Apokalipsa Prosiaka

okladka-200.jpgTytuł ukradłem. Czytając dalej narażasz się na spoilery.

Ósma czara Owedyka to komiks-legenda. Z wielu różnych względów. Trudno jest się konfrontować z legendą – głównie, w moim wypadku, ze względu na oczekiwania.

Pierwszy raz natknąłem się na informację o tym komiksie bardzo dawno temu, chyba przy okazji pierwszego wydania ktoś w magazynie Nowa Fantastyka skrobnął dosłownie kilka zdań recenzji gdzieś w jakiejś kolumnie – o postapokaliptycznym świecie, o rozmachu wyobraźni, o obrazoburczości.

Przez następne lata czasem natrafiałem na coś na temat Owedyka i Czary, najpierw w prasie fantastycznej, potem w internecie.

I po tych wszystkich latach postanowiłem przeczytać. Ech, mogę w sumie podsumować swoje wrażenia krótko – Ósma Czara jest jak Matrix. W każdym calu.

Komiks został wydany bardzo dobrze – od nowa zeskanowane i obrobione plansze, dobry papier, przyjemna okładka. Edytorsko na poziomie „w sam raz” – stosunek ceny do satysfakcji wysoki.

Do wydania dołączone zostało Genesis, o ile się orientuję, napisane po powstaniu Ósmej Czary (a przynajmniej opublikowane w takiej kolejności). I tu pierwszy zgrzyt, czysto techniczny. Ktoś wpadł na zły pomysł, żeby tę część historii wydrukować na idiotycznym, wyszarzonym marmurkowym podkładzie… Przez trzy czy cztery strony myślałem, że to brudy od farby drukarskiej. Czytelność straciła, nie wiem, czemu zabieg służył? Oddaniu zamglenia wspomnień Szejtka i Jaha? Proszę…

Genesis jest bardzo sympatyczną historią, która przeżuwa i wypluwa jedną z klisz kultury i religii, a mianowicie pogląd, że tak kiepski świat mógł stworzyć tylko bardzo kiepski bóg. Sięgamy tu do idei starszej niż chrześcijaństwo i wielokrotnie przywoływanej, chociaż tu akurat ubranej w ładne opakowanie – świat i ludzie w charakterze kiepskiej pracy domowej… Szejtan jako kujon-okularnik, sympatyczny i przyjazny każdemu też ma pozory świeżości w takim opakowaniu. Jednak jego dalsze ukazanie w samej Ósmej Czarze jako „tego dobrego”, oprócz ewidentnie powtarzającego się w kulturze współczesnej porównania do Prometeusza, przypomina nam jakieś inne rozwiązania.

Świat postapokaliptyczny nie jest niczym nowym, ale tu trudno wymagać nowości od kogokolwiek. Nawet Tolkien tworząc Śródziemie oryginalny był tylko trochę. Miłość jako jedyna siła sprawcza, pchająca człowieka do przodu, jest tak potwornie banalna, że aż boli. Mniej banalna byłaby chyba już jedynie chęć zemsty. Może zresztą nie jest to miłość, a próba udowodnienia sobie, że ukochana się myliła, dała się zwieść, a nam rzuci się w ramiona, co byłoby bardziej ludzkim uczuciem; wstrętnym, ale mniej banalnym.

Nie wiem, czemu tak się czepiam tej miłości – może ktoś powie, że sam nie doceniam potęgi uczucia. Może faktycznie, biednemu Pierre nie zostało nic prócz wyboru między zezwierzęceniem ukazanym przez niektórych członków pierwszej napotkanej grupy, szaleństwem, jakiemu uległ Vlad i głupią nadzieją, jakiej on sam uległ.

Apokalipsa mechaniczno-technologiczna jest od czasów Wielkiej Wojny dobrym, nośnym i łatwo przyswajalnym lajtmotivem. Tak też należy potraktować ją tu. Zgrzyty między „wszechmocą” Jehowy – animacja zmarłych, incydentalna wszechwiedza – a użyciem technologii nie przykuwają uwagi czytelnika, który pierwszy raz zabiera się do Czary. Przy kolejnych czytaniach pojawiają się pytania, czemu „aniołowie” mieli lokalizatory, skoro w „raju” Jehowa wyczuł śmierć jednego z nich, ale to można wytłumaczyć sobie ograniczeniem zasięgu. Można się nawet nad tym nie zastanawiać, bo na odbiór komiksu nie wpływa w stopniu znaczącym.

Ludzkość postholocaustowa jest boleśnie przewidywalna. Owedyk odrobił pańszczyznę z kultury i psychologii i zaprezentował nam człowieka w swojskiej, ohydnej formie, na której przyjęcie ten tylko czeka. Obrazki zniszczonego świata ani teraz, ani kilkanaście lat temu nie robiły chyba aż tak piorunującego wrażenia. Przyszedł mi na myśl Remarque, Siedlar i kilka innych nazwisk ludzi, którzy skonfrontowali mnie przez lata z takimi obrazami.

