Zuzia

Długo się zabierałem do tego wpisu, bo jest bardzo osobisty. Kuriozalnie. Bo nasza córka stała się pewnego rodzaju, w zamkniętym getcie, postacią medialną. Mając zaledwie pół roku zdążyła już wystąpić w dwóch paskach komiksowych i jednym jamie.

Zabierałem się długo, bo ogarnięcie i poukładanie sobie takiego zjawiska, jak dziecko, to mordercza praca. Ktoś w jakiejś książce napisał, że dziecko jest wiecznym twórcą, bo przez swój rozwój stwarza siebie i kreuje otaczający je świat i tak chyba jest w istocie.

Pamiętam Zuzę od czasów, kiedy nie była jeszcze Zuzą, ani nawet dziewczynką, tylko delikatnym ruchem pod skórą, takim ledwo wyczuwalnym drgnieniem i szmerem, docierającym do mojego ucha. Pamiętam chwile po zmierzchu, kiedy przykładaliśmy do brzucha pozytywkę, a stworzenie w środku ożywiało się na chwilę, wykonując wyraźniejsze ruchy. Pamiętam, kiedy pierwszy raz można było dłonią wyczuć mały, ale wyraźny kształt, unoszący się we wnętrzu tej bańki.

A potem była już mała (chociaż jak na noworodka to całkiem spora) dziewczynka, zawinięta ściśle w kocyk, z czapeczką na głowie i przewiązana gazowym bandażem, żeby się nie rozwinęła z rzeczonego kocyka. Takie momenty, w których słyszy się ten pierwszy, rozdzierający ciszę szpitalnego korytarza krzyk nie dają się zapomnieć.

Od tamtej chwili kolejne dnie i tygodnie to pasmo kolejnych zaskoczeń. Patrzy na nas. Wodzi za nami oczami. Odwraca głowę. Uśmiecha się. Wyciąga ręce. Unosi głowę. Przewraca się na plecy i z powrotem. Siedzi sama w łóżeczku. Pełza – chociaż na razie tylko do tyłu, a do przodu potrafi jedynie zrobić wypad rączkami i wylądować na brzuchu. Czy wreszcie, jak na zdjęciu, targa mnie za włosy i gryzie w głowę swoimi trzema zębami.

W zasadzie w takich miejscach można pisać tylko komunały. Ci, którzy mają dzieci mogą pokiwać głową i powiedzieć „A, tak, znam to, znam to”, a reszta może pomyśleć, że się chłopu rzuciły pieluchy na mózg. Nie da się w sposób niebanalny opisać związku, jaki istnieje teraz między mną, a tym małym, machającym rączkami, piszczącym i śmiejącym się człowieczkiem, który ma takie same jak moje, ciemne oczy.

Nie da się też bez popadania w banał powiedzieć, jak taka córeczka wpływa na mój związek z Żoną, która przez tyle czasu nosiła ją w sobie, a potem męczyła się przez kilka godzin, żeby ją urodzić. Te dwie dziewczyny postawiły mi na głowie cały świat – jego wartości, priorytety i wszystko inne.

Alu, Zuziu, tak bardzo się cieszę, że Was mam. Nasza rodzina to najwspanialsza przygoda mojego życia. I ona się dopiero zaczęła.

Bartek Biedrzycki

Autor książek, komiksów, podcastów i papierowych modeli.

Może Ci się również spodoba