Czarna dziura, panie

To taki wiązany wpis, trochę o komiksie, trochę o pierdołach. Główniej o jednym konkretnym komiksie i głównie o okołokomiksowych pierdołach. Mogą być spoilery.

Kiedy wszyscy zdążyli się już spuścić, dokonać ewangelizacji i pogryźć, a kurz ekscytacji opadł i sprawa przycichła, ja kupiłem sobie wreszcie Black Hole.

No i co? Tu drapię się w głowę z zakłopotaniem. Dobrze i źle jednocześnie. Mam odczucia jak gilbaert i jak pół forum Gildii jednocześnie. Komiks dobry i średni. Warto i nie warto.

I wyjątkowo uważam, że twarda oprawa była na miejscu, bo to grube. Chociaż z tą oprawą można to dać w formacie kieszonkowym. I na cieńszym papierze. Serio, mnie nie byłoby żal. Kolekcjonerom pewnie tak, ale ja bym zabił za taki magazyn, drukowany na bibułce od papierosów, który ma 500 stron i jest miesięcznikiem. I jestem pewien, że każdy, kto wybiera zawsze wersję w HC, też w głębi duszy tak by zrobił.

Zeszło się tak długo (z kupnem tego komiksu), bo dość drogi. Od paru lat mam komfortową sytuację finansową, ale mimo wszystko, cena okładkowa odstrasza trochę, nawet biorąc pod uwagę objętość.

Tym bardziej, że przeczytałem całość poniżej godziny. Duże kadry, dialogu i narracji w normie, czyta się błyskawicznie.

Z jednej strony świetnie. Sekwencje oniryczne i narkotyczne bardzo fajne. Takich kumpli od skręta jak tych dwóch przygłupów, każdy kiedyś miał. W ogóle, sekwencje rozgrywające się „poza francą” to kawałek przyzwoitego komiksu obyczajowego.

Z samą francą jest mi trudno. I nawet wiem, czemu.

Jestem w stanie zawiesić niewiarę i przyjąć istnienie choroby, która sprawia, że wyrastają ci usta albo ogon. To idiotyczne, ale jest osią fabularną, więc zawieszam niewiarę.

I w tym momencie moja dobra wola się kończy. W dzieciństwie lubiłem Christę, Baranowskiego i trochę mniej Chmielewskiego. Do momentu, kiedy w wieku chyba lat 5 wpadł mi w ręce jakiś szwedzki przedruk Supermana i (takiż) Fantastic Four, a chwilę potem odkryłem stare Relaxy. I, o ile po szwedzku nic nie kumałem, to przygody Konusa i niesamowite perypetie pilotów myślowców mnie zachwyciły. Ze względu na swój rysunkowy realizm. To byli prawdziwi ludzie, nie mieli nosa większego od stopy.

Z tego samego powodu bardziej mnie zawsze pasjonowały przygody pewnego bogatego kulturysty, który nocą daje ludziom po ryju i przyjaźni się z sierotą-cyrkowcem, niż podobne w duchu przygody faceta strzelającego promieniami z dupy.

I tu zawieszam niewiarę i kończy się moje pobłażanie dla francy. Czy naprawdę wszyscy pieprzyli by się jak króliki, gdyby znali ryzyko? Tak.

Czy zarażeni spieprzali by do lasu i tam koczowali? Być może.

Czy nikt by nie poszedł do lekarza? Wątpię.

Czy społeczność lokalna nie wpadła by w panikę, a w telewizji, zamiast Abbota i Costello nie puszczała reportaży o zarazie? Retoryczne.

Założenie, że każdy, który nauczył się oddychać przez dupę ucieka do lasu i tam koczuje jest poronione. Trzeciego dnia zabawy w biwak cała ta banda gówniarzy miałaby tam rasowy tłum z pochodniami i skończyli by nadziani na gałęzie, jak laleczki Ricka Fiuta. Przecież łażą po ulicach, wyjadają ze śmietników – co jest, ludziom się zdaje, że to nowy gatunek oposa? Amerykanie bywają głupi, ale nie aż tak.

A więc z jednej strony super, z drugiej padaka.

Sam Keith mnie nie zafrapował. Gdyby nie był jednym z narratorów, to pewnie bym go przeoczył. Jeden z tych gości, których na korytarzu mijasz i nie zauważasz. Sam taki kiedyś byłem, chociaż było mi jeszcze daleko do Dave’a czy Ricka.

Ale laski takie, jak Chris, były zawsze pustakami i nie było sensu się za nimi oglądać. To odróżniało prawdziwe polskie życie od Beverly Hills 90210. Potem, już w liceum, to się przemieszało, pozmieniało, było inaczej, tak czy owak z amerykanckymy filmami o gówniarstwie nadal nie miało nic wspólnego.

Chris sama z siebie to potworna sierota. Prawie syndrom sztokholmski w stosunku do nosiciela, który ją zaraził. I idiotyczny sentyment do Kietha, kiedy było już za późno.

Jaszczurza Królowa była chyba najfajniejszą postacią. Może dlatego, że była najstarsza z całej bandy i miała trochę trzeźwiejsze spojrzenie na świat.

I Dave, biedny fiut, któremu nic nie wyszło. Tacy to nigdy nie mają szczęścia.

W getcie geeków też są getta. Możesz czytać komiksy, ale ratuje cię to, że przynajmniej potrafisz napisać wypracowanie na każdy temat i umiesz trzymać ołówek. Koleś, który w niedzielę w lakierkach i białej koszuli zabiera na spacer z rodzicami książkę do matematyki, żeby powtórzyć sobie materiał jest stracony. Mija 20 lat i on nadal wygląda tak samo.

A ten, dodatkowo, robi to, co każdy głupi amerykański nastolatek, czyli zabija wszystkich dookoła, jakby to miało jakieś znaczenie. Halo, frajerze, nikt ich nie szuka, nikt ich nie chce, ich własne rodziny puściły na nich strugę ciepłego moczu i oglądają starą komedię w TV, zamiast siedzieć na posterunku i domagać się poszukiwań.

Skąd miałeś tyle naboi, Dave?

Powinienem przeczytać Black Hole kolejny raz i coś dorzucić, ale wystarczy tej wyliczanki. Nadal nie wiem, czy mi się podoba, czy nie. Nie odsprzedam go, chyba, że za kilka lat osiągnie jakieś zawrotne ceny. Ale pewnie nawet wtedy nie, bo podoba mi się od strony graficznej. I ma dobre sekwencje oniryczne, narkotyczne i wizyjne.

W dzisiejszym wpisie nie będzie linków, okładki ani opisu. Piwo i chipsy się skończyły. Pora i na moje dywagacje.

PS. Czy scena, jak wszyscy siedzą przy ognisku, nie przypomina wam podobnej z Wyspy doktora Moreau? Zwierzoludy siedzą wokół ognia, skandując Prawo i oszukując się chóralnie, że są czymś, czym nie są. Takie luźne skojarzenie.

Bartek Biedrzycki

Autor książek, komiksów, podcastów i papierowych modeli.

Może Ci się również spodoba