Plac(ek) Zbawiciela

Żona i ja siedzieliśmy wczoraj wieczorem i oglądaliśmy telewizję, co nie zdarza się często, bo za zwykle siedzę tyłem do telewizora, żeby być przodem do komputera, więc siłą rzeczy nie oglądamy razem.

No i trafiliśmy na Plac Zbawiciela. Mało interesuję się kinem polskim, bo mam silny uraz po pracy przy dwóch polskich filmach w poprzednim miejscu i po ogólnej, nadzwyczaj częstej siermiężności polskiego produktu z tego segmentu popkultury.

No i co? No i nic, już wiem, że ja po prostu nie lubię filmów Krauzego. Są dla mnie za ciężkie. Dług ledwo zmordowałem, nie ze względu na tematykę, bo straszniejsze fabuły ma każdy film z Seagalem, ale ze względu na potwornie męczący odbiór tego dzieła. Dobre, ale nie do oglądania.

I z Placem tak samo. Produkcja ciężka, ale nie gatunkowo ani nie ze względu na zagadnienie, tylko po prostu źle mi się ją oglądało. A przecież dostała masę nagród, więc pewnie powinna mnie zachwycić. Chyba jednak za prosty jestem, na bardziej złożone rzeczy, niż historia cudownego ocknięcia policjanta w 1990 roku po ośmiu latach śpiączki.

Film skonstruowany jest poprawnie, jak dla mnie modelowo – tak modelowo, że musiałbym wypić jeszcze ze trzy razy tyle, co wczoraj wypiłem (a było trochę, bo akurat mi się urodziny [własne zresztą] nawinęły przypadkiem), żeby nie nadążać i nie wiedzieć, co się zaraz stanie. Z przerwami na sikanie, a to było TVP, więc bez reklam.

Historia wywalona jest na tacy. Nawet nie podana, tylko wywalona. W zasadzie w niektórych scenach można było dać plansze z napisem „teraz dzieje się to i to, merytorycznie takie, moralnie takie, następuje cośtam”. Autorzy wykładają opowieść w sposób dosłowny, bezpośredni, bez żadnej dozy subtelności, wyraźnie szturchając widza, żeby przypadkiem nie pomyślał czegoś, co mogłoby odbiegać od linii programowej.

To potwornie męczy. Wiemy, dokąd idziemy, wiemy, którędy, więc po co jeszcze w czasie marszu opowiadać ponownie, co i po co robimy?

(Dygresja: na komiksy i nie tylko Rob pastwił się nad użyciem 1. os. l. m. – a ja tu taki zonk).

I zakończenie. Zabijcie mnie, o co chodziło? Że zabiła tego młodszego, a starszego nie? Co powiedział Piotr? I dlaczego ona miała dostać za to 15 lat, a on 2 w zawieszeniu? Dlaczego mam wrażenie, że obejrzałem film przekombinowany, a jednocześnie bezczelnie, nachalnie wręcz moralizatorsko-dydaktyczny, opowiadający o jakimś amalgamatowym, modelowym zjeździe po równi? I po co go obejrzałem, jak na półce czekał japoński horror na DVD.

A może po prostu ja nie rozumiem „ambitnego kina”. W końcu ja jestem tylko prosty widzem, a nagrody dają fachowcy.

Bartek Biedrzycki

Autor książek, komiksów, podcastów i papierowych modeli.