałym scenarzystą.

A brak redaktora i przepuszczanie takich ewidentnych bubli jak wyspa Gibraltar wystawia całemu DC baaaaardzo złą opinię.

Nie kupujcie tego albumu, to jest jakieś koszmarne nieporozumienie, poroniona wizja chorego umysłu, która nie ma nic wspólnego z moim ulubionym bohaterem, a w dodatku wygląda jakby wątek opowieści pogryzły szczury, zostawiając dziury wielkości pięści. Chyba, że lubicie Batmana zaprezentowanego jako działającego impulsywnie kretyna, mającego w dupie wszystko, w co, jak sądziliśmy, ta postać zawsze wierzyła.

Ten album jest tak zły, że nawet zastanawiałem się, czy nie ściągnąć z niego folii ochronnej i nie postawić go za karę jako jedynego gołego komiksu na półkach „batmańskich”. Grant musiałby napisać pięćset Azylów, żeby się chociaż trochę zrehabilitować.

Bartek Biedrzycki

Autor książek, komiksów, podcastów i papierowych modeli.

Może Ci się również spodoba