Po-WSK: Hardkorporacja #1

Bardzo lubię różniste ziny. Głównie z tego samego powodu, z jakiego lubię antologie – w jednym miejscu dostajesz masę komiksów, lepszych lub gorszych, ale zawsze jest ich dużo i są zwykle różnorodne. Dlatego z przyjemnością witam każdego zina na polskiej scence komiksowej. I tak samo było z Hardkorporacją.

I co mogę powiedzieć? W nowomowie swojej firmowej określiłbym to mianem: nie jestem targetem tego produktu.

Przede wszystkim produkt skierowany jest, najwyraźniej, do grupy związanej ze sceną hiphopowo-graficiarską. Stąd nie zainteresowała mnie kolorowa wkładka z reprodukcjami wrzutów – chyba wolałbym zobaczyć tam kolorowy komiks (jak w Komiks Forum) ani, tym bardziej, opisy płyt z gatunku. Zwłaszcza, że te opatrzone były dramatycznie rozpikselowanymi, uniemożliwiającymi odcyfrowanie okładkami. Składam to na karb problemów edytorskich, bo sam miewam takie kłopoty i potknięciach (jak chociażby brak numeracji stron w pierwszym Kolektywie).

Takich redakcyjnych niedociągnięć jest, niestety, kilka – brakuje mi np. jakiegokolwiek wyjaśnienia czemu komiks 300stu nagle się urywa – wystarczyłoby „cdn.” w odpowiednim miejscu.

Same komiksy były lepsze i gorsze, jak to w antologiach. Mam jednak wrażenie, że większość próbowała być na siłę „bezkompromisowa”. Chociażby Rodzina Srochów Gierka – każdy ma na koncie różne wybryki, ale Gierczak to ciekawy, bardzo dobry twórca, a wrzucanie dwóch stron prezentujących pozycje do defekacji to chyba nieporozumienie. Szczególnie, że Srochy od bardzo dawna wisząinternecie.

Tak samo rozczarował mnie duet Gonzo & Mysza, którzy zaserwowali kilka stron bezkompromisowej przemocy i parę bluzgów, spuentowane żartem tak słabym, że aż wierzyć się nie chce, że to puenta. Scenarzysta mówi, że tak miało być. OK.

Stanowczo najlepszy był Samuraj Nagapyta, twórców Bug City. Bardzo przyjemny od strony graficznej, fabularnie raczej prosty, ale przynajmniej bez pretensji do bycia głęboką, bezkompromisowa historią.

O stronie technicznej narzekał nie będę – takie są realia wydawania w druku cyfrowym i można temu jakościowemu niedomaganiu zapobiegać jedynie w ograniczonym zakresie. Szczególnie, jak chce się utrzymać jakąś sensowną cenę.

Reasumując – fajnie, że jest nowy zin (aczkolwiek mnie nie do końca akurat podpasował), fajnie, że z publicystyką (nawet jeśli ta komiksowa ogranicza się do jednego artykułu o Angouleme i trzech entuzjastycznych notek o komiksach, które były na wszystkie sposoby obracane w sieci). Na razie jestem trochę rozczarowany. Ale myślę, że przecież to dopiero pierwszy numer.

Tylko może, zamiast za wszelką cenę być bezkompromisowe, niech te komiksy będą po prostu dobre. Bezsensowna przemoc i bluzgi dla przemocy i bluzgów sprawdza się w amerykańskim kinie B. A ja jestem czytelnik marudny, komiksy bym sobie poczytać chciał. Polskie. Fajne.

Dajesz, Szaweł. Kulturwa nas średnio łączy, ale i tak kibicuję. I pewnie będę nadal kupował. Chociażby, żeby wspierać oddolne inicjatywy rynkowe. Może po prostu wypełniasz niszę, w którą ja akurat się nie wpasowałem?


Hardkorporacja #1
różni twórcy
Format: B5
Objętość: 48 stron (w tym strony kolorowe)
Oprawa: zeszytowa
Cena okładkowa: 12 zł
Papier: offset

Wydawca: Hardkorporacja

Bartek Biedrzycki

Autor książek, komiksów, podcastów i papierowych modeli.

Może Ci się również spodoba

  • Srochy to w pewnych kręgach pozycja kultowa:) A wiszenie w internecie to zbyt szumnie powiedziane. Deviant jest takim śmietnikiem, że napewno nieliczni natknęli się tam na te plansze. Zobaczyłem kadry z Kapitana Minety i zawiodłem się, że w tekście nie ma ani słowa o tym komiksie.

  • No, ja trafiłem akurat na Srochy z czyjegoś blogaska. Na samym devie bym pewnie nie znalazł.

    A Kapitan… Kadr trochę na przyciągnięcie uwagi ;) Sam komiks jakoś tak mi tak umknął. Za dużo naraz szorciaków w jeden dzień przeczytanych.

  • kmh

    Kapitan Mineta jest akurat chyba najlepszą rzeczą w tym numerze, świetna puenta :)

  • Ano, rzecz gustu. Graficznie OK, ale historia mnie nie zapacała.