Eden Owedyka, nie wiedzieć czemu, przypomina mi raczej Karę Mniejszą Huberatha i obraz tamtejszego czyśćca. Skojarzenie religijne, na miejscu jak najbardziej. Ale raj sterowany technologią i farmakologią przywiódł mi też na myśl Seksmisję – tylko pozornie idiotyczne, bo tu i tam mamy idealne społeczeństwo ocalałe z pogromu.

Samotny Szejtan, niosący pomoc i łagodzący ludzkie cierpienie jest kwintesencją kultury masowej. Łagodny, dobry, mądry, archetypiczny lekarz w stylu Eskulapa, a jednocześnie filozof i milczący martyr, wspomniany Prometeusz, przypadł mi do gustu średnio. Lepiej wypadał w wersji Gaimana, jako piękny, młody i do szpiku zepsuty, a w zestawieniu z pozbawionym godności i uczuć Jehową jest słaby i mizerny. Nawet kiepski bóg zasłużył przecież na porządnego adwersarza, tymczasem Szejtek to ciągle ta sama ciamajda, która spuszcza głowę i lituje się nad wszystkimi, nawet, jeżeli naprawdę na to nie zasługują, jak Vlad – kompletny świr i morderca, który zaskakująco nagle okazuję się dobrym, który pobłądził, a szlachetny protagonista pchnął go z powrotem ku człowieczeństwu.

Anita, oczywiście zginąć musiała. Możemy to rozpatrywać w kilku kategoriach, jak chociażby mściwego boga starotestamentowego, który buntu nie zniesie; alegorii ulotności miłości, ale i jej trwania po odejściu jej obiektu; albo prozaicznie – wytłumaczyć ją niechęcią Owedyka do hollywoodzkiego happy endu.

Ale skąd i po co Pierre nagle ma głowę kozła, wspinając się na górę? Pomijając samą górę, mogącą odnosić się do Golgoty lub Góry Oliwnej, a Pierre występuje wtedy w roli Judasza lub Jezusa (lub Syzyfa – luźne skojarzenie, pewnie pozbawione sensu), to czemu nagle zwierzołactwo w komiksie mistyczno-technologicznym? Czyżby jednak spełniona została moja prośba o Antychrysta z klasą? O diabła z jajami, zamiast okularnika z metro-bródką? Ten fragment, przyznaję, jest dla mnie zagadką. Być może tu zgubiłem klucz do Ósmej Czary.

Można by wyliczać tak długo. Jest w Czarze dużo smakowitych odniesień, drobiazgów, alegorii i metafor, tego jej odmówić nie można. Jest z nich w zasadzie zbudowana. Jak Matrix, Czara wywiera ogromne wrażenie – nagle w jednej produkcji dostajemy tyle wspaniałych koncepcji, pomysłów, wydarzeń. Szczególnie, gdy, jak inżynier Mamoń, lubimy piosenki, które już kiedyś słyszeliśmy. Jak film braci Wachowskich, tak i komiks Owedyka jest smacznym amalgamatem mitów, przekonań, znanych melodii i wspomnień w nowych świetle. Ekstrapoluje w jakiś sposób ogół ikonografii współczesnej kultury masowej świata chrześcijańskiego. Nie jest aż tak odkrywczy, aż tak obrazoburczy, aż tak doniosły, jak chcieliby go wiedzieć niektórzy, ale nadal jest to jeden z najlepszych polskich komiksów. A jeśli mówimy o tzw. undergroundzie (lecz czym on jest? a skoro teraz Czara wyszła w „oficjalnym obiegu” to czy nadal do niego należy?) to prawdopodobnie najlepszym.

Za wzorem Tomasza Raczka opatrującego co drugi film s-f łatką „bez tego filmu nie byłoby Matrixa” można by zacząć nalepiać na różnych zjawiskach vlepkę „bez tego nie byłoby Ósmej Czary”.

Komentarze w stylu „sam nie umiesz lepiej” i „zaruchaj” proszę zostawić dla siebie. Wszelkie inne mile widziane. W końcu różnorodność punktów widzenia to rzecz nadzwyczaj cenna.

Scenariusz: Krzysztof „Prosiak” Owedyk
Rysunki: Krzysztof „Prosiak” Owedyk
Wydanie: II
Data wydania: luty 2007
Druk: czarno-biały
Oprawa: kolorowa szyto-klejona
Format: B5
Stron: 110 stron
Cena: 27,90 zł
Wydawnictwo: kultura gniewu

Bartek Biedrzycki

Autor książek, komiksów, podcastów i papierowych modeli.

Może Ci się również spodoba

  • Hmmm… 25 złotych… Ósmą Czarę wydanie pierwsze już mam… Kupić czy nie kupić? Oto jest pytanie :P

  • Ja uważam, że warte swojej ceny. Wydanie technicznie bardzo dobre, poza tym idiotycznym „marmurkiem” w Genesis.

  • brzozo

    Przeczytałem na wagarach w empiku. zgodze się z tym czym mówisz ale ja bym to ujął w kilku niezadługich akapitach :D, a powiedziałbym to z tym samym wydźwiękiem. ;)

  • To jest kilka (kilkanaście), naprawdę niedługich akapitów, Brzozo. Suche treści to ja lubię w wieczornych wiadomościach, a w takiej formie sam chętnie czytam, co autorem kierowało.